No to pośmiejmy się…

Po tym niezbyt sympatycznym wpisie, wracam tam gdzie czuję się najlepiej czyli w krainę uśmiechu, śmiechu, płaczu ze śmiechu. Bo przecież, jak powiadają śmiech to zdrowie.

 

Mąż i żona jadą przez wieś samochodem.

Nie odzywają się do siebie – bo własnie się pokłócili.

Nagle żona spostrzega stadko świń i pyta złośliwie męża:

-Twoja rodzina?

-Tak, teściowie!

 

Pewnego wieczoru uznany chirurg odpoczywał na sofie po powrocie z pracy.

Kiedy oglądał wiadomości, zadzwonił telefon.

Doktor spokojnie podniósł słuchawkę i usłyszał znajomy głos kolegi.

– Potrzebujemy czwartego do brydża – mówi kumpel.

– Zaraz będę – wyszeptał lekarz.

Kiedy zakładał kurtkę, żona nie lubiąca byś sama w domu zapytała:

– Czy to coś poważnego?

O, tak – odrzekł z poważną miną – jest tam już trzech lekarzy!…

 

Szpital, sala operacyjna, operacja prostaty.

-Doktor Mówi:

— Siostro, proszę poprawić penisa.

-…….

— Tak… bardzo dobrze…

-a teraz to samo pacjentowi…

 

Córka przyprowadza matkę do lekarza:

– Proszę – niech panienka się całkiem rozbierze

– Panie doktorze, ale to moja mama jest chora

– Aha, to niech starsza pani wystawi  język…

 

U lekarza:
– Pali pan?

– Nie.

– Pije pan?
– Też nie!

– Co się pan tak cieszy… I tak coś  znajdę..

 

Pacjent ustala szczegóły dotyczące operacji:

– A ile będzie kosztować narkoza? – pyta.

– 1200 złotych – odpowiada anestezjolog.

– 1200 złotych za to, żeby mi się film urwał? Trochę za drogo, nie sądzi pan?

– Nie. Urwany film dostaje pan gratis.

Opłata jest za to, żeby znowu zaczął się wyświetlać…

 

Babcia przychodzi do urzędu skarbowego. Urzędniczka sprawdza dokumenty i mówi:
– Brakuje pani podpisu.
– Ale jak mam się podpisać? – pyta starsza pani.
– No, tak jak zazwyczaj się pani podpisuje.
Starsza pani wzięła długopis i napisała:
„Całuję Was mocno, babcia Aniela”

 

– Przepiszę pani tabletki – mówi lekarz do pacjentki z olbrzymią nadwagą.
– Dobrze, panie doktorze. Jak często mam je zażywać?
– Nikt ich pani nie każe zażywać.
Proszę je rozsypywać na podłogę trzy razy dziennie
i podnosić po jednej…

 

Późny wieczór. Nowakowie przyłapali nastoletniego syna, jak wymykał się z domu z wielką latarką w dłoni.

– Dokąd to?! – pytają.
– Na randkę – przyznał syn.
– Ha! Jak ja chodziłem w twoim wieku na randki, to nie potrzebowałem
latarki – zakpił ojciec.

– No i popatrz na co trafiłeś…

 

Odbywa się konsylium lekarzy nad pacjentem.
– To grypa.
– Ależ skąd, to żółtaczka!
– Jaka żółtaczka, to gruźlica!
Po chwili:
– Panowie, spokojnie, nie kłóćmy się – jak umrze, sekcja zwłok wykaże      kto z nas – miał rację…

 

O, cześć. Byłeś u tego psychoanalityka?

– Byłem.

– No i co, nie moczysz się w nocy?

– Moczę. Ale teraz … jestem z tego dumny.

 

Reklamy

Zdrowie, zdróweczko

Jestem zdecydowanym zwolennikiem medycyny alternatywnej. Choć nie do końca wierzę we wszystkie teorie spiskowe to tą konkretną lekarze sami zdają się potwierdzać. Ich związki, trochę niejasne, z firmami farmaceutycznymi, pobieranie od tychże bonusów za sprzedaż i reklamę produkowanych przez nie leków, każe mi sądzić, że owa grupa ludzi w białych kitlach niekoniecznie oferuje nam najlepszą metodę leczenia. To zapewne nie jest standard. Nawet jeśli są to tylko pojedyncze przypadki to ja i tak już dawno uległem tezie, że owa akademicka medycyna nie jest aż tak czysta jakby chciała żebyśmy myśleli. Leczę się zatem po swojemu stosując cała gamę coraz bardziej dostępnych różnorakich sposobów alternatywnych.

Nie znaczy to oczywiście, że potępiam osoby uważające tylko tych lekarzy, którzy stosują farmakologiczną medynę, za królów życia i śmierci. W procesie leczenia najważniejszy jest komfort psychiczny i wiara w lekarza. Stąd uważam, że każdy powinien mieć prawo wyboru w tym zakresie. W końcu przecież to jest nasze życie i zdrowie i powinnismy robić z nim to co uważamy dla niego za najlepsze.

Rozśmieszają mnie jednak lekarze udający zatroskanych o nasze zdrowie w czasach gdy na ich usługę specjalistyczną trzeba czekać tygodniami, miesiącami a czasem i latami. Wolałbym aby oni zatrzymali swoje uwagi i spostrzeżenia na temat niekonwencjonalnych praktykantów dla siebie. Ta ich troska coraz częściej i coraz bardziej widoczna jest tylko w prywatnych klinikach i gabinetach oczywiście za odpowiednią opłatą.

Mam jednak i swoje zastrzeżenia do medyków niekonwencjonalnych. Ich wiedza w zakresie różnorodności sposobów leczenia nie budzi we mnie sprzeciwów. Wielu z nich to przecież dyplomowani lekarze, tyle że zdecydowali się pogłębiać swoją wiedzę na temat innych metod leczenia. Naprawa naszego stanu zdrowia to nie tylko sama wizyta u lekarza. W takiej czy innej formie będą nam potrzebne jakieś leki. W medycynie niekonwencjonalnej są to suplementy. I właśnie tu mam najwiecej problemów. Rynek ten rośnie w nieprawdopodobnym tempie. Wiele z tych wynalazków to leki produkowane przez owych terapeutów. Często słyszę, że ich głównym celem jest chęć otwarcia ludziom oczów na praktyki stosowane przez medycynę standardową i fakt, że kieruje się ona przede wszystkim zyskiem. No cóż, suplementy to też nie jest wydatek, który można pokryć z naszego kieszonkowego. Koszt tychże z roku na rok jest coraz wyższy i praktycznie stałe ich stosowanie wymaga sporych wydatków. Zatem ten sposób leczenia dla przeciętnego Kowalskiego staje się coraz bardziej niedostępny. Jeśli do tego dołożymy fakt, że lekarstwa na receptę w jakimś stopniu są refundowane to decyzja przeciętnego zjadacza chleba zdaje się być oczywista. Dziś bardziej trafna zdaje się być taka oto rymowanka:

Szanowne zdrowie

Nikt się nie dowie

Ile kosztujesz

Aż się zepsujesz

Kierując się zyskiem nikt nie myśli o naszym zdrowiu, bez względu na „stajnię”, z której pochodzi. O nie niestety musimy zadbać sami. Stąd wybór metody leczenia to przede wszystkim wiara i komfort psychiczny. Dbajmy zatem o nasze zdrówko zanim je powierzymy fachowcom.

Kto zabrał mi zdrowie?

Za młodości grzechy

I jej uciechy

Z opóźnieniem płacimy.

Czy o tym myślimy

Gdy dojrzewamy

I świat odkrywamy?

Nie znam takiego,

Bo niby dlaczego

Tym się przejmować

I sobie żałować

Gdy każda zabawa

Jest tak ciekawa.

Potem prywatka

O niczym gatka

Alkohol i pety

Nazajutrz, o rety

Kapeć mam w ustach

I w głowie pustka.

To nic nie szkodzi

W południe przechodzi

I znowu zdrowi

Na tańce gotowi

Na noc nieprzespaną

Z dziewczyną spotkaną

Na dyskotece

A może w aptece?

To przecież nieważne

Bo żyć na poważnie

To śpiewka przyszłości.

Wciąż młode kości

Żelazna kondycja,

I choć policja

Od ciała kontroli

Coś szemrze, że boli

To w piersiach, to w boku

Nie zwalniam kroku.

Znowu mam kaca,

Gdy ból co powraca

Nie chce ustąpić

Zaczynam wątpić

W swą nieśmiertelność.

Podła bezczelność

Mojego lekarza

Co mi powtarzał

O konieczności

Życiu w trzeźwości.

Czyżby miał rację,

Że me wakacje

Kosztowne się stają?

Choć wiele dają

Wrażeń corocznie,

Efekty uboczne

Swoim ciężarem

Grożą udarem.

Płuc zadymienie

Ma związek z paleniem.

Waga i tycie

To piwa picie.

Pompa się jeży,

Prostata szczerzy,

Straszą jelita,

Wątroba chwyta,

Kamienie w nerkach,

Strach i rozterka

Myśli dopada

To jakaś zdrada,

Żałosna poezja

Największa herezja

Że czas młodości

Gdzieś tam w przyszłości

Przemówi głosem

Karząc nas losem

Smutnego pacjenta

Gdy myśl natrętna

Rozsadza mu głowę,

Kto zabrał mi zdrowie?

Witam po przeprowadzce

Po chwili przerwy wznawiam swoją działalność. Moja cisza była wynikiem dwóch zdarzeń. Pierwsze i najważniejsze to fakt, że będący sponsorem blogosfery Onet zdecydował się ja zlikwidować, zmuszając pewnie nie tylko mnie do szukania alternatywy. Dalsze pisanie na platformie Onetu mijało się z celem. Drugim powodem przerwy były niespodziewane kłopoty zdrowotne. Niby zwykle przeziębienie, z którym na ogół każdy walczy we własnym zakresie. Tak i ja pomyślałem i kombinowałem domowymi sposobami jak tu się pozbyć natręta. Witamina C, miód, mleko, czosnek, alkohol i co tylko wpadło mi do głowy wziąłem na tapetę. Nic z tego, gnida przyczepiła się do mnie niczym posłanka Pawłowicz do żarcia w Sejmie, nie dając mi szans na wyleczenie. Skończyłem zatem u mojego naturalnego doktora, który zaaplikował mi serie nakłuć wszędzie gdzie odczuwałem skutki choróbska. Dołożył do tego worek medykamentów i juz po paru dniach rezultaty jego terapii zaczęły przynosić oczekiwane skutki. Okazało się, że w okolicy szaleje jakiś wirus, którego najpierw ja padłem ofiarą, po czym sprzedałem go Alicji. Wychodzimy jednak powoli na prostą. Jeszcze trochę kaszlu i flegmy i witaj kochane zdrówko. Przyszła zatem kolej na szukanie innego producenta blogów. Problemów z tym nie ma, jedynym ograniczeniem a raczej koniecznością było znalezienie kogoś, kto stosuje to samo oprogramowanie, w przeciwnym przypadku nie byłbym w stanie przenieść tego co stworzyłem na Onecie i straciłbym to bezpowrotnie. Udało się to zrealizować z platformą WordPress. I tak po kilku próbach skonfigurowania swojego bloga na nowej stronie mogę wreszcie krzyknąć eureka. Trochę mam żal do Onetu za tak bezceremonialne pozbycie się nas, którzy związaliśmy się z blogowaniem na jego portalu. No cóż stracili we mnie nie tylko blogera ale i czytelnika. Mam bowiem wrażenie, że jeśli nie jest wiadomo o co chodzi, to chodzi o kasę. Pewnie blogerzy nie przynosili specjalnych korzyści finansowych. Poszedłem zatem precz i już tu nie wrócę, a tych co chcą w dalszym ciagu być ze mną zapraszam na nowy adres.

Erotyzm dawniej i dzisiaj

Erotyka i sex zdaje się być jednym z główny tematów i zainteresowań wsród młodzieży. Ani mnie to nie dziwi, ani nie jestem tym specjalnie zaskoczony, bo to jest prawo tego wieku. Grzybym twierdził inaczej mógłbym się narazić na bycie posądzonym za przysłowiowego wola co to już nie pamięta jak był cielęciem. Zainteresowania to jednak jedno a forma to drugie. Nie ulega watpliwości, że łatwy dostęp do świata wirtualnego, w którym wielu z nas pozostaje anonimowym wiele zmienił. Internet oferuje rownież setki stron dla zainteresowanych od portretów artystycznych przez sklepy z artykułami o wiadomym przeznaczeniu do stron gdzie króluje porno. Do wyboru do koloru. W czasach słusznie minionych tego nie było, co w tym przypadku wydaje się być lepszym rozwiązaniem. Wszystko odbywało się bardziej dyskretnie a nocny striptiz był chyba najbardziej powszechnym spektaklem erotycznym. Pewnie wielu postrzega tamte lata jako zbyt pruderyjne. Uważam jednak, że jest sporo miejsca między tym określeniem a kompletnym brakiem szacunku dla własnego ciała udostępniając je byle gdzie, byle jak i na byle kogo widok. Mogę się tylko domyślać, że wielu robi to jednak z chęci zaimponowania innym, popisując się fałszywa odwagą, inni zaś zapewne mając nadzieje na szybkie pare groszy. Nie mam zamiaru nikogo oceniać, bo jestem zwolennikiem wolności i wolnego wyboru, to znaczy jeśli czegoś nie lubię to nie oglądam. Porównując jednak to z czym mamy dziś do czynienia z, w końcu nie tak dawnymi czasami, zastanawiam się czy to zatrzęsienie i nadmiar erotyzmu nie burzy tego co nazywaliśmy sferą intymną. Odkrywanie tego samemu z kimś bliskim, bez wpływu wirtualnej „nierzeczywistości” zdaje mi się być o wiele bardziej pasjonujące. Ciało ma magiczną moc. Stąd sądzę, że dostęp i nadmiar erotyzmu powoduje jego spowszednienie i ten moment, który powinien być czymś specjalnym już tym czymś nie jest. Ten przydługi wstęp miał służyć jako wprowadzenie dla mojego ulubionego kabarecisty tamtych czasów. Erotyzm w jego wykonaniu zdaje mi się być bardzo…erotyczny.

https://youtu.be/JfybzBcNhaU

Niekonwencjonalne metody leczenia – bioenergioterapia

Czy ktoś jeszcze pamięta Stanisława Nardellego? W swoich rozważaniach nad zdrowiem, dbaniem o niego i leczeniem nie sposób pominąć człowieka, którego pewnie należy uznać za ojca polskiej bioenergoterapii. W swoim krótkim bo tylko piecdziesieciosiedmioletnim życiu zapisał się złotymi zgłoskami w dziedzinie popularyzacji tej metody leczenia. W dobie coraz to większej ilości wynalazków w dziedzinie medycyny konwencjonalnej oraz coraz większej ilości niekonwencjonalnych metod leczenia, bioenergoterapia została niemal zapomniana. Wynika to do pewnego stopnia z tempa i czasów w jakich żyjemy. Ponieważ żyjemy coraz szybciej mając coraz mniej czasu dla siebie więc to co oferuje konwencjonalna medycyna wkomponowywuje się w ten styl życia najlepiej. Proszek od bólu głowy, tabletka na przeziębienie czy inny środek przeciwbólowy to synonimy naszych czasów. Szybko, szybko połknąć, przepić i do przodu. Tymczasem to tylko chwilowo uśmierza ból a nasza ignorancja w dziedzinie ochrony własnego zdrowia dopada nas ze zdwojoną mocą trochę pózniej. Kiedy nie ma już wyjścia i trzeba zająć się swoim zdrowiem zaczynaja się poszukiwania i nagle niespodziewanie jakbyśmy mieli więcej czasu. Zaniedbane zdrowie aby je odzyskać wymaga czasu nawet w medycynie tradycyjnej. Mnie już od dawna przekonują alternatywne metody leczenia i pewnie dlatego przypomniałem sobie o bioenergoterapii. Innym jednak powodem przywołującym tą metodę był fakt jak wielu niekonwencjonalnych lekarzy uświadomiło mi znaczenie energii i jej przepływu przez nasz organizm. Zakłócenia w tym przepływie doprowadzają do chorób i do innych zaburzeń w naszym funkcjonowaniu. Bioenergoterapia to metoda z zakresu tzw. medycyny niekonwencjonalnej, której pomimo braku dowodów przypisywane jest działanie lecznicze mające wynikać z właściwości energetycznych bioenergoterapeuty. Bioenergoterapia polega na odblokowywaniu u osoby chorej kanałów energetycznych (w medycynie chińskiej owe kanały nazwane są „meridianami”), co umożliwia organizmowi powrót do homeostazy i samozwalczania choroby. Istotą bioenergoterapii jest badanie oraz korygowanie zaburzeń energetycznych w polu bioplazmatycznym człowieka – zwanym aurą – za pomocą strumienia energii. Zgodnie z niepotwierdzoną badaniami teorią, ludzka aura zawiera 7 warstw. Warstwy te są odpowiedzialne za stan zdrowia fizycznego i emocjonalnego, a co za tym idzie – psychicznego. Wszelkie choroby somatyczne i psychiczne są według teorii odzwierciedlone i widoczne w ludzkiej aurze. Zadaniem bioenergoterapeuty jest zlokalizowanie owych zaburzeń i dokonanie korekty, mające na celu usunięcie blokad energetycznych, co ma być równoznaczne z odzyskaniem przez pacjenta zdrowia. Tyle na temat tej metody wyczytałem w niezastąpionej Wikipedii. Stanisław Nardelli zgodnie z wieloma danymi podczas swojego krótkiego życia w rożny sposób podzielił się swoją energią z trzema milionami ludzi. Jego stadionowe sensie, jednego z nich sam byłem uczestnikiem, gromadziły tysiące ludzi. Jak podaje jeden z przekazów w trakcie jednego dnia w 1981 roku w Tarnowie oddziaływał swoją energia na ponad sto tysięcy osób. Jego książka „W kręgu biopola” to kanon bioenergoterapii a sam autor tak oto wypowiadał sie na temat tej niekonwencjonalnej metody: Pragnę, aby bioenergoterapii przestała towarzyszyć ignorancja, główna przyczyna sensacji, aby każdy, kto przeczyta tę książkę pojął, że bioenergoterapia nie jest panaceum, lecz tylko jedną z metod ubiegających się o swoje miejsce w medycynie, że bioenergoterapeuta nigdy nie zastąpi lekarza, który decydował i decydował będzie o naszym zdrowiu, że wreszcie poprzez zrozumienie bioenergoterapii można znaleźć odpowiedź na wiele pytań, z których najważniejsze jest pytanie nurtujące człowieka od wieków – jak żyć? Potrafił zatem przyznać jak ważna role odgrywa tradycyjna medycyna, niestety ta nie odpłaca się tym samym uważając bioenergoterapię jako coś z pogranicza magii. Szkoda bo zdrowie człowieka zasługuje napewno na to aby odnosić się do innych metod jego leczenia z większym szacunkiem. 

http://uzdrowiciele.blogspot.com

Lecznicze przepychanki

Jerzy Zięba to nazwisko, które niespodziewanie wkradło się w ciszę i spokój mojego gospodarstwa domowego. Oboje z Alicją jesteśmy zwolennikami wyboru metod i sposobu leczenia przez chorego. Nie kwestionujemy dokonań współczesnej medycyny ale ona jak wszystko w życiu ma swoje blaski i cienie. Pan Zięba otwarcie mówi o sprawach, które powodują niechęć do niego środowiska lekarskiego. Nie dziwi mnie zbytnio bo owe środowisko to poligon doświadczalny wielkich firm farmaceutycznych. Dzisiejszy lekarz to bardziej farmakolog niż wszechstronnie przygotowany do wykonywania zawodu doktor Judym. Liczą się pieniądze a tych przemysł farmaceutyczny ma pod dostatkiem. Połykamy więc te tabletki bez zastanowienia i mało kto czyta zadrukowane małymi literkami ulotki mówiące o efektach ubocznych. Lekarz przecież wie co nam przepisuje. Jasne, że wie, wie rownież, który wytwórca leków płaci najlepiej. Daleki jestem od posądzania wszystkich lekarzy o kierowanie się przede wszystkim przesłankami finansowymi, nie ulega jednak watpliwości, że takie praktyki mają miejsce. Coraz cześciej mówi się na temat szczepionek, które zamiast przynosić korzyść mają bardzo negatywny wpływ na nasze zdrowie. Jednak niektóre szczepionki zgodnie z prawem obowiązującym w kraju mają być podane w odpowiednim czasie bez względu na wolę rodziców. Jerzy Zięba zwraca na to uwagę. Wiele mówi o ich efektach ubocznych i nawołuje do zastanowienia. Nie podoba się to przede wszystkim w środowisku pseudo lekarzy uzależnionych od wpływów ze sprzedaży tabelek i szczepionek. W tym momencie przychodzi mi na myśl specyfik, który po kilku latach rozprowadzania w Stanach Zjednoczonych uznano za szkodliwy dla zdrowia. Wniesiono sprawę do sądu. Ten się przychylił do opinii specjalistów i przyznał miliardowe odszkodowanie dotkniętym jego użytkowaniem. Zarobili oczywiście też adwokaci i wszystko jak narazie wygląda sensownie. Okazało się jednak, że zasądzona firma na owym specyfiku zarobiła dwa razy więcej niż musiała zapłacić tytułem odszkodowania. Mnożą się zatem te specyfiki magicznie uzdrawiające ludzi choć każdy wie, że prawdziwą wartość tego preparatu będzie można poznać dopiero po kilku latach jego używania na populacji ludzi. Jak się nie sprawdzi i znajdzie się firma prawnicza, która pójdzie do sądu to najwyżej odpali się odszkodowanie będące tylko jakimś procentem zysku. Ten chory system krytykuje nie tylko Jerzy Zięba ale rownież coraz większe rzesze lekarzy, którym na sercu leży zdrowie pacjenta. Spotyka się to z coraz bardziej agresywnym atakiem farmakologów a mając za sobą wpływy, poparcie i zasoby finansowe firm farmaceutycznych mogą sobie pozwolić na taką propagandową walkę. Na naszych oczach toczy się pojedynek dotyczący medycznej marihuany. Minister zdrowia w naszym rządzie wszem i wobec ogłosił, że nie ma naukowych badań potwierdzających jej skuteczność. Ktoś z internautów pod tą wypowiedzią napisał, że nie ma też naukowych dowodów na to, że nasz pan minister jest homo sapiens. Bardzo mi się to spodobało. Domyślać się tylko mogę, że nasz pan minister zadufany w swojej farmakologicznej wiedzy ogranicza się pewnie tylko do literatury producentów tabelek. Gdyby jednak poszukał chociaż trochę na internecie to pewnie poczerwieniałby ze wstydu jak bardzo jest do tylu w zakresie znajomosci badań naukowych. Ja sprawdziłem tylko Wikipedię i oto co znalazłem na temat leczniczej marihuany w akapicie „zastosowania w medycynie” – Tetrahydrokannabinol hamuje czynnik wzrostu śródbłonka naczyniowego. Wykorzystanie THC pozwala na zredukowanie wzrostu guza oraz ogranicza liczbę komórek nowotworowych. Przeprowadzone badania dotyczą m.in. glejaka mózgu, raka piersiraka jelita grubego,  raka skóry. Na wszelki wypadek sprawdziłem co to jest ten tetrahydrokannabinol oczywiście na Wikipedii. Oto jego definicja: Tetrahydrokannabinol (THC) – organiczny związek chemiczny z grupy kannabinoidówizomer kannabidiolu i główna substancja psychoaktywna zawarta w konopiach.

Są zatem badania potwierdzone wynikami na konkretnych schorzeniach tylko, że nasz tabletkowy minister nie uważa jej za naukowe. To właśnie tacy ludzie walczą z Jerzym Ziębą i do niego podobnymi zwolennikami medycyny bardziej otwartej na inne metody leczenia niż tylko te, które wygodne są przemysłowi farmaceutycznemu. Swoim bezsensownie głupim uporem szkodzą niestety nie tylko samym sobie ale rownież nam pacjentom.

Słowo o przyjaźni

Wielokrotnie deklarowałem  już swój sentyment do „Angory” jedynej gazety, którą czytam w trakcie pobytów w Polsce. Podoba mi się jej formuła oraz otwartość na różnorodność poglądów. Ucieszyłem się zatem, gdy niechciany w polskim radio redaktor Tomasz Zimoch podjął współpracę z Angorą. Wspominałem też, że wyjeżdżając z Polski zawsze zabieram ze sobą pare numerów tego tygodnika a potem ich czytanie dzielę tak aby wystarczyło mi do następnego wyjazdu. Wkrótce wybieram się znowu w podróż, nadszedł zatem czas na ostatni numer z 27 września ubiegłego roku. Pare artykułów wzbudziło moje zainteresowanie zwłaszcza z perspektywy czasu ale ten który w szczególny sposób wywołał chwile refleksje to badania nad przyjaźnią. Wydawało mi się to tyle fascynujące, że zdecydowałem się go przedrukować. Oto on:

 

Osoby mające słabe kontakty z innymi ponoszą w każdym okresie życia aż o pięćdziesiąt procent większe ryzyko śmierci niż te, które otaczają się przyjaciółmi.naukowcy twierdza, że brak przyjaciela działa tak destrukcyjnie jak wypalenie piętnastu papierosów dziennie lub nadużywanie alkoholu. W samotności w naszym organizmie pojawiają się zmiany podobne do procesów zachodzących podczas odczuwania silnego bólu fizycznego. U ludzi nie utrzymujących kontaktów z przyjaciółmi rośnie poziom hormonu stresu, który daje znać, że musimy natychmiast z kimś porozmawiać, zwierzyć się, zrzucić przytłaczający ciężar. Stres przezywany z przyjacielem produkuje mniej kortyzolu. Przyjaźń koi jak sen, jedzenie i seks. Bliski kontakt z drugim człowiekiem uwalnia w mózgu neuroprzekaźniki, oksytocynę i endorfiny, wywołujące uczucie satysfakcji. Endorfiny wydzielają się też w innych sytuacjach, na przykład podczas wysiłku fizycznego. Ale uczeni zmierzyli, że kiedy ćwiczymy z przyjacielem uwalniamy ich więcej. Brak przyjaźni w okresie dojrzewania odbija się na naszym zdrowiu w dorosłym życiu. Może przyczynić się do otyłości, cukrzycy, chorób serca, depresji. -Mimo, że w dzisiejszych czasach panuje kult jednostki to dawne mechanizmy, pozwalające osobnikowi jedynie w grupie, nadal działają. Ewolucja nagradza nas za tworzenie przyjaźni, co skutkuje lepszym zdrowiem – twierdzi Joseph Allen na łamach „Psychological Science”. Podczas gdy w młodości poszukujemy jak największej liczby przyjaciół, pózniej dla dobrego samopoczucia wystarczy jeden, ale dobry. Tu liczy się jakośćnie ilośc. Choć są różnice miedzy płciami. Kobiety preferują jedna przyjaciółkę od serca, mężczyźni wola być w grupie, bo u nich emocje nie odgrywają aż takiej roli, a siła związku z kompanami zależy od tego, jak dawno się znają i jak dużo czasu spędzają razem. Profesor nauk społecznych James Fawler z Uniwersytetu Kalifornijskiego i socjolog Nicholas Christakis z Uniwersytetu Harvarda zajmują się studiami nad przyjaźnią. Ich badania pokazują, że przyjaciół wcale nie dobieramy przypadkowo. Łączy nas z nimi podobieństwo genetyczne. I to tak bliskie, jakby byli naszymi kuzynami czwartego stopnia. Niestety, do tej pory nie udało się odkryć, w jaki sposób to podobieństwo rozpoznajemy. Być może podświadomie spostrzegamy zgodność naszych cech wyglądu, głosu lub zapachu. 

 
Kto by pomyślał, że brak przyjaciół to jak wypalenie piętnastu fajek dziennie. Możliwe zatem, że nałogowi palacze, mający wokół siebie przyjaciół nie zapadają na zdrowiu równie często co ci, którzy nie palą ale też nie mają przyjaciół?

 
„Przyjacie na wagę złota” Angora 39. 27 wrzesień 2015.

Aya znaczy dusza

Juz od bardzo dawna interesuje się alternatywną medycyną. Nie jest to tylko związane z dolegliwościami jakie od czasu do czasu dokuczają. Do pewnego stopnia moje oczy otworzył holistyczny lekarz, z którym przez pewien czas się spotykałem. Twierdził on bowiem, że tradycyjna medycyna zajmuje się skutkami pomijając kompletnie przyczyny. Porównał to do naprawy samochodu, z którym coś tam się dzieje. Wymiana kolejnych części nie wiele pomaga. Bez zdiagnozowania przyczyny kolejne wymiany niewiele dadzą. Tak samo jest z naszym zdrowiem. Dużo o tym się mówi jednak tradycyjna medycyna odeszła od mądrości ludowych i dziś już z nią nie ma nic wspólnego. Daleki jestem od krytykowania osiągnieć współczesnej medycyny nie do końca jednak wszystko co się w niej dzieje mnie przekonuje. Przeczytałem właśnie wywiad z Kasią Kowalską. Nie dlatego, że ją znam czy znam jej twórczość. Tytuł artykułu w Onecie odnosił się bardziej do jej walki z chorobą. Miała brać chemię a wybrała dżungle i szamana. Nie będę streszczał wywiadu bo każdy może go przeczytać do czego zresztą zachęcam. To przeżycie zaowocowało powstaniem singla pod tytułem „Aya”. Tytuł ten oraz leczenie piosenkarki natychmiast skojarzyło mi się z zielem znanym jako Ayawaska. Słyszałem o jego „specjalnych” właściwościach już wielokrotnie i szczerze mówiąc bardzo mnie to wciągnęło chociaż nie miałem możliwości aby poddać się leczeniu przy jego użyciu. Zioło to jest wciąż dostępne i używane w ceremoniach oczyszczających ciało w państwach andyjskich miedzy innymi Ekwadorze ale i Peru, Boliwii, Columbii oraz Brazylii. Samo słowo Ayawaska pochodzi z języka Indian Quechua, który jest wciąż używanym językiem szczególnie właśnie w krajach andyjskich. Pierwsza cześć czyli Aya znaczy dusza, nasze spirytualne ja. Aya znaczy rownież martwe ciało albo ciało bez życia. Druga część czyli waska oznacz linę lub sznur. Ayawaska w wolnym tłumaczeniu może oznaczać linę, która łączy nasze ciało z naszą duszą. Wiele chorób powstaje właśnie z faktu oderwania się ciała od duszy. Ciało stało się dzisiaj elementem centralnym naszej kultury. Chcemy być piękniejsi, modniejsi, lepsi fizycznie. Potrzeby ciała kreują konsumpcje a ta, lub brak dostępu do niej, powoduje frustracje i stres. Nie każdego bowiem stać na zaspokojenie coraz to większych potrzeb naszego ciała. Mam nawet wrażenie, że potrzeby ciała zawładnęły sposobem naszego myślenia. Stres i frustracja wywołana brakiem możliwości zaspokojenia coraz większych naszych potrzeb przyczynia się do powstania choroby. Leczenie ciała bez leczenia duszy to zajmowanie się skutkami bez odniesienia do przyczyn. Ayawaska a raczej wywar z niej wymieszany z innymi ziołami przez doświadczonego szamana podana podczas specjalnej, wielodniowej ceremonii pozwala spojrzeć w głąb siebie. Zapomnieliśmy o duszy a ona potrzebuje naszej uwagi tak jak nasze ciało. Czytałem wiele wypowiedzi o zmianach jakie następowały w uczestnikach tych ceremonii i o tym jak bardzo zmieniły się ich potrzeby. Słyszałem też o przypadkach ludzi, którzy po tych ceremoniach pozostali w świecie Ayawaski, bo jest to zioło halucynogenne i użyte bez przygotowania i bez doświadczonego szamana może mieć złe skutki. Sztuka szamanistyczna w Ameryce Południowej to jak nasza medycyna ludowa, która ma wielu swoich zwolenników i jeszcze więcej przeciwników. Wiedza jaka posiadają amazońscy szamani jest definitywnie fascynująca a sama Ayawaska i ceremonia w czasie, której jest używana stała się na tyle interesująca, ze w Holandii powstały ośrodki, które oferuja jej stosowanie. Coraz cześciej słyszę, że czasy ciała dobiegają końca bo bez duszy nie ma pełnego życia. Sam coraz głębiej w to wierze.

Łupu cupu niech nam żyje prezes klubu

Zwymiotował Prezes żarcie

Bo ogromne miał zaparcie
Trybunału strawić wciąż nie może
I ten trzewia jego orze
Opuchnięty jest juz cały
Z oczodołów wyszły gały
Łypie nimi na każdego
Żeby na czyszczenie dał mu czegoś 
Pan prezydent juz próbował
Ale się skompromitował
Prezesowi taki lek polecił
Który zamiast sraczki go podniecił
I z tego właśnie powodu
Przezesunio dostał wzwodu
Dobrze, że sprzątaczka w okolicach była
I cierpienie ugasiła
Zatwardzenie jednak pozostało
Jasne wszystkim się więc stało
Ze ten problem musi zostać rozwiązany
Żeby prezes ich kochany
Nie oczadział całkowicie 
Tak jak baca po góralskiej okowicie.
„Problem rozwiążemy ustawowo
Mamy przecież premierową”
Rzekł był pan Antoni
Co prezesa zawsze broni.
I tak wyszła spod ich pióra 
Jeszcze jedna ustawowa bzdura
Nasz trybunał na jej mocy
Może strzelać sobie z procy
Chociaż burzą się sędziowie jego
Nie było wyjścia innego
Prezes wreszcie zrobił kupę
Pokazując konstytucji dupę
Tak jest teraz dumny ze swej sfory
Że już wcale nie jest chory.