Urzędnicze nonsensy

Domyślam się, że każdy w takiej czy innej formie miał kiedyś do czynienia z czystej krwi biurokratą, który interpretuje przepisy od kropki do kropki a pojęcie zdrowego rozsądku jest mu obce. Ludzie ci w swoim bezdusznym rozumieniu przepisów i prawa potrafią doprowadzić człowieka do białej gorączki. Wiele przepisów zostało wymyślonych pod konkretną sytuacje aby zapobiec czemuś takiemu w przyszłości. Niestety ludzie, którzy mają interpretować owe zapisy prawa często, chowając się za nimi, kreują petentom istne piekło na ziemi. Sytuacja ta dotyczy wszystkich krajów bo kazdy urzędnik, gdziekolwiek na świecie, posiadający trochę władzy sądzi, że jest pępkiem tegoż świata. Przekonałem się o tym rownież i tutaj w Ekwadorze. Ale zanim do tego dojdę chciałbym opisać moje najzabawniejsze spotkanie z biurokratami. 

Zacznę od Polski. Mój syn postanowił ubiegać się o paszport naszego kraju. Chciał koniecznie mieć ten paszport wystawiony w Polsce nie w żadnym konsulacie poza granicami. Niestety jego dokumenty wygasły i aby mógł złożyć podanie musiał udowodnić, że nigdy nie zrzekł się obywatelstwa polskiego. Nie mam do tego zastrzeżeń. Zebraliśmy zatem wszystkie kwity, metryki, zaświadczenia, ponieśliśmy opłaty skarbowe wypełniliśmy podanie i zadowoleni z wykonanej roboty składamy owe dokumenty pani w Urzędzie Wojewódzkim. Miła pani przegląda wszystko z dokładnością aptekarki i…..znalazła wreszcie brak. Na odpisie z aktu małżeństwa moja żona figuruje z pierwszym i drugim imieniem podczas gdy na matryce urodzenia syna wpisano tylko jej pierwsze imię. Sprawa jest nie do załatwienia i należy to wyjaśnić. Nie ma znaczenia Pesel i inne identyfikatory potwierdzające, że matka syna i moja żona to ta sama osoba. Sprawę należy wyjaśnić a dokumenty syna o potwierdzenie obywatelstwa nie mogą w takim stanie rzeczy zostać przyjęte. Gdzie sens i logika w tym wszystkim? Nie będę się rozpisywał ile zmarnowaliśmy czasu aby wreszcie zdać sobie sprawę, że bez pomocy kogoś ze zdrowym rozsądkiem nie uda nam się rozwiązać tej kwadratury koła. I tak się też stało. Znajomy miał znajomego…reszta niech pozostanie tajemnicą, najważniejsze że syn papier otrzymał i mógł złożyć dokumenty …. o dowód bo bez niego paszportu nie wydadzą.
Skok przez granicę. Niemcy. Po iluś tam latach nieobecności w Polsce wreszcie zdecydowałem się na przyjazd do kraju ojców. Poszukiwania najbardziej efektywnej ceny biletu skończyły się na jego zakupie w konkurencyjnych dla Lufthansy liniach niemieckich, których imienia juz nawet dzisiaj nie pamietam bo one już nie istnieją. Miałem lecieć z Nowego Jorku do Duseldorfu a stamtąd do Warszawy. Całe to,przygotowanie i podniecenie podróżą spowodowało, że zapomniałem o ważności swojego paszportu. Przy odprawie paszportowej w Nowym Jorku tez nikt na jego ważność nie zwrócił uwagi i tak pełen niecierpliwości i nadziei na wzruszające spotkania po latach wylądowałem w Duseldorfie. Tu miałem zmienić linie lotnicze i do Warszawy udać sie juz Lufthansą. No i zaczęło się. Przy odprawie pani zauważyła, że mój paszport wygasa w ciągu bodaj dwóch tygodni. Chociaż wciąż ważny to jednak podróżować dalej nie będę bo mój paszport musi mieć co najmniej pół roku ważności. Na nic zdały się zapewnienia, ze uaktualnię swój dokument natychmiast po przylocie do Polski. Nie i koniec. Samolot z bagażami sobie poleciał a ja z bólem głowy zostałem. Rozumiem, że nie dopatrzyłem ważności paszportu i nie mam zamiaru obwiniać za to osób trzecich. Wale się, w piersi moja wina. Fakt jednak nie zatrzymania mnie w Nowym Jorku i pozostawienie mnie w Niemczech w połowie podróży uważam za pozbawiony sensu. Aby skończyć ta historie powiem tylko, że paszportu w Niemczech nie uaktualniłem a na następny samolot, zgodnie z sugestią przedstawiciela oryginalnych linii, którymi leciałem, zjawiłem się w ostatnim momencie. Odprawiali juz inna obsługa i jako ostatni, szybko, szybko znalazłem się w upragnionym samolocie do Warszawy. Tyle, ze moje bagaże właśnie wracały z Warszawy do Duseldorfu o czym się dowiedziałem po wylądowaniu na Okęciu. Paszport oczywiście bez problemów w Polsce przedłużyłem do dziś jednak nie rozumiem dlaczego musi być ważny co najmniej pół roku. 
Czas na Stany Zjednoczone. Dali mi tutaj urzędnicy sporo popalić i pewnie mógłbym na ten temat stworzyć książkę prawie jak science fiction bo, niektóre przepisy nie mają żadnego realnego uzasadnienia. Parę lat temu wspólnie ze znajomymi z Polski postanowiliśmy zwiedzić zachodnie Stany. W planach mieliśmy Kalifornię, Newadę, Utah, Arizonę. Z New Jersey w tamte strony to spory kawałek zatem oczywiście do Los Angeles poleciałem samolotem. Po około trzech tygodniach podróżowania nadszedł czas powrotu. Znajomi odlatywali z terminalu miedzynarodowego a ja z krajowego. Po zamach terrorystycznych w Nowym Jorku lotniska w Stanach to wszechobecna ochrona pod milionem rożnych postaci. Paszport czy dukument osobisty sprawdzają wielokrotnie i mogę to jeszcze zrozumieć. Ja uzywałem do celów identyfikacyjnych swojego prawa jazdy wydanego w Stanach. Podczas jednego ze wznowień mojego prawka ktoś połknął „e” i zostałem przechrzczony na Mark zamiast Marek. Nigdy nie sprawiało to problemu, nikt nigdy tego nie kwestionował aż do Los Angeles. Tu pracownica jednej z rządowych organizacji wpadła na trop przestępcy o imieniu Mark, którego bilet wystawiony był na imię Marek. Zaparła się pani detektyw i nie wpuści mnie do odprawy bagażowej aż nie wyjaśnię tej różnicy w imionach w wydziale komunikacji w Pensylwanii skąd pochodziło moje prawo jazdy. Ale jak się mam tam dostać, pytam? A to już nie mój problem. Prawie cztery tysiące kilometrów od domu ale pani ma władze i mało ją cokolwiek interesuje. Na dużych lotniskach jest jednak parę bramek do przejścia przez odprawę i to pewnie mnie uratowało bo koleżanka nadgorliwej okazała się mniej dokładna.
Pare słów teraz na temat Ekwadoru. Moje doświadczenie z biurokratami tutaj jest zdecydowanie najmniejsze ale jednak…. Zainwestowaliśmy trochę kapitału tutaj w związku z tym nadszedł czas aby się jakoś zalegalizować. Istnieje pare możliwości, z których dla nas najwygodniejszym było ubieganie o stały pobyt z uwagi na inwestycje jakich dokonaliśmy tutaj. Użeranie się z wszelkiego rodzaju urzędami imigracyjnymi jest zapewne znane wielu naszym obywatelom. Urzędy te wprost uwielbiają walić ludziom kłody pod nogi bez najmniejszego sensu ot tak dla zasady. Aby zalegalizować swój pobyt tutaj potrzebna jest oczywiście fura dokumentów. Wszystkie musza być tłumaczone tu na miejscu a przysięgły tłumacz z Polski jest dla nich nikim. Wszystko musi być potwierdzone pieczęcią apostille, która tez musi być na miejscu przetłumaczona. Dodatkowo osoba tłumacząca musi ów transkrypt podpisać w obecności notariusza a ten obić wszystkie dokumenty setkami podpisów i pieczęci, istne wariactwo. Co kraj to obyczaj. Skompletowałam moje papierzyska i udałem sie z nimi do urzędu imigracyjnego.  Mila pani przeglądnęła i zasadniczo wszystko przyjęła zastrzegając się jednak, że to nie ona podejmuje finałową decyzje. Po ośmiu tygodnia decyzja zapadła tyle, że odmowna. Okazało się, że zaświadczenie o niekaralności, których musiałem przedłożyć dwa, jedno z nich jest nieprawidłowe. Przedłożyłem bowiem zaświadczenie z lokalnej policji, z miasta w którym mieszkałem w Stanach a urzędasom chodzi o zaświadczenie z policji stanowej. Chociaż w spisie dokumentów potrzebnych stoi jak byk „z miejsca zamieszkania” to owo miejsce w pojęciu biurokratów to stan a nie miasto. Taki drobny szczegół. Próba tłumaczenia to walenie głową w beton. Muszę uzupełnić bo bez tego jednego papierzyska nici z mojego pobytu. Jestem w trakcie załatwiania owego zaświadczenia, które oczywiście musi być apostille, przetłumaczone przez krajowego specjalistę od języków i podpisane w obecności notariusza. Jaki będzie finał? Nie wiem, ale trzymajcie za mnie kciuki.