Cenote czy sanote

W ostatnim swoim wpisie wspominałem o jednej z największych atrakcji Yukatanu. Sanote lub Cenote w pisowni miejscowej do krótko mówiąc dziura w ziemi powstała w sposób naturalny, wypełniona wodą, mogąca służyć jako oryginalne miejsce do pływania.

Odwiedziny jednego z tych miejsc zaplanowało nam dziecko na drugi dzień pobytu. Na Yukatanie tych grot jest dość sporo. Różnią się jednak i wielkością, i ceną. Meksykanie zrobili z tego bardzo dochodowy dla nich interes. Ciężko jest zatem komuś nie obeznanemu wybrać to co najlepsze a jednocześnie okolicznych pośrednik nie zedrze skóry jak z turysty. Jesteśmy zatem w dość uprzywilejowanej sytuacji bo dzieciaki już sporo widziały i wiedzą co jest ciekawe i gdzie próbują wyciągnąć coś ekstra od kogoś kto nie zna miejscowych cen. Meksyk pod tym względem wcale się nie różni od Ekwadoru, czyli nietutejszy płaci gringo tax. Córka, choć mieszka w Meksyku już ładnych parę lat, różniąc się urodą od tubylców wciąż jest brana za obcego i ceny dla niej są wyższe. Dopiero po rozmowie z handlarzem udaje jej się uzyskać obowiązującą cenę dla Meksykanina.

Cenote, do którego wybraliśmy się znajdowało się około godziny jazdy od Meridy. I tu znowu dość spora niespodzianka, bo rzeczywiście trzeba dobrze orientować się w terenie żeby to miejsce znaleźć. Ktoś przyjeżdżający na własna rękę będzie miał bardzo małe szanse odnalezienia tego miejsca. No i oczywiście pozostaje kwestia dojazdu. Możliwości małe to zerowe.

Ta prosta prawda ma zapewne uzasadnienie w każdej szerokości geograficznej. Na nasze szczęście mieliśmy wtyki. Dzięki czemu zobaczyliśmy to co poniżej.

Niby dziura w ziemi

W nią wchodzimy

Widok niesamowity

Ściana groty.

Nad nami niebo.

Reklamy

Nieoczekiwane spotkania.

Moja droga do Ekwadoru wiodła prze Austrię i Stany. Spotkałem na niej wielu ziomków. Niektóre z tych spotkań były zdecydowanie zaskakujące. I to o nich będzie mowa.

Jakoś po roku pobytu nad Dunajem, udało mi się wreszcie zyskać zaufanie Austriaka, który zdecydował się powierzyć mi role brygadzisty w dwuosobowej grupie. Mój podwładny był lepszym fachowcem, tylko, że z niemieckim u niego było całkiem niedobrze. W przeciwieństwie do mnie. Dogadywaliśmy się jednak wzorowo aż do jego wyjazdu.

Pewnego dnia wracaliśmy zmordowani z pracy wiedeńskim metrem. Rozmawialiśmy o niczym. Robotnicza pogawędka nie mogła obejść bez popularnej łaciny. Jedziemy zatem dość ostro wplatając w konwersacje parę ozdobników, z których qurwa była najłagodniejszym. Naprzeciw nas siedzi urocza starsza od nas kobieta. Nie specjalnie się nam przyglądała. Nic więc nie wskazywało na to, co miało nastąpić za chwile. Właśnie dojeżdżaliśmy do stacji, na której wysiadała. Spojrzała na nas i uroczo rzekła. „Jak pięknie słyszeć ojczystą mowę, gdyby jeszcze tych qurw było mniej”. Po czym znikła pozostawiając nas w kompletnym osłupieniu.

Jakoś pod koniec ubiegłego wieku, dzięki córce, która wybrała sobie wyższa szkołę na drugim końcu Stanów zdecydowaliśmy się odwiedzić słynny Wielki Kanion. Zjechaliśmy do niego już późnym wieczorem. Musieliśmy zatem czekać do rana aby ocenia jego wielkość. No i rzucił nas na kolana. Gdzieś wedle dziesiątej rano udaliśmy się do sklepu z pamiątkami. Ku naszemu zdziwieniu w obsłudze pracowało paru studentów z Polski w ramach wymiany. Rozmawiamy z jednym z nich. Pytam o zejście na sam dół kanionu. Zdecydowanie mi odradza bo jest już zbyt późno i możemy nie dać rady wrócić. Wiedziałem, że albo dziś, albo wcale bo na drugi dzień jechaliśmy dalej. Przesadza, pomyślałem. Razem z moim męskim przychówkiem ruszyliśmy na podbój wielkiej dziury. Jakoś po trzech godzinach dotarliśmy do dna i dotknęliśmy brudnej rzeki Kolorado. Odpoczęliśmy z piętnaście minut i wio z powrotem. Wybraliśmy krótszą trasę. Jako troskliwy ojciec zaopatrzyłem nas w butelki na wodę o pojemności jednej trzeciej litra. W drodze na dół były postoje, na których był dostęp do wody. Nowa trasa, krótsza jednak takich miejsc nie miała. Na szczyt mieliśmy do pokonania jakieś siedem mil czyli około jedenastu kilometrów. W nogach mieliśmy już dziewięć mil czyli piętnaście kilometrów. Na dnie wypełniliśmy nasze butelki i wystartowaliśmy jakoś pare minut po drugiej. Słońce rypało niemiłosiernie. Dość szybko zostaliśmy bez wody. Schodzący jednak na dół parokrotnie dzielili się z nami życiodajnym płynem. Wspinaczka wydawała się nie mieć końca. Ponownie zostaliśmy prawie bez wody i zaczęło zmierzchać. Na przeciw nas ktoś schodzi na dół aby spędzić noc nad rzeką. Pytam jak daleko do góry. Pewnie ze cztery mile. Dziewucha spojrzała na nas i pyta czy to cała woda jaką mamy. Niestety. Zaoferowała nam pomoc jak to kobieta. Towarzyszył jej chłopak, który do tej pory nie odzywał się. Gdy jednak dziewczyna wyszła z wodną ofertą, nagle przemówił w ich rodzinnym języku. A tym językiem był polski. Spytał czy aby dobrze robi, bo im może zabraknąć. Jakież było jego zaskoczenie gdy ja przemówiłem w tym samym języku. Wodę dostaliśmy. Wygramoliliśmy się z kanionu po dziewięciu godzinach wspinaczki. Moje nogi nadawały się do wymiany. Padliśmy na asfalt parkingowy jak nieżywi. Na górze była już woda, którą dopiero teraz doceniłem. A z innych ciekawostek, okazało się, że wybór krótszej trasy spowodował, że znaleźliśmy się jakieś pięć kilometrów od naszego hotelu. Bała północ. Udało nam się zamówić taksówkę. Jak przywitała mnie moja życiowa partnerka….pominę milczeniem.

Telepatyczne myślenie

Nieco ponad dwadzieścia godzin od zamknięcia jednych drzwi do otwarcia tych domowych zajął nam ostatni etap naszej podróży rodzinnej. Przeleciałem tam i z powrotem około dwudziestu tysięcy mil w sześć tygodni. Trochę sporo.

Plan został jednak wykonany. Odwiedziliśmy dzieciaki w Stanach a ja rodziców w Polsce. Przy okazji miałem możliwość spotkania się z córcią w kraju nad Wisłą. No i oczywiście przypomnieliśmy się wnusi, która rośnie jak na drożdżach. Wyglada na to, że w przyszłym roku czeka nas powtórka z rozrywki bo zresztą inaczej się nie da.

Na lotnisku w Panamie miałem możliwość sprawdzenia poczty elektronicznej. No i niespodziewanie wiadomość od sąsiadów. Otóż ta pora roku jest dość wietrzna w Andach. Mieszkając z dala od większych skupisk ludzi narażamy się, że w przypadku jakieś zdarzenia losowego, nasza okolica będzie pod względem pomocy na ostatnim albo na jednym z ostatnich miejsc, do których dotrą jakiekolwiek służby. Żeby nie przeciągać, na linię wysokiego napięcia spadło drzewo. Kable zostały mocno poharatane. Dodatkowo miejsce zerwania znajdowało się dość głęboko w okolicach koryta rzeki. Jeden z kabli nawiasem mówiąc skończył w rzece. Nie było zatem prądu. Zgodnie z informacją od mojej sąsiadki, nie należało się spodziewać naprawy usterki aż do poniedziałku. Prąd nie byłby tak konieczny dla nas gdyby nie fakt, że woda do domu płynie ze zbiornika do naszej hacjendy za pomocą pompy elektrycznej. Czyli będziemy przez kilka dni bez wody. Kupiliśmy zatem parę galonów po drodze, co pomogło nam przynajmniej przy przygotowywaniu posiłków.

Większość naszych sąsiadów to ludzie, którzy zamieszkali tutaj w oczekiwaniu na, to wcale nie śmieszne, koniec świata. Jeden z nich ma nawet bunkier pod domem. Tak czy inaczej mają również generatory, wszyscy oprócz nas. Żeby jeszcze bardziej skomplikować nam życie, brama do naszego osiedla jest również elektryczna, otwierana na pilota. Na szczęście sąsiad ma klucz ręczny i zostawił nam bramę otwartą.

Dom czekał na nas w umówionym miejscu, czyli żadnych niespodzianek tym razem nie było. Jedynie ta woda. Po takim długim dniu prysznic orzeźwia. Mogliśmy jednak o nim zapomnieć.

Znając ekwadorskie realia, nie mieliśmy złudzeń, że prąd jeśli dostaniemy to będzie to dopiero w poniedziałek jeśli nawet nie później. Następnego dnia pierwszą rzeczą było obejście posiadłości. Trawa u nas rośnie w tempie wręcz nieobliczalnym. Poczułem się jak niemal na prerii, tylko konia do tego wszystkiego brakowało. Niezależnie od tego nasze myśli biegły w kierunku naprawy usterki spowodowanej zerwaniem linii. Wyczytaliśmy w mądrych książkach, ze jeśli intensywnie się o czymś myśli to energia w ten sposób wytworzona może owe myśli zmaterializować. No nie wiem czy to właśnie na skutek naszych telepatycznych zdolności, czy oddania pracowników służb energetycznych, dość powiedzieć, że prąd otrzymaliśmy na całe trzy dni przed oczekiwanym podłączeniem linii. W Ekwadorze to prawie jak cud nad Wisłą.

Dzięki temu mogę teraz znowu przynudzać.

Foty z aparatu – 2

Myślę, że każdy z nas ma jakieś ułomności, którymi się kieruje, a które go rownocześnie denerwują. Ja na ten przykład mam historyczne podejście do swoich opowiastek. Znaczy to, że kieruje się w nich chronologią. Pewnie dlatego, że obawiam się pominąć czegoś przy przeskakiwaniu w czasie. Porządek musi być. Wiem, wiem jest to swego rodzaju schorzenie maniakalne, podobne do odkładania wszystkiego na swoje miejsce. Nic na to nie poradzę. Jakiego mnie Pan stworzył, takiego mnie ma.

Dzisiaj jednak postanowiłem odejść od utartego schematu. Moje foty z aparatu przyspieszę w czasie. Potem wrócę do tego co opuściłem w międzyczasie. W ten sposób powstanie takie moje prywatne fotograficzne Back to the Future, tyle że bez futurystycznego automobilu.

Dedykuję to Szarabajce, której przyrzekłem kobyłki pod wodą czyli żółwie z Isla de la Plata. Zdjęcia mogły być lepsze ale musiałem się bronić przed wpadnięciem do wody. Żółwie bowiem pojawiły się po mojej stronie łódki. Niezłych rozmiarów kobitka z przeciwnej strony mało mnie nie staranowała aby zobaczyć pluskające się w wodzie stadko. Jak już odzyskałem równowagę, było zbyt późno a sympatyczne gady schowały się pod wodę.

Musicie uwierzyć mi na słowo, ze na zdjęciach są żółwie.

Ja widzę żółwia pod wodą. A wy?

I tu tez jest żółw.

Z ptactwem było łatwiej

Nasza łódka była bardzo podobna do tej na zdjęciu.

Isla de la Plata

To też żółwiowe stadko.

Poznajmy okolice

Większość rzek ma swój początek w górach. Nie inaczej zatem jest i u mnie. Okolica, w której mieszkam ma jednak to do siebie, że większa jej cześć jest rezerwatem przyrody. Stąd możliwości dla turystów są tutaj bardzo ograniczone. Nie ma żadnych szlaków, brak infrastruktury, po prostu natura w pełnym tego słowa znaczeniu.

Jedną z cech mieszkania tutaj jest doprowadzanie wody czasami z odległych miejsc. Nikt tutaj nie kopie studni. Każdy rurami ciągnie ją prosto ze źródeł umieszczonych wyżej. Wodę mamy więc źródlaną, co oczywiście nie znaczy, że nie musi ona być filtrowana. Do tego celu mamy dwa zbiorniki na wodę, w których znajduje się piasek. Z ostatniego trzeciego zbiornika woda już jest pompowana do domu.

Córka właściciela działki, którą zdecydowaliśmy się kupić zaproponowała nam wycieczkę w wyższe partie aby dodatkowo zareklamować nam okolice.

Zdecydowaliśmy się z wielka przyjemnością. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z dzikości terenów, stąd doznania przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Momentami było dość niebezpiecznie bo ścieżka była bardzo wąska a po jednej ze stron był dość duży spad.

Początek drogi wiódł pastwiskami by nagle wejść w las andyjski dość wilgotny. Nagle znaleźliśmy się w kompletny cieniu a jeszcze moment przedtem było wyjątkowo ciepło. Teraz musieliśmy z naszych plecaków wyciągnąć nasz kurtki przeciwdeszczowe. Trudno tą przecinkę nazwać drogą, bo służyła ona tylko i wyłącznie miejscowym do ciągnięcia rur doprowadzających wodę.

Jeśli cokolwiek można określić mianem dziewicze, to ta ścieżka zapewne na takie określenie spokojnie zasługiwała.

Po około dwóch godzinach dotarliśmy do celu naszej podróży. Kompletnie dziki wodospad zjawił się przed naszymi oczami tworząc poniżej mały stawik, z którego w dół rozpoczynał bieg strumyczek. Woda kryształowo czysta i zimna. Spadające strugi wody rozbryzgiwały się, kreując jeszcze bardziej nieziemski krajobraz.

Podobno takich miejsc jest w okolicy więcej. Być może w przyszłości coś jeszcze odkryjemy. Pewnie częściej byśmy urządzali tego typu wyprawy gdybyśmy znali teren trochę lepiej. Wszystko jednak ma swój czas i miejsce.