Nieoczekiwane spotkania.

Moja droga do Ekwadoru wiodła prze Austrię i Stany. Spotkałem na niej wielu ziomków. Niektóre z tych spotkań były zdecydowanie zaskakujące. I to o nich będzie mowa.

Jakoś po roku pobytu nad Dunajem, udało mi się wreszcie zyskać zaufanie Austriaka, który zdecydował się powierzyć mi role brygadzisty w dwuosobowej grupie. Mój podwładny był lepszym fachowcem, tylko, że z niemieckim u niego było całkiem niedobrze. W przeciwieństwie do mnie. Dogadywaliśmy się jednak wzorowo aż do jego wyjazdu.

Pewnego dnia wracaliśmy zmordowani z pracy wiedeńskim metrem. Rozmawialiśmy o niczym. Robotnicza pogawędka nie mogła obejść bez popularnej łaciny. Jedziemy zatem dość ostro wplatając w konwersacje parę ozdobników, z których qurwa była najłagodniejszym. Naprzeciw nas siedzi urocza starsza od nas kobieta. Nie specjalnie się nam przyglądała. Nic więc nie wskazywało na to, co miało nastąpić za chwile. Właśnie dojeżdżaliśmy do stacji, na której wysiadała. Spojrzała na nas i uroczo rzekła. „Jak pięknie słyszeć ojczystą mowę, gdyby jeszcze tych qurw było mniej”. Po czym znikła pozostawiając nas w kompletnym osłupieniu.

Jakoś pod koniec ubiegłego wieku, dzięki córce, która wybrała sobie wyższa szkołę na drugim końcu Stanów zdecydowaliśmy się odwiedzić słynny Wielki Kanion. Zjechaliśmy do niego już późnym wieczorem. Musieliśmy zatem czekać do rana aby ocenia jego wielkość. No i rzucił nas na kolana. Gdzieś wedle dziesiątej rano udaliśmy się do sklepu z pamiątkami. Ku naszemu zdziwieniu w obsłudze pracowało paru studentów z Polski w ramach wymiany. Rozmawiamy z jednym z nich. Pytam o zejście na sam dół kanionu. Zdecydowanie mi odradza bo jest już zbyt późno i możemy nie dać rady wrócić. Wiedziałem, że albo dziś, albo wcale bo na drugi dzień jechaliśmy dalej. Przesadza, pomyślałem. Razem z moim męskim przychówkiem ruszyliśmy na podbój wielkiej dziury. Jakoś po trzech godzinach dotarliśmy do dna i dotknęliśmy brudnej rzeki Kolorado. Odpoczęliśmy z piętnaście minut i wio z powrotem. Wybraliśmy krótszą trasę. Jako troskliwy ojciec zaopatrzyłem nas w butelki na wodę o pojemności jednej trzeciej litra. W drodze na dół były postoje, na których był dostęp do wody. Nowa trasa, krótsza jednak takich miejsc nie miała. Na szczyt mieliśmy do pokonania jakieś siedem mil czyli około jedenastu kilometrów. W nogach mieliśmy już dziewięć mil czyli piętnaście kilometrów. Na dnie wypełniliśmy nasze butelki i wystartowaliśmy jakoś pare minut po drugiej. Słońce rypało niemiłosiernie. Dość szybko zostaliśmy bez wody. Schodzący jednak na dół parokrotnie dzielili się z nami życiodajnym płynem. Wspinaczka wydawała się nie mieć końca. Ponownie zostaliśmy prawie bez wody i zaczęło zmierzchać. Na przeciw nas ktoś schodzi na dół aby spędzić noc nad rzeką. Pytam jak daleko do góry. Pewnie ze cztery mile. Dziewucha spojrzała na nas i pyta czy to cała woda jaką mamy. Niestety. Zaoferowała nam pomoc jak to kobieta. Towarzyszył jej chłopak, który do tej pory nie odzywał się. Gdy jednak dziewczyna wyszła z wodną ofertą, nagle przemówił w ich rodzinnym języku. A tym językiem był polski. Spytał czy aby dobrze robi, bo im może zabraknąć. Jakież było jego zaskoczenie gdy ja przemówiłem w tym samym języku. Wodę dostaliśmy. Wygramoliliśmy się z kanionu po dziewięciu godzinach wspinaczki. Moje nogi nadawały się do wymiany. Padliśmy na asfalt parkingowy jak nieżywi. Na górze była już woda, którą dopiero teraz doceniłem. A z innych ciekawostek, okazało się, że wybór krótszej trasy spowodował, że znaleźliśmy się jakieś pięć kilometrów od naszego hotelu. Bała północ. Udało nam się zamówić taksówkę. Jak przywitała mnie moja życiowa partnerka….pominę milczeniem.

Reklamy

Wyprawa na wspinaczkę

Większość swojej amerykańskiej przygody spędziłem w stanie New Jersey. Tu mnie zdeponowano po odbiorze z Kennedyego i tak już zostało. Alternatywna nazwa tego stanu to Garden State. Różnie to tłumaczą, ale jest to związane z ilością zieleni i wszelkiego rodzaju parków z trasami turystycznymi. Od wschodu granicą stanu jest rzeka Hudson, za którą znajduje się Manhattan, a im bardziej na południe granicą staje się Ocean Atlantycki. Byłem na paru plażach, ale jak to w Ameryce są one mocno skomercjalizowane co niespecjalnie mi odpowiada.

Na zachodzie New Jersey graniczy z Pennsylwanią. I tu również rzeka dzieli oba stany. Delawer River, to również bardzo atrakcyjny akwen z punktu uwidzenia turystów. Odbywa się nią wiele spływów kajakowych w sezonie letnim co przyciąga całe rzesze zwolenników tego typu wypoczynku. Niczym Dunajec, Delaware River na granicy pomiędzy stanami wije się wśród Appalachów, oferując niesamowite widoki i przełomy. Po obu stronach w górach znajdują się trasy wspinaczkowe o rożnej trudności. Dotarcie do ich końca na ogół kończy się nieprawdopodobnym widokiem na zakola rzeki i wijącą się wzdłuż niej drogę miedzy-stanową nr 80.

Syn zaoferował mi wspinaczkę jedną z tras. Przystałem oczywiście, bo odrobina wysiłku fizycznego to coś niewątpliwie dobrego dla zdrówka. No i oczywiście świeże powietrze. W towarzystwie własnej krwi, czyż może być coś lepszego?

Pomaszerowaliśmy na coś, co miało trwać w porywach do trzech godzin. Przeciągnęło się do pięciu. Widoki jednak zrekompensowały trudy i pot wylany w trakcie wspinaczki. Choć był to piątek i godziny pracy, spotkaliśmy na trasie wyjątkowo dużo ludzi. Starszych, młodszych, całe rodziny czy pary zapatrzonych w siebie i w krajobraz. Podobno można w tej okolicy natrafić na zabłąkanego misia, ale widać to jest taki czas roku, w którym udały się one na zimowy spoczynek.

Trasa zamknęła się około piętnastokilometrowym kołem, z czego dojście do punktów widokowych zajęło około osiemdziesiąt procent trasy. Zejście do parkingu było zdecydowanie krótsze, jednak i bardzie strome, i bardziej niebezpieczne.

img_6833

Jezioro na trasie

Przełom na Dekaware River

Widok na Delaware River.

 

 

Huayna Picchu czyli Młoda Góra

Jednym z naszych celów w trakcie pobytu w Machu Picchu była wspinaczka na Huayna Picchu czyli Młodą Górę. Wierzchołek jej jest połączony z osadą Inków przełęczą. Góruje on zdecydowanie nad okolicą i zapewnia najlepszy widok na całość. Wejście na górę jest jednak ograniczone do czterystu osób dziennie, z których dwieście zaczyna wspinaczkę o siódmej rano a kolejne dwieście musi czekać do dziesiątej. W związku z tym obowiązują oczywiście bilety i okres oczekiwania. Właśnie dlatego my rezerwowaliśmy naszą wyprawę z wyprzedzeniem bo na bilety na Młodą Górę trzeba czekać od dwóch do trzech miesięcy w zależności od sezonu. Z poziomu Machu, Huayna nie wyglada zbyt zachęcająco. Różnica poziomów miedzy oboma wzniesieniami to około dwieście pięćdziesiąt metrów. O ile jednak wzgórze osady jest relatywnie płaskie o tyle Huayna to wierzchołek, na który prowadzi momentami dość stroma droga po kamiennych schodkach. Patrząc na górę dzień wcześniej nie byłem pewny czy to był dobry pomysł z drugiej strony zgodnie z tym co nam powiedział przewodnik widoki miały być niezapomniane. Nasz bilet na wspinaczkę zdecydowaliśmy by był na godzinę siódmą rano. Oczywiście rezerwacji dokonaliśmy nie znając ani miejsca ani realiów całego przedsięwzięcia. Po pierwszym dniu wiedzieliśmy już, że aby rozpocząć podbój naszego „pagórka” należało najpierw dojechać do Machu z hotelu jednym z autobusów dowożących turystów. Wcześniej jeszcze śniadanie w hotelu. Biorąc to wszystko pod uwagę pobudka musiała być przed piątą rano. Z tym nie było problemów, szybka toaleta, śniadanie i pędem na autobus. I tu zaczęły się problemy bo kolejka do autobusu była juz conajmniej ponad stu metrowa czego nie wzięliśmy pod uwagę. Pomogła moja karta inwalidy ekwadorskiego i zapakowałyśmy się do autobusu bez kolejki. Gdyby nie ona, nie wyjęte pół godziny czekania jeśli nie dłużej. W autobusie byliśmy o 5:30 na górze przed główną bramą wejściową o 6 rano. Kolejka do wejścia zaczynała się wlasnie tworzyć. Po pięciu minutach byliśmy na terenie osady. Widok jaki się przed nami roztaczał aczkolwiek był taki sam jak dzień wcześniej to jednak wszechobecna cisza zdawała się jeszcze bardziej potęgować wrażenie. Machu Picchu teraz dopiero wyglądało jak miejsce z innej planety, majestatyczne, pogrążone w porannej mgle, pełne nieopisanej magii. Staliśmy w bezruchu chwile i w kompletnej ciszy podziwiając to co się przed nami roztaczało. Po chwili ruszyliśmy w kierunku Huayna do wejścia na teren, którego mieliśmy jeszcze chwile czasu. Tam już czekało pare osób, chwile potem otworzono trasę. Najpierw jednak wpis do księgi wejściowej z dokładnymi informacjami personalnymi łącznie z godziną rozpoczęcia wspinaczki. Trasa rzeczywiście jest bardzo urozmaicona pod względem trudności. Są szerokie schody, by za chwile zmienić się w trudne do postawienia jednej stopy. Od czasu do czasu są poręcze jednak w momentach kiedy by się przydały ich nie ma. Podejście jest rownież urozmaicone od prostej dróżki do stromych schodów, których końca nie widać. Byliśmy zdecydowanie najstarszą parą wariatów na trasie, dookoła nas przede wszystkim młodzież bez wyobraźni z aparatami fotograficznymi i telefonami na wysięgnikach do robienia zdjęć samym sobie. Mijali nas tak jak wyścigowe samochody jakiegoś starego gruchota. Nie mieliśmy wyjścia więc często ustępowaliśmy drogi zatrzymując się w miejscach gdzie była ona szersza. Nie będę opisywał całej trasy, powiem tylko, że decyzja o wyjściu była słuszna i warto było trochę zaryzykować bo widoki jakie mieliśmy okazje zobaczyć to te z tych, które nie da się ani wyrazić słowami ani zapomnieć. Dojście na szczyt Huayny zabrało nam ponad godzinę jednak przy zejściu nadrobiliśmy trochę czasu i zmieściliśmy się w przewidywanym limicie czasu dwóch godzin. Powiem jeszcze raz było to przeżycie z rzędu tych, które się nie zapomina do końca życia. Huayna Picchu wygląda groźnie i trzeba być przygotowanym na różne niespodzianki po drodze. To co jednak oferuje to wynagradza trud i trochę lęku. Ze swoich podróży wyjście na ten szczyt i związane z nim emocje mógłbym jedynie porównać z zejściem na sam dół Grand Canyonu tylko, że widoki z dołu kanionu nijak mają się do tego co widać ze szczytu. Widok z dna jest przytłaczający, na górze mając wszystko pod sobą czułem się wolny.

Wyprawa na Chimborazo

Nasze dzieciaki sprawiły nam niewyobrażalną niespodziankę pojawiając bez uprzedzenia na progu naszego domu. Z zadowoleniem wysłuchiwaliśmy ich opinii na temat naszego domu i okolicy, w której mieszkamy. Okazało się, że od dawna już planowali wszyscy tę wizytę chcąc uświetnić w ten sposób urodziny mamy. Postanowiliśmy z żona pokazać im coś co chcieliby zobaczyć. Wybór padł na Chimborazo. Wyboru dokonała córka a ponieważ nie było kontrkandydatur pozostaliśmy przy Chimborazo. 

Parę słów tytułem wstępu na temat samej góry. Jest to najwyższy szczyt Ekwadoru i nieczynny wulkan. Ostatni wybuch miał miejsce w okolicach 550 roku naszej ery. Okazuje się, że Chimborazo to najwyższy punkt na kuli ziemskiej mierzony od centrum naszej planety. Chociaż oczywiście Mount Everest jest najwyższym szczytem mierzonym od poziomu morza to jednak od centrum czyli środka naszej planety do szczytu Chimborazo jest ponad dwa kilometry dalej niż do szczytu Mount Everest. Sam tego oczywiście nie wiedziałem a uświadomiła nam to nasza przewodniczka. Od wysokości nieco ponad pięć tysięcy metrów góra zaczyna powoli być pokryta lodem a jej szczyt na wysokości 6268 metrów nad poziom morza jest kompletnie zlodowaciały. Lodowiec Chimborazo to zaopatrzenie w wodę dla okolicznej ludności co negatywnie wpływa na jego wielkość. Póki co jednak wciąż jest w tym celu wykorzystywany. Okolice wulkanu to rezerwat przyrody, w którym hodowana jest typowo andyjską fauna z alpakami, lamami i wikuniami na czele. Wełna z wikunii to najdroższa wełna na świecie i praktycznie nieosiągalna w Ekwadorze. Zwierzęta te są tutaj pod ścisła ochroną i rzeczywiście przy alpakach wyglądają wręcz jak ród szlachetny. 
Chimborazo znajduje się niemal 300 kilometrów od Cuenki, zatem aby zobaczyć w miarę dużo musieliśmy wyjechać z domu około trzeciej nad ranem by w okolicach południa dotrzeć na miejsce. Jak już wspomniałem okolica wulkanu to park narodowy i każdy zwiedzający musi się zarejestrować przed wejściem. Chociaż przewodnik nie jest obowiązkowy to jednak przy wjeździe strażnicy starają siė namówić każdego do jego użycia. Przewodnikami są najcześciej okoliczni mieszkańcy, dla których każdy grosz się liczy. Zdecydowaliśmy się zatem wziąć jednego z nich bardziej kierując się chęcią pomocy niż konkretną potrzebą. Maria Inga okazała się być naszym przewodnikiem i zabawiała nas swoimi opowiadami i wiadomościami na temat samej góry jak i życia okolicznej ludności. Chociaż nie mówiła po angielsku to nie miało to dla nas znaczenia bo nasza córka biegle włada hiszpańskim i okazała się doskonałym tłumaczem. Do wysokości 4600 nad poziomem morza dojeżdża się samochodem. Tam ostatnia szansa napicia się czegoś ciepłego i spożycia czegokolwiek. Następny punkt znajduje się na wysokości 5000 metrów i trzeba do niego pokonać nieco ponad kilometr. Niby wydaje się mało. Na tej jednak wysokości zaczyna brakować trochę tlenu  i oddychanie staje się kłopotliwe a maszerowania pod górkę coraz bardziej uciążliwe. Dotarliśmy jednak niemal w komplecie, jedynie narzeczona starszego syna musiała odpuścić. Niestety dały o sobie znać papierosy, z których nałogiem dziewczyna walczy jak narazie bezskutecznie. Z tej wysokości można iść dalej o kolejne sto metrów wyżej aby zobaczyć jeziorko polodowcowe. Zrezygnowałem jednak z dalszego wspinania. W moim odczuciu zobaczyłem wszystko co chciałem. Zdecydowanie nie nadaję się na alpinistę. Góra bez wątpienia zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Biorąc jednak pod uwagę zmęczenie, wysiłek oraz kłopoty z oddychaniem, podpisuję się pod pieśnią Budki Suflera, w której pada pytanie: ” Góry wysokie co im z wami walczyć karze…”.
I nie ma takiej odpowiedzi na to pytanie, którą mógłbym albo polubić, albo zrozumieć.