Meksykańskie obrazki

Nie będzie dzisiaj słów, będą obrazki.

Apteka z przepisami Majów. Lubię te „babcine” metody.

Postój taksówek. W tej temperaturze mają spore wzięcie.

Wygląda jak rodzaj kaktusa i kłuje jak tenże

Nie ma to jak kuchnia opalana drewnem na świeżym powietrzu.

Wieczorem Mariachi

A po tańcach, hop do wody.

Z Cusco do Puno czyli droga nad jezioro Titicaca

Zwiedzanie Cusco i okolic było ostatnim etapem naszej wycieczki w tą cześć Peru. Czas na jezioro Titicaca. Nasz program przewidywał, że tą trasę pokonamy autobusem turystycznym. Wyruszyliśmy zatem w niemal czterystu kilometrową podróż z samego rana a z nami jeszcze piętnastu innych turystów w większości spoza Peru. Nasza przewodniczka była młodą dziewczyną, która chociaż nigdy nie była w kraju anglojęzycznym bardzo dobrze władała tym językiem. Na pokładzie autobusu znajdowali się jednak turyści, którzy znali tylko hiszpański zatem zmuszona była opowiadać na przemian używając obu języków. Na trasie mieliśmy sześć przystanków związanych przede wszystkim z ruinami  inkaskimi. Naszym punktem docelowym było oczywiście jezioro ale miastem, do którego mieliśmy dotrzeć było Puno, z którego wyruszają wszystkie wycieczki w podróż po jeziorze od strony Peru. Droga nam się specjalnie nie dłużyła bo przystanki w trakcie podróży były ciekawym urozmaiceniem. Czterysta kilometrów dało nam rownież możliwość poznania Peru z perspektywy drogi. Od momentu wyruszenia z Cusco wspinaliśmy się w górę, jezioro Titicaca jest bowiem położone na niemal czterech tysiącach metrów nad poziomem morza i jest największym akwenem wodnym na tej wysokości. Nasze przystanki były związane zwykle z czymś szczególnym. Mieliśmy zatem możliwość obejrzenia mostu wiszącego nad miejscową rzeką a zbudowanego z lian i drzewa. Obok niego wybudowano inny most z typowego kamienia charakterystycznego dla tej okoliczny. Mogliśmy przejść po tej huśtającej się konstrukcji co było swego rodzaju atrakcją. Kolejny przystanek to jeden z najstarszych kościołów w tej okolicy. Wybudowany przez jezuitów przejęty przez dominikanów by wreszcie stał się ponownie własnością jezuitów. Sporo ciekawych opowiadań, którymi raczyła nas bardzo dobrze przygotowana przewodniczka. Następny postój to ruiny w miasteczka, które było na granicy rożnych plemion Inków. Miasto to miało charakter spichlerza, do którego na wypadek klęsk żywiołowych obie grupy etniczne odkładały produkty. Obowiązywał swego rodzaju podział bo to co rosło u jednych nie rosło u drugich uzupełniając się nawzajem. Inkowie rozumieli potrzebę współpracy i obowiązywały w ich świecie normy, które nakazywały dbanie o sąsiadów ale i rownież o dobro ogółu. Mam wrażenie, że naszym politykom przydałby się powrót w tamte czasy. W najwyższym punkcie trasy mogliśmy dojrzeć szczyt pokryty lodowcem. Wraz z wspinaczką krajobraz za szyba zmieniał się z każdym kilometrem by na wysokości czterech tysięcy metrów przypominać już typowo górski z minimalną ilością karłowatych drzew i krzaków. Nie to jednak uderzało najbardziej. Ta cześć Peru zdecydowanie odbiega zamożnością od miejsca, z którego wyruszaliśmy rano. Puno i Juliaca oba miasta liczące ponad dwieście tysięcy mieszkańców oddalone są od siebie o około godzinę jazdy. Puno to port nad jeziorem a Juliaca to miasto, w których wybudowano lotnisko dla tej okolicy bo leży ono w przeciwieństwie do Puno na w miarę równym terenie. Oba miasta są jednak bardzo zaniedbane i w ich budowie nie widać żadnej wizji. Obecny prezydent Peru Pedro Pablo Kuczyński przyrzekł doinwestować te tereny. Co z tego wyjdzie czas pokaże bo największa bolączką Peru jest korupcja. Po ponad dziesięciu godzinach jazdy dobiliśmy do hotelu i chociaż mieliśmy jeszcze w planie spacer to jednak zdecydowaliśmy się pozostać i odpocząć. Na drugi dzień wychodząc z hotelu pani z recepcji oznajmiła, że ma dla nas prezent. Trochę zdziwieni patrzyliśmy na nią jak na kosmitę ale wkrótce wszystko się wyjaśniło. Dzień wcześniej Alicja obchodziła urodziny. Licząc na to, że wyjdziemy na zewnątrz przygotowano dla niej prezent. Zawiedliśmy jednak ich oczekiwania nie wychodząc, stąd prezent od hotelu dzień pózniej. Nie będę ukrywał, że było szczególnie mojej małżonce bardzo miło. A przed nami wyprawa na jezioro.

Święta Dolina Inków

W drugim dniu naszej peruwiańskiej wyprawy zaplanowano dla nas odwiedziny Świętej Doliny Inków. Wyprawa do niej jest częścią każdej wycieczki, która ma w tytule Machu Picchu. Sama osada, chociaż stanowi największą atrakcje turystyczną, jest tylko częścią kultury i spadku po Inkach. Święta Dolina to spora ilość małych miasteczek wzdłuż rzeki Urubamby, w których zachowały się pozostałości po kulturze byłych mieszkańców tych okolic. W Peru aktualnie panuje pora deszczowa, która powoduje, że sezon turystyczny jest może nie martwy ale napewno mniej turystów zjeżdża w odwiedziny. Sądziliśmy, że dzięki temu będziemy mieli więcej czasu czasu i będzie mniej tłoczno. Niestety w krainie Inków mamy obecnie wakacje szkolne a to pozwala mieszkańcom Peru na odwiedzanie właśnie takich miejsc jak Machu Picchu czy Święta Dolina. Byliśmy bardzo zaskoczeni ilością zwiedzających gdziekolwiek byśmy nie dotarli. Wszędzie były tłumy ludzi, wszędzie tłoczno i głośno. Podobno w sezonie turystycznym jest jeszcze gorzej. Nasza wycieczka do doliny rozpoczęła się o 9 rano razem z dziewięcioma innymi osobami i przewodnikiem, który towarzyszył nam na całej trasie. Po drodze mijaliśmy wiele małych peruwiańskich osiedli albo wiosek, które kultywowały stare inkaskiego metody rolnicze. Były to zatem zamknięte enklawy rodzinne, w których wszyscy nawzajem ze sobą współpracowali. Nasz przewodnik był starszym człowiek ze zdecydowanym sentymentem dla tego typu życia co czuć było w jego głosie. Większość inkańskich miasteczek na tej trasie jest położona wzdłuż rzeki Urubamba, która jest dopływem Amazonki. Rzeka to do pewnego stopnia przypomina Dunajec bo płynąc nią cieżko jest zdeterminować po, której stronie znajdują się kolejne szczyty. Dolina wykreowana przez nią stała się miejscem, które Inkowie uważali za święte. Dlaczego? Głównie z powodu wody i klimatu. Oba te czynniki pozwalały Indianom na zbieranie plonów do trzech razy w roku. Stosując odpowiednią agrykulturę opanowali oni do perfekcji metody uprawy wielu podstawowych roślin. Charakterystyczne tarasy mogliśmy zobaczyć w każdym miejscu, które odwiedziliśmy. Rozmach odwiedzanych wykopalisk i wiedza z jaką spotkaliśmy się przekroczyła moje oczekiwania. Na naszej trasie zajrzeliśmy do Pisac, Urubamby i Ollantaytambo. Wszędzie tłumy ludzi i wszędzie ta niezwykła atmosfera spowodowana tym co mogliśmy zobaczyć. Pozostałości poinkańskie zdecydowanie różnią się od tego co widzieliśmy w ruinach Majów. Nie ma tu tak charakterystycznych piramid a wszystko było jest bardziej podporządkowane rolniczemu charakterowi życia tych Indian. Inkowie niewątpliwie kojarzą się przede wszystkim z Machu Picchu a tymczasem nie jest ono największym wykopaliskiem archeologicznym. Pisac jest większy ale nie ma takiego mitu jak Machu. Właśnie tam rozpoczynają się trasy dla wytrwałych piechurów, którzy chcą przeżyć coś niezapomnianego. Z Pisac można wyruszyć na jedną z wielu kilkudniowych tras śladami Inków. Trwają one od pięciu dni w zależności od potrzeb zainteresowanych. Trasy te wiodą poprzez zapomniane miejsca kultury indiańskiej i kończą się na ogół właśnie w Machu Picchu. Z opowiadań naszego przewodnika, dla którego kultura Inków jest czymś niemal świętym, wynikało, ze owe trasy to jedyne w swoim rodzaju duchowe przeżycie. Definitywnie brzmiało to bardzo interesująco jak i jego wszystkie opowieści. Być może następnym razem. A jutro wreszcie Machu Picchu.

Miejsca, które warto zobaczyć, Grand Canyon

Wiele jest miejsc na świecie, które każdy by chciał odwiedzić. Niektóre z nich to dzieło człowieka, inne zaś to wytwór natury. Każdy kraj ma coś specyficznego, szczególnego czego gdzieś indziej trudno byłoby znaleźć. O tym jednak fakcie wiedzą jednak przede wszystkim mieszkańcy danego kraju oraz garstka ludzi, których nazywamy podróżnikami.  Są jednak miejsca tak niepowtarzalne w swojej urodzie, że zna je niemal każdy człowiek żyjący na naszej planecie. Niewątpliwe jednym z nich jest Grand Canyon. Co roku ciągną tutaj miliony turystów a wielu z nich wraca tu wielokrotnie. Miejsce to jest parkiem narodowym i znajduje się w stanie Arizona. Canyon liczy sobie około 446 km długości a w najszerszym miejscu odległość z krańca na drugi kraniec sięga 29 kilometrów. Grand Canyon to wytwór rzeki Colorado, która wyrzeźbiła go na przestrzeni milionów lat, powodując, że w najgłębszym miejscu odległość z dna kanionu do jego szczytu sięga niemal dwóch kilometrów. Miałem to szczęście być w tym miejscu dwukrotnie i za każdym razem magia tego miejsca robiła na mnie olbrzymie wrażenie. Szczególnym przeżyciem jest oczywiście wschód słońca, który gromadzi na krawędzi kanionu rzesze ludzi bo jest to zjawisko jedyne w swoim rodzaju.  Ciemność spod jakiej minuta po minucie wyłania się czeluść kanionu i ta niesamowita gra kolorów skał nie może nie zrobić wrażenia. Moją pierwsza wizytę w kanionie zaliczyłem razem z moją rodziną i jak to zwykle bywa to właśnie ona zapisała sie głęboko w mojej pamięci. Główną przyczyną tego faktu było przede wszystkim to, że zdecydowaliśmy się, razem z moimi synami zejść do samego dna kanionu. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że zaczęliśmy schodzić zbyt późno, przed czym ostrzegał nas student z Polski, który pracował w sklepie z pamiątkami w ramach wymiany studentów. Oczywiście nie uwierzyliśmy mu i postanowiliśmy udowodnić, że na zejście nigdy nie jest zbyt późno. I tak około godziny jedenastej rozpoczęliśmy naszą przygodę. Z krawędzi do dna kanionu jest nieco ponad dziewięć mil, mniej więcej piętnaście kilometrów. Ściany kanionu są dość strome zatem droga miała charakter zygzakowaty stąd się wziął ten dość długi dystans. Schodzenie na dół to nie jest aż tak wielki problem i zajęło nam to około trzech godzin. Rzeka Colorado nie zrobiła na nas większego wrażenia. Wygladała na brudną i zdecydowanie nie nadawała się do żadnej kąpieli nawet pamiątkowej. Na dole dowiedziałem się, że można na szczyt wrócić krótsza drogą licząca około siedmiu mil czyli jakieś 11 kilometrów. Nikt nam jednak nie uświadomił, że jest to trasa o wiele dziksza niż ta, którą zeszliśmy. Różnica polegała przede wszystkim na braku punktów z wodą, których nie brakowało na szlaku dłuższym. Rozpoczęliśmy naszą drogę powrotną nieco po godzinie drugiej w nadziei, że nawet jeżeli wspinać się będziemy dwa razy dłużej, czyli około sześciu godzin to i tak powinniśmy być na szczycie w granicach dziewiątej. Każdy z nas miał po półlitrowej butelce wody i tak zaopatrzeni ruszyliśmy w drogę powrotną. Po pewnie dwóch godzinach marszu natknęliśmy się na grupę schodzącą na dół w celu przenocowania, co jest dozwolone. Spytaliśmy ich jak jest jeszcze daleko do szczytu, mając nadzieje, że odpowiedź zaskoczy nas pozytywnie. Błąd w rozumowaniu, okazało się bowiem, że w najlepszym przypadku przeszliśmy może milę. Spojrzeli na nas z litością i śmiechem i podarowali nam trochę wody bo już wiedzieli, że nasze porcje nie wystarczyłyby nawet wielbłądowi, który znany jest z możliwości podróżowania po pustyniach i bez wody. Nie będę się rozwodził nad naszymi przygodami w drodze powrotnej, dodam tylko, że po około następnych dwóch godzinach spotkaliśmy parę schodzącą w dół. Ponowiłem pytanie o odległość do krawędzi. Odpowiedź nie była zbyt budująca. I tym razem nasi rozmówcy zaoferowali nam wodę, widząc ile nam jej jeszcze zostało. Najzabawniejsze było to, że rozmawialiśmy po angielsku, ale kiedy dziewczyna zaoferowała nam wodę, niespodziewanie chłopak odezwał się czystą polszczyzną, pytając ją czy jest pewna, że im wody wystarczy. Do krawędzi doszliśmy wreszcie parę minut po dwudziestej trzeciej, czyli po dziewięciu godzinach morderczej wspinaczki, wycieńczeni i szczęśliwi. Jedynym problemem był fakt, że znajdowaliśmy się około siedmiu mil od naszego hotelu ale to już rozwiązała taksówka.

Wróciłem na miejsce przestępstwa po czternastu latach. Tym razem w towarzystwie doświadczonych podróżników: Leszka z Izą i Wojtka z Magdą, którzy postanowili zwiedzić zachodnią cześć Stanów. Nie mogliśmy ominąć Grand Canyon. Leszek z Magdą zdecydowali się na zejście na dół. Chociaż rozpoczęli wcześnie rano od dzikiej strony to i tak cała wycieczka zajęła im cały dzień a do krawędzi dotarli kiedy było już mocno po zmroku. Na drugi dzień Leszek prezentował się dobrze, Magda jednak musiała odpuścić i trochę zwolnić a o dłuższym wspinaniu nie było mowy. Tym razem ja nie dałem się skusić.