Jak tu się złościć

Od czasu do czasu zdarzało się, że zlecaliśmy różne prace naszemu robotnikowi, znanemu na tych stronach jako Pepe albo Don Jose, podczas gdy my udawaliśmy się do miasta na zakupy. Zwykle jakaś mała robota zaczynała się na początku tygodnia, miała trwać dwa trzy dni, ale nasz Pepino, zawsze tak kombinował, żeby przeciągnąć do tygodnia. Jeden dzień, ten z naszymi zakupami zatem musiał być sam. Skończyliśmy z tym, bo niestety widać było zdecydowany spadek jego wydajności pracy w dniu naszej nieobecności.

Jednego z tych dni Pepe miał skończyć koszenie trawy podczas gdy my udaliśmy się do Cuenki. Właśnie wracaliśmy. Gdy tylko minęliśmy bramę i pojawiliśmy się w zasięgu jego wzroku, zaczął machać do nas rękami przywołując nas jakby rzeczywiście coś ważnego się stało.

Don Marko, Don Marko, venga ver. Znaczy to tyle co panie Marek choć pan tutaj, coś panu pokaże.

Pomyślałem, źe znowu chce się pochwalić jak świetną wykonał robotę. Trzeba tu powiedzieć, że lubi być chwalony jak mało kto. Przyzwyczaił nas do tego przywoływania i chwalenia się postępami w pracy. Spodziewaliśmy się zatem małej wizytacji popartej samozadowoleniem Jose z wykonanej pracy.

Kazałem mu odczekać chwile, bo przecież trzeba było rozładować się z zakupów. Już po chwili jednak byliśmy oboje na miejscu „zbrodni”. Nic nam jednak nie pokazywał, miast tego sięgnął po worek i kazał nam do Noego zaglądnąć. Na jego dnie siedział mocno wystraszony zajączek. Okazało się, że w tej wysokiej trawi nie bardzo mógł sonie poradzić z ucieczką przed maszyną Pepina. Mało nie dostał żyłką po uszach, jednak nasz kosiarz zobaczył go w ostatniej chwili i skoszarować w worku jako dowód na to, źe wypadły dodatkowe okoliczności, które spowodowały, że wykonał mniej niż sam sobie zaplanował. No i jak tu się gniewać.

Tu jeszcze w worku

A potem…..wypuściliśmy go na wolność

Reklamy

Językowe pułapki

Po szalonych amerykańskich latach, które poświeciliśmy na dorabianie się i inwestowanie w dzieci, musieliśmy odrobine pomysleć o sobie. Stany niewątpliwie pozwoliły nam stanąć na nogi. Jednak tempo życia odbiła się na wielu aspektach naszej codzienności. Fatalne godziny pracy połączone z długimi do niej dojazdami konsumowały niemal cały dzień.

Kiedy rozpoczynaliśmy naszą amerykańską przygodę koszty utrzymania były bez porównania niższe niż pod jej koniec. Galon paliwa kosztował poniżej dolara. Pracy dla tych co chcieli też było sporo. Nigdy nie chciałem pracować wsród krajan. Nie dlatego, że mialem jakieś polskie fobie. Główna przyczyny to chęć zgłębienia języka.

Oczywiste było dla mnie, że tylko znając angielski będę w stanie wyrwać się z gatunku prac zarezerwowanych dla przyjezdnych. Mając solidne podstawy językowe, dość szybko udało mi się w miarę poprawnie „spikować”. Doskonale jednak pamietam mój pierwszy wypad, wspólnie z o trzy pobytowe miesiące starszym ode mnie krajanem, do supermarketu na moją pierwszą randkę z zakupami. Już sam sklep zrobił na mnie spore wrażenie. Nie ze względu na zaopatrzenie. Do olbrzymiego wyboru wszelkiego rodzaju różności zdążyłem przyzwyczaić się w trakcie mojego dwuletniego pobytu w Austrii. Pathmark, bo tak się nazywał ów supermarket, był po prostu przepastny. Nie mam zdolności przestrzennych i nigdy nie potrafię dobrze określi wielkość czegoś w metrach czy innych jednostkach miary. To „bydle” było wielgachne i praktycznie można było w nim kupić wszystko na potrzeby utrzymania. Można by go porównać do dzisiejszego Tesco z tym, że Pathmark, żadnych rowerów, elektroniki, odzieży nie oferował. Jedynie wyżerka, higiena, środki czystości, karma dla zwierząt. A mimo to był zawalony towarami po brzegi.

Oprowadza mnie mój przewodnik i tłumaczy co jest co. Nie będę ukrywał, że wielu z tych rzeczy nie byłbym w stanie zidentyfikować. Wreszcie to był przecież mój pierwszy raz. Środki finansowe też miałem ograniczone do kartek żywnościowych, które zapewniał nam wszystkim nasz sponsor przez pierwsze trzy miesiące. Trzeba było zdrowo się gimnastykować, żeby się utrzymać. Stąd z dużą dozą zaufania wsłuchiwałem się w rady mojego znajomego. Chciałoby się i to, i tamto. Kartki jednak limitowany też produkty, które mogłem sobie kupić. Na ten przykład alkohol w tym koszyku dozwolonych produktów się nie mieścił.

Chodzimy zatem miedzy regałami i półkami. Przede wszystkim konserwy, zupki, które zalewane gorącą wodą nagle stawały się „wysokokalorycznym” pożywieniem. To wszystko było najtańsze. Grzanki z gąbczastego chleba, jakiś ser żółty, który koło prawdziwego żółtego sera nie miałby prawa nawet stanąć, ale tani.

Wsród konserw wpadła mi w łapy puszka z czymś tam w środku a na niej napis, że to turkey. Chciałem błysnąć swoim intelektem przed moim przewodnikiem, niech sobie q..wa nie myśli, że ja z jakieś wiochy zabitej deskami. -Żarcie z Turcji sprowadzają – zagaiłem. Nigdy nie zapomnę jego uśmiechu. – Nie to nie jest turecki import, turkey po angielsku to też indyk, a ta konserwa to z indyczego mięsa. O żesz ty, w mordę jeża, no to rzeczywiście błysnąłem tyle, że nie intelektem.

Awaria na pokładzie

Zgodnie z oczekiwaniami Panama, okazała się najtrudniejszą częścią naszego lotu. To właśnie tam zmienialiśmy samoloty. Widać wciąż trwa jakiś alarm antyterrorystyczny bo to małe lotnisko zostało podzielone na części. Dla odlatujących do kraju marzeń wszystkich Ziemian wydzielono kilka bram odlotowych. Przed nimi kolejne prześwietlanie bagażu oraz każdego pasażera. Nie ma znaczenia czy to tranzytowy podróżnik czy taki, który wsiada na samolot w Panamie i przed chwila przeszedł już przez te wszystkie urządzenia bezpieczeństwa przed wejściem w strefę odlotów. Wszyscy jak jeden mąż jeszcze raz razem z bagażem podręcznym do prześwietlenia. Przecież na lotnisku w strefie bezcłowej można kupić bombę, karabin maszynowy, podręczny granat, przenośną wyrzutnie rakietową czy inną broń masowego rażenia i nigdy nie wiadomo co takiemu nawiedzonemu, lecącemu do Stanów strzeli do głowy. Na wszelki wypadek parę ekstra promieni rentgenowskich, tak dla pewności i sprawa załatwiona. Zapomniałem dodać, że ta kontrola wymaga ściągnięcia obuwia. Ponoć bramy przez, które przechodzi delikwent nie są dostatecznie dokładne.

Nasz samolot przyleciał na czas ale tłok był z odlotami i przetrzymali nas chwile na płycie zanim udostępnili nam rękaw. Szukamy naszej bramy. Jest. Mamy około czterdzieści pięć minut. Pędem w stronę wskazanego miejsca. A tam kolejka jak za mięsem w czasach słusznie minionych. Wiadomo bez nas nie odlecą. Trochę jednak człowiek czuje się jak domowy bomb majsterkowicz.

Rozglądasz się dookoła ludzie wsiadają lecąc w różnych kierunkach bez tego całego cyrku. Żadnego dodatkowego sprawdzania przy lotach do Europy, Ameryki Południowej czy w innych kierunkach. No cóż na samolot do Stanów pchają się sami terroryści. Na kogo nie spojrzysz wygląd ma podejrzany, twarz śniada na czole napis drukowanymi literami, Jestem Członkiem ISIS, czy jak tam nazywa się to państwo pełne terrorystów.

Pomimo tych wszystkich podejrzeń nikogo o dziwo nie cofnęli. To było najbardziej zaskakujące. Może dobrze, że wśród kontrolujacych zabrakło prezydenta USA wtedy pewnie nikt by nie wlazł na samolot. Zdziwiło mnie również, że na lotnisku zabrakło muru na wzór tego jaki chce na granicy z Meksykiem. Myśle, że to poważne niedopatrzenie i pewnie rząd panamski będzie się musiał z tego wytłumaczyć.

No ale ja tu tak obśmiewam zacnego prezydenta a tymczasem okazało się, że jego ostrożność i dbanie o nasze bezpieczeństwo było i jest słuszne. Gdy wreszcie nasz odrzutowiec został odprawiony, ruszył z grubej rury w kierunku pasa startowego. Po chwili jednak zatrzymał się. Po kolejnych paru minutach przemówił kapitan. Jakieś światełka w kokpicie nie chciały zgasnąć i trzeba było wracać do bramy. Technicy mieli wszystko sprawdzić. Po około dwóch godzinach radosna wiadomość, to nie była bomba ani nic w tym rodzaju po prostu awaria systemu chłodzenia. Coś tam wymienili i już z powrotem na pas startowy. W sumie ucieszyłem się, że to na przykład nie odpadło jakieś skrzydło czy inny element lotny bo wtedy następne przesiadka i kolejna kontrola bo przecież nigdy nic. Ile wiadomo.

Zastanawiałem się dlaczego ludzie czekają do ostatniej chwili z wejściem na poczekalnie przy branie odlotowej zamiast odwalić to i mieć święty spokój później. No i zdałem sobie sprawę, że jak już przejdziesz przez tę kontrole toś bracie uziemiony. Chce ci się na ten przykład do kibla, sorry trzeba wyjść na zewnątrz i potem kolejna kontrola. Ludzie czekają zatem do ostatniego momentu by oddać nadwagę i wtedy już na spokojnie walą na spotkanie z agentami od bezpieczeństwa.

Polecam zatem lot do USA każdemu kto lubi sceny krew w żyłach mrożące. Hm chyba coś mi się pokręciło, polecam raczej tym z poczuciem humoru.

Que buskaba, que le damos?


Que buscaba, que le damos słychać na każdym kroku. Tak właściciele straganów zachęcają kupujących do zatrzymania się przy ich stanowisku. Ferria Libre, którą można by porównać do naszych hal targowych, tętni życiem do wczesnego rana dotąd dopóki nie zajdzie słońce. Kupić tu można wszystko a i sprzedać też jeśli ma się coś na zbyciu. Handlują hurtem i po cenach detalicznych a im więcej kupisz tym cena jest bardziej atrakcyjna. To zapewne specyfika każdego takiego miejsca. Tu nie można kupować u pierwszego handlarza, u niego cena najczęściej jest najwyższa. Trzeba wejść głębiej w to miejsce by zorientować się, że można za to coś co mieliśmy już kupić, zapłać mniej. Czego szukasz i co podać będzie się odbijać od naszych uszów wielokrotnie bo każdy ma coś do zaoferowania i chciałby to sprzedać. Nie sposób obejść to targowisko w całości a i powodów nigdy do uczynienia tego nie mam. Wiem co chce kupić i na ogół są to owoce i warzywa. Ostatnio odwiedzamy rownież i stoiska z owocami morza bo i tych jest tu dość sporo. Najczęstsza cena wyjściowa to jeden dolar, niemal wszystko się od niego zaczyna. Kwestia tylko ile za niego można kupić. To po części zależy od pory roku i tego co jest aktualnie zbierane na polach czy z drzew. W porze zborów pomarańczy za pojedynczego zielonego można ich kupić nawet czterdzieści lub trzydzieści mandarynek. Avocado od trzech do pięciu bo większość tego typu towarów upłynnia się na sztuki a nie na wagę. Ananasy, kokosy, granaty, tutejsze jabłka, gruszki, truskawki, melony to stoiskowy standard. Są oczywiście i inne przysmaki ichniejsze, póki co wszystkiego jeszcze się nie nauczyłem i do nowinek podchodzę trochę z umiarkowanym optymizmem. Owoce mieszają się z warzywami, a za nimi stragany mięsne, nabiałowe, ciuchy, buty, zwierzęta domowe. Pomiędzy tym wszystkim papierosy, pieczywo, papier toaletowy, zioła, przyprawy, słodycze, elektronika, ktoś dorabia klucze, filmy i muzyka nielegalnie ściągnięta z internetu i Bóg jedyny raczy wiedzieć co jeszcze. Gdybym miał to do czegoś porównać to najbardziej przypomina mi to peerelowskie wtorkowo-piątkowe targowiska, bo te dzisiejsze nie mają już tego uroku.

Que buskaba joven? No i jak tu się nie zatrzymać kiedy ktoś nazywa cię młodzieńcem? Młody nie jestem i nie wiem czego szukam, ot po prostu lubię to miejsce. Skąd jesteś? Polonia. I tu się zaczyna lista nazwisk, którą rozpoczyna papież, przez paru piłkarzy aż do pogromcy PRL-u. Dobrze, że wiedzą o nas chociaż tyle i aż tyle.

Ferria Libre czyli plac targowy

Często robiąc swoje zakupy, szczególnie te owocowo-warzywne, myślę o starych płacach targowych w naszym kraju. Odbywały się one przede wszystkim we wtorki i w piątki i można na nich było kupić niemal wszystko. Dzisiaj nie ma już tych miejsc, zastąpiły je codzienne hale targowe. One też już nie spełniają tej samej funkcji co kiedysiejsze place targowe bo zaopatrzenie w sklepach detalicznych też się zmieniło, często oferując dokonanie kompletnych zakupów pod jednym dachem. W Cuence nie ma jeszcze tak popularnych na zachodzie i w Polsce galerii, aczkolwiek i tu ten trend zaczyna powoli się pojawiać. W dalszym ciagu najważniejszym miejscem zakupów są zadaszone hale targowe, na których można dokonać większości zakupów. W samym centrum historycznym są dwa takie miejsca ulokowane na jego krawędziach po przeciwnych stronach. Mają one jednak przede wszystkim charakter spożywczy. Wszelkiego rodzaju produkty mięsne od kurczaków przez świnki morskie (lokalny przysmak), wieprzowinę po cielęcinę nie stanowią problemu z zakupem. Kondygnacje wyżej to owoce i warzywa, które zmieniają się w zależności od pory roku. Aktualnie jest sezon na pomarańcze i mandarynki oraz banany, czyli ceny tych produktów są najtańsze ( aktualnie dwadzieścia mandarynek kosztuje dolara około trzydziestu pięciu małych bananów tyle samo). Jeszcze wyżej wszelkiego rodzaju wyszynk czyli jedzenie na miejscu. Ludzi na żadnym pietrze nie brakuje. Jestem pewien, że gdyby wpadli w to miejsce ludzie z sanepidu to niewiele by z tego miejsca pozostało. Tu jednak przepisy są pewnie bardziej pod drobnego handlarza i nikt nie będzie mu rzucał kłód pod nogi. Najważniejszym miejscem handlu jest jednak Ferria Libre ulokowana poza centrum historycznym jednak w bardzo newralgicznym punkcie miasta, który stanowi jego główna ulica. Avenida Las Americas, bo o niej mowa to najdłuższa i najbardziej skomercjalizowana ulica Cuenki. To właśnie przy niej znajduje się największy bazar miasta, przy którym zatrzymują się niemal wszystkie autobusy komunikacji miejskiej. Tu można kupić bezpośrednio od rolnika i hurtem dla potrzeb dalszej sprzedaży. Zycie tu tętni od wschodu do zachodu słońca. Podobno najwiecej się dzieje w środy i soboty ale to nie są moje dni wyjazdowe. We wtorek i piątek też dzieje się wystarczajaco dużo aby wyrobić sobie pogląd na to miejsce. Większość produktów rolniczych sprzedaje się w ilościach takich, aby cena równała się dolarowi, wszystko wtedy jest łatwe i nie trzeba się trudzić z wydawaniem reszty. Na Ferria Libre można dokonać kompletnych zakupów od artykułów spożywczych przez przemysłowe po filmy i inne artykuły rozrywkowe. Tu handluje każdy nie tylko ten co ma stoisko ale i te kto swój stragan ma na plecach czy w rękach. Każdy stara się coś zaoferować i każdy przekrzykuje każdego. Matki z mały dzieciakami uczą je jak grać na uczuciach kupujących co dzieciaki robią bez najmniejszych oporów. Gwarno, ciasno przy tym dość bezpiecznie. Upodobałem sobie to miejsce przede wszystkim z racji jego różnorodności ale również i z faktu, że mój autobus właśnie stąd zabiera mnie do domu co bardzo wiele ułatwia. Tu można się też targować a większe zakupy przy jednym straganie na ogół dają coś za darmo. To właśnie Ferria Libre kojarzy mi się z dawnymi placami targowymi i tylko nagrań z trzeszczących pocztówek brakuje ale dzisiaj mamy dyski kompaktowe, takie czasy.