Ot i niespodzianka

Różnorodność języków przestała mnie dziwić w Cuence. Dominuje oczywiście hiszpański a zaraz po nim na każdym kroku można usłyszeć kogoś mówiącego po angielsku. Ostatnio do Ekwadoru, a zatem i tutaj, emigruje bardzo wiele osób z objętej konfliktem Wenezueli. Populacja mieszkańców z tego kraju rośnie z dnia na dzień i są to przede wszystkim uchodźcy. Ich asymilacja nie stwarza problemów bo kulturowo i językowo różnice są minimalne. Dla kogoś biegłego w hiszpańskim łatwo jest rozróżnić wymowę kogoś z Wenezueli od lokalnego mieszkańca. Mi jeszcze wiele do tego brakuje ale powoli dostrzegam ten inny sposób wymowy. Tak czy inaczej nie nadaje się wciąż do rozmowy po hiszpańsku bez względu na kraj pochodzenia mojego dyskutanta. Nie pomaga mi w nauce języka fakt, że większość moich lokalnych znajomych mówi po angielsku i wolą porozumiewać się ze mną używając tego języka niż zgadywać o co tak naprawdę mi chodzi. O ile jeszcze parę lat temu ciężko było znaleźć kogoś ze znajomością zachodniego języka o tyle, zgodnie z najnowszymi danymi, do kraju powróciło z emigracji wielu Ekwadorczyków, którzy zakładają małe firmy, przede wszystkim gastronomiczne, a swoją znajomością innego języka przyciągają niekumatych hiszpańskiego, turystów. Słyszałem, będąc ostatnio w małej kawiarence, że kelner porozumiewał się z klientem po francusku. Nie ulega watpliwości, że turystów do Cuenki zjeżdża coraz więcej, zatem i ilość języków przestaje zaskakiwać. Czasami jednak zdarza się taki moment, w którym na człowieka spada coś tak niespodziewanego, że przez chwilę sam nie jest pewny co się stało. Przydarzyło mi się to ostatnio w trakcie zakupów w miejscowym supersamie. Ten rodzaj aktywności nie należy do moich ulubionych. Sklepy generalnie mnie męczą, poza tymi, które rozprowadzają filmy, w tych mogę spędzić całkiem sporo czasu. Do sklepu spożywczego wpadam z listą, wiem mniej więcej co gdzie jest, pakuje na wózek i wynocha. Im dłużej się po tym przybytku kręcę tym bardziej prawdopodobne jest, że coś mi wpadnie w oko, na ogół z wyrobów czekoladowych, i znowu nie będę sobie potrafił odmówić. Zatem wpadam, biorę to co mówi kartka i tak szybko jak to możliwe uciekam byle jak najdalej od stoiska ze słodyczami. Będąc zatem mocny skoncentrowany na swojej liście, mało zwracam uwagę na otoczenie. Znalazłszy się na stoisku piekarniczym, pakując pieczywo, nagle doszedł mnie dźwięk obcego języka, który zdał mi się znajomy. Jeszcze całkiem nie dotarło do mnie skąd go znam, bo przecież na mojej liście po bułkach następna była już kasa i w nogi. Chwilę jednak potem znowu ktoś przemówił i znowu zdało mi się to zrozumiałe. Olśnienie przyszło juz moment pózniej, to był nasz rodzinny, czysty polski. Okazało się, że spotkałem małżeństwo, które mieszka w okolicach Cuenki już od dziewięciu lat. Zadomowili się i nie myślą o żadnych zmianach. Nie wiem za bardzo jak to się stało ale chyba tylko z nadmiaru wrażeń nie wymieniliśmy się żadnym numerem telefonu czy inną formą kontaktu. Znam już paru innych Polaków ale to był pierwszy raz, że i on, i ona byli rodakami. Czy się jeszcze spotkamy? Zobaczymy. Jestem zwolennikiem wiary, że wszystko dzieje się z jakiegoś powodu. Może zatem nie jest nam pisane nawiązanie kontaktu? Czas pokaże.