Prawo żyrandola

Żałosny w poglądach

O prawie i sądach

Jest ten co je łamie

Zwłaszcza, że kłamie

Te smutne wywody

Są laniem wody

I mózgu praniem

Do głupich wołaniem

Lecz ich ubywa

Bo kłamstwo przegrywa

Zawsze i wszędzie

Tak było i będzie

Czy więc wypada

Te bzdury gadać

Gdy każdy to widzi

I z Ciebie szydzi?

Czas już zrozumieć,

Że trzeba umieć

Do błędów się przyznać

I ludziom to wyznać

Bo w fałszu brnięcie

To jak na przyjęcie

Iść bez zaproszenia

Bez dumy cienia

Z tych dwóch wyrazów

Powiem odrazu,

Że w cieniu stoisz,

Którego się go boisz

A dumę masz mroczną

Też mało widoczną

Gdzieś się zgubiła

Gdy dzieckiem była

Co zatem zostało?

Powagi masz mało

Respektu nie więcej

Niż w ręce dziecięcej

Z szacunku dla siebie

Nie daj po glebie

By cię czołgano

Bo złą to zmianą

Smutna to rola

Strzec żyrandola

Być impotentem

Miast prezydentem

Niespodziewane zaproszenie cz.II

Puk, puk zastukałem delikatnie do drzwi. Nade mną zapaliła się lampa ruchowa, nie wiem czy to na skutek pukania czy może moich nerwowych ruchów. Nikt jednak nie otwierał. Dzwonek na drzwiach nie działa a między częścią mieszkalną w wrotami wejściowymi są jeszcze jedne drzwi stąd być może trudno usłyszeć delikatne pukanie. Puk, puk trochę mocniej, lecz znowu nic. Hm, pot trochę zrosił moje czoło. Niech tam zastukam jeszcze raz trochę mocniej. Bang, bang tym razem odniosło skutek, ku mej nieskrywanej radości. Córka gospodarzy pojawiła się uśmiechnięta w korytarzu i na powitanie dostałem uścisk, po którym od razu zrobiło się cieplej na duszy. Stół był już nakryty lecz, być może to jakaś ich tradycja, syn gospodarzy czytał jakąś modlitwę w trakcie, której co jakiś czas reszta uczestników powtarzała te same słowa. Oprócz oczywiście mnie, z uwagi na „rozległą” znajomość języka, oraz najmłodszej uczestniczki biesiady dwuletniej Mariny, która niczym żywe srebro zmieniała miejsce swojego pobytu w tempie trudnym do nadążania. Po skończeniu czytania, nastąpiło wspólne „Ojcze Nasz”, którego treść choć mi znana w naszym języku, gdzieś się ulotniła z głowy właśnie wtedy gdy była najbardziej potrzebna. Zaraz potem życzenia z tym, że bez opłatka. Choinka choć sztuczna to dekoracyjnie jak nasza, tylko jakoś brakowało pod nią prezentów. Nie wypadało pytać czy to normalne. Już po chwili rozpoczęła się wieczerza, której głównym daniem był indyk. Sałata, ryż i tutejsze szparagi dopełniały resztę specjałów. Trochę ptaszysko mnie zaskoczyło, bo wiem, że nie ma zbyt wiele wspólnego z tutejszą kuchnią. Okazało się, że jest to zapożyczenie ze Stanów. W którymś momencie tak się spodobały mieszkańcom Ekwadoru amerykańskie obchody święta Dziękczynienia, że przeflancowali indora na świąteczny stół. Być może świadczył on o amerykańskim śnie o „bogactwie”? Być może. Wypytywali mnie o nasze dania świąteczne, no ale jak im wytłumaczyć pierogi, uszka, barszcz, żur z grzybami i inne nasze delicji w ich języku? Miast zatem tłumaczyć postanowiłem zwalić ten problem na szanowną małżonkę, odgrażając się wigilią w naszym domu kiedyś w przyszłości. Zaproszenie zostało przyjęte. Gospodarz sięgnął po gitarę, a że świetnie na niej gra i ma wielkie serce do muzyki lokalnej, dane mi było ponownie posłuchać kilku utworów. Przy okazji dowiedziałem się, że „El condor paso” to ludowa ekwadorska pieśń, niestety gospodarz słów nie znał, a ja gdzieś zapodziałem tekst Karela Gotta, hahahaha. Jeszcze po kawałku ciasta i lampce wina i pożegnałem moich sąsiadów dziękując za zaproszenie. Z ich posesji widać mój dom. I nie znam ważniejszego od niego miejsca na tym świecie. Bez względu gdzie on jest, tak ma chyba każdy.

Niespodziewane zaproszenie.

Po raz kolejny przyszło mi spędzić święta z dala od rodziny. Emigrując często nie bierzemy wszystkiego pod uwagę. Z drugiej strony nawet gdybyśmy brali, to życie i tak spłata nam jakiegoś nieprzewidywalnego figla. Boże Narodzenie to nie jest zwykle święto, przynajmniej w naszej kulturze. Całe rodziny gromadzą się wokół wigilijnego stołu by celebrować narodzenie zbawiciela. Ile z tego wszyscy zgromadzeni wokół tego stołu rozumieją, byłoby ciekawym zapytać. Niezależnie od tego jak głęboko każdy z nas rozumie sens tego dnia, to kreuje on specjalną atmosferę, której im dłużej jesteśmy częścią tym bardziej cieżko jest nam zaakceptować brak w nim naszych najbliższych. Doświadczenie z poprzednich lat pozwala mi być każdego razu mniej emocjonalnym, chociaż nie będę ukrywał, że daleki jestem od bycia całym sobą w skowronkach z tego powodu. Atmosfera świąt w Ekwadorze trochę odbiega od tego do czego bylem przyzwyczajony żyjąc w Polsce czy w Stanach. Przede wszystkim wpływ ma na to pogoda. Temperatura powyżej dwudziestu stopni, dużo słońca i generalnie ciepło nie sprzyja w popadaniu w depresje z byle powodu. Nie czuje się zatem niczego specjalnie podniosłego, chociaż dookoła wszyscy jednak świętują. Jak już wspomniałem to nie mój pierwszy raz z dala od rodziny w tym czasie. Zawsze jednak znalazła się jakaś bratnia dusza dzięki, której nie byłem zostawiony samemu sobie. Tym razem nie wyglądało to zbyt wesoło bo z rożnych powodów moi sąsiedzi ostatnio więcej czasu spędzają w Cuence niż we własnych domach. Kiedy już zasadniczo byłem pogodzony, że moim towarzyszem świątecznym będzie telewizor, okazało się, że jednak jedna rodzina będzie świętować u siebie i z chęcią przyjmą mnie pod swoją strzechę. I jak tu planować? Miałem już odłożone filmy do obejrzenia, a tu masz. Oczywiście propozycja bardzo mnie ucieszyła bo po pierwsze interesuje mnie tutejsza kultura, a po drugie dobrze być wsród ludzi od czasu do czasu. Lucio i Mary to małżeństwo podobne do mojego z trójką dzieciaków i czterdziestoletnim stażem małżeńskim. Jedyny problem to porozumienie bo choć Lucio zna trochę angielskiego, mniej więcej tyle co ja hiszpańskiego, to Mary już wcale. Stany Zjednoczone nauczyły mnie jednak by nie bać się błędów językowych, mieszanka narodów tam mieszkających i sposób wymowy jest tak różnorodny, że gdyby ludzie mieli jakieś opory w tym względzie to byłoby nie sposób żyć i pracować. Posługuje się zatem moim hiszpańskim bez specjalnego zażenowania bo kiedyś wreszcie się go nauczę a konwersacja jest w moim przekonaniu najlepszą metodą. Ustaliliśmy początek wieczerzy na godzinę siódma. Pora ta sama w sobie przywoływała polskie wigilie, bo chyba jakoś tak i my rozpoczynamy tą uroczystą kolację. Wypichciłem się na wyjściowo i z ciekawością i lekką tremą podążałem ku nieznanemu. 

 

Zaproszenie na obiado-kolacje

Na temat swoich kucharskich perypetii już parę razy wspominałem. Cześć domu przeznaczona do przygotowywania posiłków zdecydowanie nie cieszy się moim szacunkiem. Przeskok generacyjny w tym zakresie musiał właśnie wypaść na mnie. Okazuje się bowiem, że mój ojciec nigdy nie miał problemów ze swoją adaptacją w kuchni. Sam nawet twierdzi, że w sztuce gotowania jest lepszy od mojej szanownej rodzicielki. Coś w tym jest bo ona ani nie przeczy, ani nie udaje, że kuchcenie to jej mocna strona. Nie inaczej jest z moimi synami. Oni rownież czują się swobodnie przy przygotowywaniu posiłków. Często via Skype kontaktują się z moją żoną na temat szczegółów niektórych dań, generalnie jednak biją mnie na głowę w zakresie sztuki kulinarnej. Widzę jednak światełko w tunelu. O ile ubiegły rok, w trakcie nieobecności Alicji był drogą przez mękę, o tyle zdobyte w nim doświadczenie zaczyna powoli procentować. Szefem kuchni napewno nie będę, ale pomału na moim stole zaczyna gościć coraz większa ilość dań. Opanowałem być może pięć, być może sześć rożnych potraw i to powinno mi pozwolić przetrwać. Nie, nie mój stosunek do kuchni się nie zmienił i pozostanę już do końca życia niewolnikiem mojej żony w tym względzie. Moi sąsiedzi mając wiedzę na temat mojej walki z garami  od czasu do czasu zapraszają mnie na degustację kuchni ekwadorskiej. Oczywiście takich ofert nigdy, ale to nigdy nie odrzucam. Zatem ostaniej soboty skorzystałem z jednego z takich zaproszeń. Nie wiedziałem jednak, że na nim będzie większa grupa zaproszonych ludzi. Dom moich sąsiadów to wymarzone miejsce dla tych co lubią zabawy z grillem. Jedno z jego pomieszczeń, sporej wielkości niby ganek, niby weranda to miejsce, w którym znajduje się ceglany piec do przyrządzania pieczywa oraz typowa kuchnia grillowa na węgiel. To towarzyskie spotkanie okazało się typową imprezową barbecue a mistrzem ceremonii był, chyba żeby zrobić mi na złość, mężczyzna. Z podziwem obserwowałem jego wyczyny popijając z innymi gośćmi przyrządzone na tą okoliczność drinki. Ponieważ przekąsek nie brakowało to i wódeczność jakby szybciej schodziła. Nie miałem poczucia bycia obcym bo po pierwsze wszyscy znali angielski, a po drugie procenty rozluźniają i pomagają w nawiązywaniu kontaktów. Rozmawiając z głównym kuchmistrzem dowiedziałem się, że to nie jest jego zawód a bardziej hobby, które sprawia mu wiele przyjemności. W dodatku ów młodzieniec przypominał mi mojego serdecznego przyjaciela, który kiedyś przygotował mi placki ziemniaczane, tak pod względem fizycznym jak i barwy głosu. Zwykle gdy stół jest pełny, w połączeniu z flaszeczką w dobrym towarzystwie, większość z nas traci kontrole nad czasem. Nie inaczej było i w tym przypadku. Nawet wychodząc od sąsiadów nie wiedziałem, która była godzina. Zegar na domowej kuchni wskazywał czwartą rano. Specjalnie mnie to nie zmartwiło bo niedziela obeszła się bez gotowania.