My tu jeszcze wrócimy.

Nasz ostatni spacer w góry wyższe od miejsca, w którym mieszkamy zaowocował poznaniem terenów, w które dotarliśmy po raz pierwszy. Szczytu żadnego nie osiągnęliśmy ale wielkimi krokami zbliżamy się coraz bliżej niego.

Okoliczna wspinaczka nie ma nic wspólnego z żadnym trekingiem, jak to się dzisiaj mówi popularnie o tego typu wyprawach. Tu nie ma żadnych dróg w góry. Mnóstwo za to prowizorycznych ścieżek wzdłuż ogrodzeń z pastwiskami.

Nad naszym domem dumnie i majestatycznie rozpanoszyła się góra. Od tej strony jednak wyjsć nie sposób bo krzaki i drzewa pilnie strzegą aby nikt spokoju wzniesieniu nie zakłócał. Raz juz próbowaliśmy pokazać przyrodzie, że z nami łatwo nie będzie. Chociaż wspięliśmy się do jakiejś polanki to jednak dość mocno podrapani, że nie wspomnę o kolcach w ubraniu i innych częściach drzewostanu, który czepiał się naszej odzieży jakby po raz pierwszy człowieka zobaczył w tej okolicy.

Poszliśmy tym razem naokoło. Chociaż dalej to droga łatwiejsza. Po mniej więcej dwóch godzinach dotarliśmy dość wysoko. Można było wyżej tyle, że nogi przypominały nam, że wciąż czeka nas droga powrotna.

Wydawało nam się, że w linii prostej jesteśmy mniej więcej nad naszą hacjendą.

Zbocze nie wyglądało zbyt stromo. Czemu nie. Zdecydowaliśmy się na kolejne wyzwanie. Początkowo nawet nie było źle. Z czasem jednak robiło się coraz gęściej i coraz stromiej. Dodatkowo nie mieliśmy pewności czy rzeczywiście z tych chaszczy wyjdziemy tam gdzie chcieliśmy. Parliśmy do przodu tak długo jak to było możliwe. Wreszcie teren stał się zbyt stromy. Przyroda wygrała. Straciliśmy pewnie z godzinę na tej próbie skrócenia drogi. Tym razem porażka ale my tu jeszcze wrócimy.

Kraina tequili

Dwa miesiące z niedużym hakiem upłynęły od powrotu. Czas się ruszyć, zwłaszcza, że nadarza się okazja. Urodziny dziecka i to okrągłe niejako wymusiły na nas skok do Meksyku.

Meridę na Yukatanie odwiedzimy po raz drugi. Ten pierwszy raz związany był też z urodzinami tyle, że wybranka naszej pociechy. To meksykańskie miasto wtedy zrobiło na nas duże wrażenie, bo wyobrażaliśmy sobie to państwo jako znacznie uboższe. Nic z tych rzeczy. Meksyk tylko ze względu na amerykańską tanią siłę roboczą postrzegany jest jako państwo o niskiej stopie życiowej. Pewnie jest ona niższa od północnego sąsiada jednak w okolicach, w które się wybieramy, biedy nie widać.

Yukatan położony jest na zatoką meksykańską. Sama Merida nie ma do oceanu dostępu. Wystarczy jednak pół godziny jazdy i już jesteśmy nad wodą. Stan ten jest również znany z wielu basenów podziemnych. Wszystko to jest naturalne i powstałe w wyrwie w ziemi. Meksykanie wpadli na pomysł aby to zagospodarować. W ten sposób z wypełnionej wodą dziury w ziemi powstały malownicze miejsca do pływania. Nie jest to oczywiście woda stojąca, taka zapewne nie nadawałaby się do żadnej rekreacji. Samo oczko znajduje się poniżej powierzchni ziemi stwarzając w ten sposób poczucie pływania w jaskini. Widzieliśmy pare tego typu atrakcji za pierwszym razem. Mam nadzieje, że i podczas tego pobytu nie ominie nas pływanie w sanote, jak z hiszpańska nazywają te miejsca.

Jutro jednak cały dzień w podróży. Niby sam lot z przesiadką to nieco ponad osiem godzin, nam jednak cała podróż zabierze drugie tyle. Musimy dostać się na lotnisko w Guayaquil, co zabiera około trzech godzin. Oczywiście na trasach międzynarodowych w porcie lotniczym trzeba się zjawić conajmniej dwie godziny przed odlotem. To wszystko zatem wydłuża czas podróży. Niestety w takich czasach żyjemy, ze wszędzie na lotniskach każdy musi przejść dość dokładną kontrolę. Będzie zatem długi dzień, a następny post z krainy El Chapo. On już nie jest groźny. Siedzi w kiciu u sąsiada z północy. Gangi narkotykowe najbardziej są aktywne przy granicy amerykańskiej, tak żeby Donek miał bliżej 😂😂😂. Yukatan jestem stanem najdalej oddalonym od krainy mlekiem i miodem płynącej, na całe szczęście.

Do usłyszenia zatem ze Stanów Zjednoczonych Meksyku, bo tak brzmi pełna nazwa tego kraju, kraju gdzie wódki piją mało bo tu rządzi tequila.

Deszcz, droga i rzeka

Maj to miesiąc, którego w Ekwadorze nie lubię i chyba go tutaj lubić nie będę. I pomyśleć, że miesiąc ten gdzieś tam skąd pochodzę uchodzi za czas kiedy wszystko wraca powoli do życia po zimie. Półkula północna ukradła mi słońce, zostawiajac zachmurzone niebo, które niemal każdego dnia ktoś tam na górze otwiera wylewając na nas wiadra deszczu. Z naturą nie można się porozumieć, robi co chce nie zwracając uwagi na nasze potrzeby. Deszcz jest potrzebny ale w nadmiarze więcej powoduje szkody niż przynosi pożytku. Na przykład na mojej drodze do cywilizacji, którą przemierzam dwa razy w tygodniu. Przyzwyczaiłem się do niej i praktycznie mój zegar tygodniowy kręci się wokół tych „spacerów”, które dają mi możliwość cofnięcia się w czasie. Dawno temu rodzice zostawiali nas u swoich rodziców, gdzieś tam równie daleko od cywilizacji a warunki jakie tam miałem jako żywo przypominają mi moją obecną trasę do miasta. To właśnie maj doprowadził, że owe „camino” jak go tutaj nazywają zmieniło się w gąbczasty grunt, który nie jest w stanie przyjąć więcej wody. I pomyśleć, że gdzieś tam w świecie panuje susza i ludzie modlą się chociaż o pare kropli deszczu. Z naturą nie ma jednak porozumienia. Akceptuje więc jej wybryki i nie zamierzam rezygnować z moich wypraw. Lubię tą drogę pomimo spłukanych nadmiarem opadów kamieni z niej wystających i szczerzących swe kanciaste zęby. Lubię ją na przekór kałużom wody, które powodują, że moje obuwie na jej końcu często wymaga przeczyszczenia go z brunatnej mazi, zwanej błotem. Nic nie szkodzi, bo koło przystanku rośnie sporo trawy, która na ten moment zastępuje mi szczotkę do butów. Lubię ten pięciokilometrowy odcinek za ciszę, za spokój przerywany jedynie gniewnym pomrukiem rzeki, która gdzieś tam wije się poniżej. A gdy wracam z mojego wypadu do miasta i gdy wreszcie dopadam domu po pot wyciskającej wspinaczce, padam na na fotel na moim patio. Zamykam oczy wsłuchując się w kojący szum rzeki, która przetacza swe wody gdzieś niedaleko. I chociaż o dach uderzają krople deszczu, już mi to nie przeszkadza.