Wszystko w głowie.

Pogoda ostatnio nie sprzyja aktywności na zewnątrz. Ciężko przewidzieć czy uda się zaliczyć dzień bez deszczu czy też nie. Trawa dalej nieskoszona bo robotnik kończy to co zaczął u sąsiada. Może jutro.

Nadrabiam zatem zaległości czytelnicze. Mam parę pozycji, które czeka na mój nastrój. Zbierałem się do ich przeczytania kilkakrotnie jakoś jednak nic z tego nie wychodziło. Wymagają one bowiem odpowiedniego nastawienia i przygotowania mentalnego. Nadszedł zatem czas aby sięgnąć po jedna z nich. Na wszelki wypadek wybrałem tę najcieńszą. Autor, nijaki Greg Braden z wykształcenia geolog komputerowy, cokolwiek to oznacza, w pewnym momencie wyruszył w podróż w poszukiwaniu starożytnych mądrości. Zrodziło się z tego wiele książek dotyczących życia i jego znaczenia. Akurat to o czym dość często myślę. Nie chodzi ro specjalnie o rozliczanie czy coś w tym rodzaju. Bardziej mówi on o tym jak reagować na emocje, które nami szarpią, i które definitywnie wpływają na zdrowotną jakość naszego bycia na ziemi.

Zarówno mój ajurwedyjski jak i homeopatyczny lekarz podkreślali wielokrotnie co mogą zrobić ze mną emocje jeśli się do nich nie odniosę.

Czego dzieciaki są bardziej odporne i z rożnego rodzaju chorób wychodzą szybciej? Wbrew pozorom niej estry to tylko związane z ich młodym organizmem. Ich życie emocjonalne jest proste i nieskomplikowane. Nie rozkładają włosa na czworo, biorą życie jakie jest i cieszą się nim każdego dnia. Dorośli tego już nie potrafią. Nadmiar problemów, otaczająca niesympatyczna rzeczywistość wszystko to kreuje huśtawkę nastrojów. Często nam się wydaje, źe coś już jest za nami i mamy to z głowy. Niekoniecznie jednak. Jeśli nie potrafimy zaakceptować tego co nam dokuczyło, tylko odłożyliśmy to gdzieś na bok, to ten problem wróci do nas czy wcześniej czy później ze zdwojoną siłą. A kiedy już wróci, to nie tylko zburzy nam spokój wewnętrzny ale również odbije się na naszym zdrowiu.

O tym właśnie traktuje ta książką zatytułowana „Sekrety zagubionej modlitwy”. Wbrew pozorom nie ma to nic wspólnego z odmawianiem pacierza. Owa tytułowa modlitwa to droga do osiągnięcia wewnętrznego spokoju. Ten zaś ma nam dać radość z życia.

Nie jest to książka dla każdego. Trzeba się odrobinę otworzyć i wyrwać z narzuconego nam sposobu myślenia. Osobiście wierze, że nasze ciało ma zdolności do samouleczenia się, pod warunkiem, że damy mu szanse.

Uliczny „szpital”

Już wielokrotnie na tych stronach pisałem o moich inklinacjach w kierunku medycyny alternatywnej. Poznaje tutaj coraz więcej różnych metod. Niektóre wzbudzają moje zainteresowanie, inne natomiast wprawiają mnie w zdumienie.

Narzucanie wiary chrześcijańskiej niewiele zmieniło w sposobie myślenia Ekwadorczyków, zwłaszcza starszych. Dla wielu z nich pojawił się nowy Bóg, ale starego tak do końca nie maja zamiaru się wyrzec. Brzmi to trochę jak panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek. Zapewne coś w tym jest.

Przejawia się to również w wierze w złe moce czy duchy. Owe niewidzialne kreatury mogą nie tylko posiąść człowieka lecz też spowodować różne choroby. Brzmi to prawie jak ciemnogród. Sam bym się w tym kierunku myślenia skłaniał. Co jednak mnie zaskoczyło to to, że w owe przesądy wierzą również ludzie wykształceni. Prawdę mówiąc nie jestem pewien czy wierzą, czy po prostu dla pewności wolą się przed złymi duchami zabezpieczyć. Zatem i ja się zgadzam, że lepiej na zimne dmuchać.

Metoda jest zdumiewająco prosta i kosztuje jeno parę dolców. Niemal w każdym mieście znajdują się targowiska. Można na nich znaleźć specjalistki i specjalistów od przepędzania demonów i chorób przez nie spowodowanych. To taki uliczny szpital pełen niespodzianek. Przychodzą do niego ludziska w rożnym wielu, z różnymi problemami. Leczenie polega na … umiejętności czytania jajka. Ono to bowiem toczone jest po ciele delikwenta, po czym po jego rozbiciu następuje odczyt schorzenia. Sam się temu nie poddałem. Wyznaczyłem sobie bowiem pewną granicę zdrowego rozsądku. Dodatkowo jestem przesądny i nie daj Boże, mógłbym ściągnąć na siebie jakieś paskudztwo.

Ludzie jednak przychodzą i to dość sporo. Przede wszystkim wierzą, zgodnie z zapewnieniem mojego sąsiada, który jest lekarzem, że lepiej być przezornym niż potem żałować. Po rozbiciu jajka i odczycie następuje wybór zielska, które ma uchronić przed siłami nieczystymi i pobudzić ciało do walki ze wszystkim co w nim niedobre. W tym celu garścią owych ziół całe ciało zostaje otrzepane kilkakrotnie. Nie jestem pewien czy towarzyszy temu jakaś modlitwa czy coś w tym rodzaju. Zielarki jednak dokonuje tego z pełnym poświeceniem i mocno skoncentrowane.

Po użyciu taka wiązka do niczego się już nie nadaje. Jej moc została wykorzystana a co ważniejsze i demon i choroba zostały w niej uwięzione. Co to znaczy? Nie wiem dokładnie, wiem natomiast, że niewolno tego dotykać bo złe przeskoczy na ciekawskiego i odtąd on będzie zarażony. Byłem kiedyś świadkiem właśnie takiego zdarzenia. Matka z córką, turystki, postanowiły z ciekawości spróbować bo córka narzekała na bóle brzucha. Nastąpiło zatem jajkowe badanie, po czym biczowanie wiązka z rożnego rodzaju ziół. Zielarz odłożył je potem na bok, ale ciekawska matka chciała je dotknąć i powąchać. W ostaniej chwili przestraszony medyk zasłonił jej ciałem drogę to zużytych ziół. Przewodnik potem nam wytłumaczył możliwość przejścia choroby.

Jak już zaznaczyłem, próbować nie próbowałem, bardziej chyba nawet ze względu na bycie przesądnym niż z jakiegokolwiek innego powodu. Zdumiewa mnie jednak jak wiele ludzi, zapewne chcąc uspokoić siebie samych, poddaje się temu „leczeniu”. Zaszkodzić pewnie nie zaszkodzi, wszystko odbywa się dobrowolnie a znachorki przy okazji maja źródło dochodu.

Czyli ogólnie wszyscy zadowoleni.

Kościół i wiara w Ekwadorze

Ekwador to kraj, w którym dominująca religią jest chrześcijaństwo rzymsko-katolickie. To jeden z wielu śladów jakie pozostawili po sobie konkwistadorzy hiszpański. W samej Cuence jest pięćdziesiąt dwa kościoły rozrzucone po całym mieście. Ich liczba związana jest z ilością tygodni w roku. Nowych się już nie buduje, wystarczają te stare, w których czuć ducha minionych czasów.

Najsłynniejszym z nich jest Katedra Niepokalanego Poczęcia położona w samym centrum miasta. Ponoć nigdy nie została skończona jako, że konstruktor miał sprzedać dusze diabłu aby przedsięwzięcie sie udało. Brakuje więc w murze jednej cegły, która stała przyczynkiem i powodem, dla którego ów człowiek uratowała swoją dusze.

Wewnątrz znajduje się posag Jana Pawła II, który odwiedził Cuencę w trakcie jednej ze swoich podróży po świecie. Co ciekawe zmieniono lekko jego karnację skory tak aby go przybliżyć ludziom, w których żyłach płynie indiańska krew i nie są wolni od bogów z tamtych czasów.

Religia i bóstwa postinkańskie też mają się dobrze w tym kraju. Wielu Ekwadorczyków nie ma problemów z mieszaniem kultury hiszpańskiej z tą, którą odziedziczyli po swoich przodkach. Często na domach, na szczycie dachu można zobaczyć ulokowany tam krzyż, świadczący o wierze mieszkańca domu. Nie zawsze wisi na nim jednak Jezus, raczej nikt nie wisi. W kształt krzyża natomiast jest wplecione coś co ma związek ze starą kulturą inkańską.

Przez długie lata kościół był dominująca siłą w kraju. Dopiero, uważany często za ojca Ekwadoru prezydent Jose Eloy Alfaro Delgado postanowił dokonać rozdziału. On i jego najbliżsi współpracownicy przypłacili za to śmiercią. Będąc dwukrotnie prezydentem Ekwadoru próbował dokonać zmian w relacji państwo – kościół. To za jego czasów wprowadzono w Ekwadorze wolność słowa i uznano małżeństwa cywilne za ważne. W trakcie swojej drugiej kadencji został jednak odsunięty od władzy i zmuszony do ucieczki z kraju przez fanatyków religijnych. Wrócił jednak by odzyskać władze. Został jednak aresztowany i osadzony w więzieniu. 28 stycznia roku pańskiego 1912-go, prokatoliccy żołnierze wtargnęli do więzienia, skąd uprowadzili jego i wszystkich jego współpracowników. Bestialsko wleczeni do centrum miasta na oczach ludzi zostali wszyscy zamordowani po czym ich ciała zostały spalone. Prochy jego zostały po cichu pochowane w Quito. W 1940 resztki jego ciała zostały złożone w mauzoleum w Guayaquil. W 2008 urzędujący prezydent Ekwadoru Rafael Carrea zdecydował się ekshumować resztki Eloya Alfaro i z honorami przenieść je do miasta Montecristi, gdzie się urodził i skąd pochodził. I tam również wybudowano poświęcone jemu mauzoleum, którego z lotu ptaka ma kształt kondora.

Byliśmy tam w trakcie naszego pobytu w Ekwadorze. W tym też dniu reprezentacja Ekwadoru rozgrywała mecz z kimś tam o coś tam. Nie mogliśmy znaleźć przewodnika po mauzoleum bo Ekwadorczycy ponad wiarę i historie przedkładają jednak kopaną.

Jak Bill wygrał wybory

George Carlin był jednym z najlepszych komediantów scenicznych jakich słuchałem. Jego skecze chociaż bogate w słownictwo popularnie zwane wulgarnym, miały to do siebie, że nie były zbytnio politycznie poprawne. Prawdziwe za to. Często mówił o życiu w Ameryce, o politykach, o głupocie. Nie owijał w bawełnę, o ludziach z nadwagą mówił grubasy, tłuściochy, jednak tylko w kontekście ich skłonności do fast foodu. W jednej ze swoich humoresek mówił, że widząc dwoje takich grubasów z hamburgerami w rękach przyglądał im się ze zdziwieniem a umysł jego zawładnęła tylko jedna myśl; czy to jest fizycznie możliwe aby ci ludzie mogli mieć sex. Był doskonały w swoich spostrzeżeniach, stąd wiele rzeczy adresowanych do publiczności jemu przechodziło płazem, bo ośmieszał oczywistą głupotę.

Mi mocno utknęła jedna z jego historyjek, która niewątpliwie jest prawdziwa do dzisiaj. Bill Clinton ubiegając się o reelekcję miał za przeciwnika republikanina Boba Dole. Był on starszy i próbował wykorzystać ten fakt ukazując siebie jako człowieka z zasadami.

Politycy oczywiście zawsze starają się ocieplić swój wizerunek, kłamiąc przy tym jak najęci. Ludzie zatem coraz rzadziej w te banialuki wierzą. George Carlin tak właśnie widział Boba Dole’a, jako kłamcę odnoszącego się do wartości, w które wierzy tylko powierzchownie. Parodiując jedno z jego wystąpień, w którym padały słowa o szczerości, oddaniu, rodzinie i innych zbrukanych przez polityków wartościach, dostrzegł oczywistą próbę ocieplenia wizerunku. Ludzie oczywiście przejrzeli to na wylot zgodnie przyznając, że ten kandydat jest „full of shit” czyli, że nie jest szczery i, że próbuje im sprzedać gówno tyle, że ładnie opakowane.

Bill Clinton obrał zgoła inną taktykę. Według George’a walił prosto z mostu i nie udawał. Mówił, że nie zamierza nic zmienić, że bardzo kocha to waszyngtońskie szambo, że Ameryka mało go obchodzi, że tak naprawdę paplanie się w tym gówienku sprawia mu wielką przyjemność. Tu George przystanął naśladując publikę, która niby to miała słuchać wystąpienia swojego kandydata. Słuchali w osłupieniu i w pełnym zdumieniu, że wreszcie ktoś jest z nimi szczery i niczego nie udaje.

Kto wygrał wybory nie będę przypominał. Bill dotrzymał słowa oferując Monice „cygara”. Zrewolucjonizował pojęcie sexu oralnego, którego nie zaliczył do stosunku. Nazwał go po prostu niestosownym zachowaniem. Swój chłop, szczery do bólu. Jak tu nie lubić takiego, konkludował kabareciarz.

O „Klerze” słów parę.

Dziś będzie o „Klerze”, ponoć kontrowersyjnym filmie, który stał się przebojem ostatniego miesiąca. Nie biłem się specjalnie z myślami czy go obejrzeć czy też nie. Uważam po prostu, że jeśli chce się mieć jakieś zdanie w jakimkolwiek temacie, należy najpierw się z nim zapoznać.

Moje pierwsze odczucie to to, że mylimy wiarę z instytucją kościoła, mylimy jego hierarchię z prostym księdzem pracującym w małej czy średniej parafii. Nie będę pisał o pedofilii bo chociaż uważam, że jest ona problemem w kościele, to też uważam, że jest to taki sam problem w społeczeństwie jako całości. Zainteresowanie tym tematem kościół sam sobie zgotował, zamiatając często to karygodne zachowanie księży pod dywan.

Instytucja kościoła mocno trzęsie się w posadach i to nie ten czy inny film jest tego powodem. Co bardziej schizofreniczni hierarchowie reagujący na ślepo na zmiany jakie próbuje wprowadzić papież Franciszek aby ocieplić wizerunek kościoła mają więcej wspólnego z jego upadkiem niż jakakolwiek produkcja filmowa. Dziwi mnie zatem ambonowa retoryka zakazująca oglądnięcia tego filmu bo jest ona tylko potwierdzeniem powiedzenia, że tylko winni się tłumaczą.

Nie mnie dawać rady, nie mnie podsuwać rozwiązania. Osobiście mogę jedynie podzielić się swoim poglądem. Świat ewaluuje, zmienia się każdego dnia. Postęp w wielu dziedzinach odbywa się niemal na naszych oczach. Ci co stoją w miejscu zasadniczo cofają się do czasów, do których powrotu już nie ma. Celibat może i był uzasadniony dawno temu, dzisiaj stał się anachronizmem trudnym do obrony. W kontekście pedofilii, wręcz ułatwia on ataki na kościół i duchowieństwo. Nie wydaje mi się aby był on zgodny z naszą naturą i potrzebą zaspokojenia doznań erotycznych. Może się mylę, bo jak zwykle łatwiej komuś dawać rady z boku, samemu nie mając w tym temacie doświadczenia. Nigdy nie żyłem w celibacie. A jednak matka natura każe mi sądzić, że nie jest to zdrowe.

Stając się stroną w politycznych rozgrywkach, kościół nad Wisłą podkopuje sam pod sobą swoje fundamenty. Wiara nie powinna opierać się na kolorach czy partyjnych preferencjach. Jeśli celibat ma pozostać jednym z dogmatów kościoła to takim powinna pozostać przede wszystkim ponadkulturowa jego nauka.

To nie film jest antyklerykalny. Jest nim coraz bardziej widoczny konflikt między hierarchami kościoła a zwykłymi proboszczami i wikarymi z małych i średnich parafii. Podobnie jak politycy, duszpasterze z kurii zapominają o tych, na których barkach spoczywa niesienie Boga do ludzi. Jeśli cokolwiek spowoduje upadek kościoła to właśnie ten ruch oddolny, bo tam jest życie i bezpośredni kontakt z parafianami. I nie pomoże żadne suspendowanie bo ludzie coraz bardziej identyfikują się ze swoim proboszczem czy wikarym a nie z biskupem, którego imienia pewnie nawet nie znają.

I to jest, w moim odczuciu, sedno tego filmu. I dlatego będę go polecał.

Bóg i wiara to nie towary.

Przeglądając nowości na Fb, zwróciłem uwagę na wpis dotyczący pogrzebu Stefana Kardynała Wyszyńskiego. Wielki Polak, wielki człowiek i patriota. Przyszło mu prowadzić kościół w czasach kiedy władza stawała na głowie aby go zmarginalizować. Myśle, że to dzięki jego niepowtarzalnej osobności i autorytetowi, nie udało się zniszczyć wiary a wręcz przeciwnie, kościół dla wielu z nas był tym magicznym miejscem, które dawało nadzieje na lepsze jutro. Jego skromność i oddanie wierze nie znajduje porównania ani wtedy, ani pózniej, ani zwłaszcza dzisiaj. Ktoś mógłby zaprzeczyć temu twierdzeniu przywołując osobę Karola Wojtyły i zapewne miałby racje bo i ten duszpasterz był wyjątkowym człowiekiem. Prymas był jednak tylko jeden i był nim Stefan Wyszyński. Dla rządu i partii to on stał na czele kościoła i to z nim należało szukać porozumienia. Po jego śmierci naturalnym autorytetem polskiego kościoła stał się Karol Wojtyła, który już wtedy był Papieżem. Nie uważam siebie za wielkiego katolika i wydaje mi się, że nawet takim nie trzeba być aby dostrzec różnice pomiędzy kościołem na czele, którego stał Stefan Wyszyński a jego dzisiejszą instytucją. W tamtych czasach kościół przede wszystkim nauczał, niczego i nikomu nic nie narzucając. Nie twierdzę, że wszystko co się wtedy w nim działo było dobre, jednak charyzma Prymasa i siła jego wiary dominowały i decydowały o sile polskiego kościoła. Nauki płynące ze świątyń to nie był język nienawiści a przeciwnie namawiający do przebaczenia i miłości. Szczerze mówiąc nie wiem czy dzisiaj mamy Prymasa, nie wiem nawet kto jest głową polskiego kościoła i podejrzewam, że takich jak ja jest więcej. Naszą wiarę zdominował redemptorysta, który nie liczy się z nikim ani niczym. To nie hierarchowie kościelni są w stroną  w rozmowach z rządem lecz on, chociaż w strukturach kościoła jest nikim. Niczego on dziś już nie uczy lecz właśnie narzuca traktując wiarę i Boga jak towar. Nie widzę w tym stwierdzeniu żadnej przesady. W jego przekazie nie ma ani skromności, ani tym bardziej miłosierdzia, jest natomiast agresja i nienawiść. Wykreował się na ojca naszej wiary i instytucji kościoła przy całkowitym milczeniu jego zwierzchników. Przerażajace jest jednak to, że i wierni zapomnieli już o przesłaniach kardynała Wyszyńskiego i papieża Jana Pawła II, a ów redemptorysta stał się dla nich autorytetem. Między nauką wiary a handlowaniem nią jest przecież olbrzymia różnica, mniej więcej taka sama jak między prywatą a poświeceniem dla innych. Wiara i Bóg są nam potrzebne w codziennym życiu. Nie zapominajmy jednak, że obie te wartości narzucają określony styl postępowania i sposób bycia. Niestety zdają się tego nie rozumieć włodarze dzisiejszego kościoła oddając go w ręce pospolitego handlarza. W zamian za srebrniki z kasy państwowej rozdaje swoje poparcie ludziom, którzy już dawno zapomnieli o takich kanonach wiary jak choćby przebaczenie. Od śmierci Kardynała Tysiąclecia minęło tylko trzydzieści sześć lat. Miłosierdzie i naukę wiary przez te lata wyparł bezwstydny i haniebny nią handel. Jeszcze raz powtórzę: Bóg i wiara to nie towary. Smutnym zatem jest fakt, że nie dostrzegają tego najgorętsi obojga wyznawcy.

Czas na reklamę

Dobra zmiana, z którą wiązał tak wielkie nadzieje Ojciec Dyrektor rownież zawodzi jego oczekiwania. A przecież dla zwycięstwa partii, która miała ową zmianę wprowadzić, zaangażował się całym sobą i całą wspólnotę, którą reprezentuje. Poświecił swój czas, kładąc na szali cały swój autorytet. Przyświecały mu w tym wartości reprezentowane przez partię prezesa, która w wierze upatrywała i upatruje to co jest najważniejsze dla naszej kultury. Obrona wiary i jej dogmatów przyniosła upragnione zwycięstwo i szanse na ambitne wprowadzenie rzeczonych zmian. Tajemnicą poliszynela jest wstręt i niechęć kleryka z Torunia do pieniędzy, władzy i życia w zbytku. Egzystujemy jednak w czasach, w których bez tych atrybutów niewiele da się zdziałać, zwłaszcza jeśli ma się tak niewyobrażalnie wielkie ego jakie przytrafiło się propagującego życie w skromności temu słudze kościoła. Zmysł biznesowy jakim jest obdarzony ów propagator wiary, zapewne był mu nadany przez jego stwórcę, zatem wszystko co robi to jest na cześć i chwałę jego imienia. Schowany za nim czuje się bezpieczny, bo gdyby używał tych samych sloganów w imieniu sił nieczystych pewnie nie mógłby liczyć na podobne ślepe poparcie. Nienawiść jest równie ślepa jak i miłość, tyle, źe łatwiej o poparcie zasłaniając się tą drugą. Mając zatem rzesze oddanych miłujących naszą tzw kulturę, przyczynił się do zwycięstwa obecnie panującej nad nami opcji. Ta już wielokrotnie mu się za tę pomoc odpłaciła, przyznając niezliczone ilości donacji podległym jemu różnego rodzaju przedsięwzięciom. Choć mają one niewiele wspólnego z wiarą i kościołem, to jednak schowany za plecami kreatora ziemi redemptorysta tak nie uważa. Kwoty przelane na jego konta a raczej na konta jego inicjatyw mogłyby zapewne pomóc wielu, ale przecież tu nie chodzi o wspomożenie czy coś mieszczącego się w granicach tego określenia. Pycha władzy już dawno zdominowała sposób myślenia tego duszpasterza. Domaga się teraz aby jego kanał telewizyjny był bardziej wykorzystywany w celach reklamowych oczywiście za skromną opłatą. W normalnym kraju, normalni menedżerowie reklamują swoje przedsiębiorstwa tam gdzie wiedzą, źe można osiągnąć z tego określony i wymierny wynik ekonomiczny. Decyduje o tym oczywiście oglądalność i popularność czy to danego kanału, czy też emitowanego programu. Tej prostej zależności zdaje się nie rozumieć chciwy kleryk. I pewnie osiągnie swój cel bo jego żale mają moc, której obawia się nawet sam prezes, zwłaszcza, źe spółki z udziałem Skarbu Państwa to dla rządzących studnie bez dna.

Ważny głos na temat kościoła

Oto kolejny list do Angory, tym razem czytelniczki. Wypowiada się ona w podobnym tonie do autora przedruku z mojego ostatniego wpisu. Postanowiłem zamieszczać na swoim blogu te listy bo są dowodami, że jeszcze całkiem nasze społeczeństwo nie zwariowało. Autorka poniższej wypowiedzi dotyka rownież bardzo wrażliwego tematu dla naszego narodu – kościoła. No właśnie co się z nim stało? To przecież było miejsce, które nas jednoczyło w minionym systemie, a teraz i ono nas podzieliło. Co stało się z wiarą i jak to się dzieje, że i ją dzisiaj wielu z nas postrzega inaczej. Dla mnie to bardzo ważny głos i dlatego się tutaj znalazł. Artykuł ten pochodzi z października ubiegłego roku i ma zadziwiająco dużo wspólnego z ostatnią miesięcznicą. 
 

Dewotce służebnica czymsiś przewiniła  / Właśnie natenczas, kiedy pacierze kończyła./ Odwróciwszy się przeto z gniewem do dziewczyny / Mówiąc właśnie te słowa: „….I odpuść nam winy jako i my odpuszczamy” / biła bez litości. / Uchowaj, Panie Boże takiej pobożności! Któż z Polaków nie zna tej bardzo pouczającej satyry Krasickiego? Przypomina mi się ona, ilekroć widzę nadętą minę i słyszę pełne jadu słowa wypowiadane przez mieniącego się prawdziwym Polakiem katolikiem prezesa PiS, pod adresem innych Polaków nieuznających jego jedynej racji, jego nieomylności. Przypominają mi się, kiedy widzę nadętego jak balon Błaszczaka, słysząc jego żenujące wypowiedzi na temat przeszłości, na zmieniającego co i rusz swoje poglądy Gowina, Czarneckiego i im podobnych. Zastanawiam się wtedy, jak pojmują naukę Kościoła. Czy jest to Kościół Powszechny, w który my, katolicy, wierzymy, czy Kościół Ojca Dyrektora zionący nienawiścią, ociekający jadem i chęcią zemsty. Zemsty za samo to, że ktoś myśli inaczej, że postępuje faktycznie zgodnie z nauką Kościoła. Jestem katoliczką wierzącą i praktykującą, ale po tych cyrkach urządzonych na Krakowskim Przedmieściu zaczęłam mieć poważne watpliwości, czy zasady wiary szerzone przez mój Kościół są przez jego kapłanów, tych najwyżej postawionych zwłaszcza, respektowane. Czy nie zostały przez nich właśnie wymyślone, żeby zdyscyplinować resztę i żyć w dostatku na ich koszt? Podobno ” prędzej się wielbłąd przez ucho igielne przeciśnie, niż bogaty wejdzie do Królestwa Niebieskiego”. Jakoś nie widać, żeby o to królestwo zabiegali. A co z księżmi typu pana Międlara? Od kilku księży słyszałam, że są wsród nich osoby niewierzące. Traktują to jak zwykły zawód, dość wygodny. Pan Międlar uważający się za kapelana bandy chuliganów mieniących się patriotami spod znaku ONR, jest tego najlepszym przykładem. W końcu doszłam do wniosku, że to nie jest mój Kościół, ten, w którym zostałam ochrzczona i wychowana. Poważnie rozważam zatem nawet zmianę wyznania na takie, które uczy ludzi prawdziwej miłości bliźniego, uczciwości i szacunku dla innych. Wiarę w Kościół katolicki mi odebrano. Działający z inspiracji jedynej właściwej rozgłośni politycy zdają się mieć wyprane mózgi. Nie dziwie się, że ktoś tak właśnie określił PiS. Tu przypominają się słowa Tadeusza Kotarbińskiego: ” Mądrość sama sobie nie ufa, głupota sama sobie udziela kredytu”. Członkowie sekty pod nazwą PiS nigdy nie mają wątpliwości… Przyznam, że kiedy powstała ta partia, sama wiązałam z nią nadzieje na poszanowania prawa i na sprawiedliwość. Szybko te moje nadzieje rozwiano. Naczelny prokurator pan Ziobro ( czy on w ogóle miał cokolwiek wspólnego z prawem po skończeniu studiów? – podobno nie ) bezkarnie zniszczył komputery, własność ministerstwa, z którego musiał odejść. Co tam na dyskach było ukryte? Tego się już nie dowiemy. (…) Nakazują za to zwolnienie z aresztu pospolitych chuliganów. Na temat pana prezydenta wolę się już nie wypowiadać. Pan Kaczyński miał swego czasu pretensje do prezydenta Komorowskiego, że nie zrobił porządku na Krakowskim Przedmieściu z tymi,  co hańbili krzyż. I oto sam, w otoczeniu swojej świty, z pochodniami maszeruje tam jak ksiądz na procesji w Boże Ciało ( tylko baldachimu brakowało ). Ja też mam pretensje do prezydenta Komorowskiego, że za późno zaczął działać, nie rozpędził tej bandy rzekomych, pożal się Boże, ” obrońców krzyża” spod pałacu a jeszcze im za nasze pieniądze ochronę zafundował. Dla mnie takie wykorzystywanie krzyża jest właśnie jego poniżaniem. Jak zareagowali biskupi, kiedy jakaś nawiedzona fanatyczka różańcem waliła po plecach innych ludzi? Do tego służyć ma różaniec? (…) Płakałam kiedy dowiedziałam się o katastrofie pod Smoleńskiem, ale ci „talibowie” spod krzyża szybko mi ten żal ukoili. Ot nasi katolicy…”Miłuj bliźniego swego jak siebie samego”. I miłują, zgodnie z nauką Chrystusa, którego chcieliby zrobić królem Polski. Zwłaszcza miłość ta odczuwalna jest po wygraniu przez nich ( na skutek głupoty, a może tylko braku rozwagi naszego społeczeństwa?) ostatnich wyborów. Hucpy, zwane miesięcznicami, którymi Kaczyński usiłuje swoje poczucie winy zatrzeć, wręcz obrzydziły ludziom pamięć o tych, którzy zginęli w tej katastrofie. Niejeden człowiek w tragicznej katastrofie stracił bliską osobę, ale nikt pamięci zmarłych nie poniewiera, nie naraża na ośmieszenie, jak robią to organizatorzy tych żałosnych spektakli. Na trumiennych koronkach często widnieje napis: „Bóg tak chciał”. Dlaczego ci „wielcy katolicy” nie chcą przyjąć tego zrządzenia woli Bożej? Jeśli umieją się modlić ze zrozumieniem, to codziennie wypowiadają słowa:”Bądź wola Twoja”. Jak to pojmują? Przecież te wymyślane teorie spiskowe mogły się w chorych umysłach tylko zrodzić, chorych z nienawiści. I może nawet rozumiałabym rozpacz i utratę poczucia rzeczywistości przez Kaczyńskiego po tej wielkiej traumie, ale nie rozumiem ludzi z jego otoczenia. Zamiast go wspierać, starają się ośmieszać go, jak mogą, w oczach społeczeństwa. Kiedy się to obserwuje, nasuwa się podejrzenie, że robią to rozmyślnie, żeby przejąć schedę po nim jak najszybciej, kiedy w końcu sami stwierdzą, że ktoś taki nie jest w stanie sensownie prowadzić partii. Krótko mówiąc, w tym szaleństwie jest metoda. Zmiana dawnego I sekretarza KC PZPR, ( który też za nic nie odpowiadał, bo od tego był rząd ) na prezesa podobnej w swych działaniach partii – oto cała ” dobra zmiana”. Niegdysiejszy czołowy satyryk kraju, pan Pietrzak, rzygający inwektywami, Wolski (morda w kubeł) to dziś zwykle popłuczyny udające Niagarę. Żałosne postacie polskiej kultury. „Uchowaj, Panie Boże takiej pobożności!”. I Pan Bóg chyba już tej hipokryzji nie wytrzymuje, sypiąc na nas różne plagi. Jak niegdyś na Egipt. 

Eliza S. 
 
Kościół podobnie jak niemal każda sfera naszego życia cierpi na brak autorytetów. Twarzą jego stał się Ojciec Dyrektor, który nie dorósł do pięt wspaniałym synom kościoła i wielkim patriotom jakimi niewątpliwie byli Stefan Kardynał Wyszyński czy Karol Wojtyła. Działania władz dzisiejszego polskiego kościoła przynoszą mu więcej strat niż korzyści i pokazują jak wątła jest wiara jego hierarchów, jeśli to w ogóle można nazwać wiarą. 
 
Angora nr.40 (1372), 2 października 2016 roku, Ludzie listy piszą: „Odebrano mi wiarę”.

Cusco, Pachamama i Pachacutec

Po dwóch wypadach do Machu Picchu nasza wizyta na tym terenie dobiegła końca. Powrotna podróż do Ollantaytambo oczywiście pociągiem bo innej możliwości po prostu nie ma. Stąd już pojazdem na czterech kołach powrót do Cusco. To tu zaczynała się nasza przygoda. Po przylocie do Peru spędziliśmy w Cusco noc by następnego dnia ruszyć na szlak Inków. Teraz spędzimy kolejne dwie noce i cały dzień na zwiedzaniu miasta i okolic. Cusco to centrum kultury inkańskiej, tu byli grzebani kolejni władcy i stąd rozpoczyna się każda wycieczka śladami Inków. Miasto liczy ponad pół miliona ludzi, z których niemal wszyscy posługują językiem Quechua, którym posługiwali się ich przodkowie. Nie wiem czy przywiązanie do Inków wynika z chęci zaimponowania turystom czy to jest częścią ich filozofii życiowej. Czuć jednak było, że nasi przewodniczy odnosili się do zaginionej kultury z wielkim szacunkiem a powiedziałbym, że nawet z dużą dozą zachwytu i żalu, że powoli ten świat ginie. Wiem rownież z ich opowiadań, że wciąż wiele tradycji jest kultywowanych nie dla gawiedzi lecz z potrzeby ducha. Oprowadzający nas po Cusco pochodził z rodziny, w której matka utożsamiała się z wiarą Indian i musiała mieć na tyle silną osobowość, że nasz przewodnik zdawał się być bardziej zdominowany tą kultura niż tym co oferowała chrześcijańska kultura  Hiszpanów. Ślady obu tych wiar są widoczne na każdym kroku. W głównej bazylice Cusco na ścianie znajduje się obraz ukazujący ostatnia wieczerzę tyle, że potrawy to świnka morska, która jest tutejszym specjałem, popijana herbatą z liści koki, bez których byłoby Indianom cieżko żyć na tej wysokości. Tego typu wymieszania obu światopoglądów jest bardzo wiele i można je zobaczyć na każdym kroku. Podobnie jak dla Inków tak i dla obecnych mieszkańców Peru największa świętością jest jednak Pachamama czyli matka ziemia. To ona bowiem daje im to co jest potrzebne do życia bo z niej właśnie rodzą się warzywa, owoce i inne produkty potrzebne na codzień. Pachamama to słowo, które przewijało się w każdym opowiadaniu i szczerze mówiąc ci co o tym opowiadali sami zdawali się być mocno przekonani o wielkości tego słowa. Matka Ziemia i dla mnie brzmi jak coś wielkiego i wcale mnie nie dziwi stosunek tych ludzi do jej bycia czymś najważniejszym w ich życiu. Cusco leży w dolinie i jest otoczone górami z każdej strony toteż lądowanie tutaj jest trochę bardziej ekscytujące niż na innych lotniskach. Dopiero widok z jednego z okolicznych szczyt uświadomił mi, że miejscowe lotnisko i siadanie na jego płycie to trochę wyższa szkoła jazdy. Nikt jednak na to nie zwracał uwagi bo jest przecież tyle ważniejszych rzeczy dookoła. Miasto ma kształt pumy bo to było święte zwierze Inków. Patrząc z góry może i było coś w jego kształcie z pumy lecz prawdę mówiąc ja zawsze miałem kiepska wyobraźnie. W okolicach miasta znajduje się wiele wykopalisk obrazujących świetność Inków. Nie sposób było to wszystko zobaczyć a to co zobaczyliśmy to było bardziej po łebkach. Na zwiedzanie miasta trzeba więcej czasu, którego my nie mieliśmy. Z innych ciekawostek najważniejsze informacje dotyczyły najsłynniejszego władcy Inków. Pachacutec, bo o nim mowa, sprawując swoją władzę ograniczył ofiary z ludzi i wprowadził wiele praw, które zdecydowały o wielkości tych Indian. Za jego czasów imperium Inków składało się z dzisiejszych Boliwii, Peru, Ekwadoru, części Kolumbii i części Argentyny i juz nigdy nie osiągnęło podobnej wielkości. Peruwianie czują się mocno związani z minioną kulturą czego nie widać w takim stopniu w Ekwadorze pomimo faktu, że i ten kraj należał kiedyś do tego mocarstwa. Nikt tutaj nie potrafił mi powiedzieć dlaczego. Będę pytał dalej.

PiSmen Mały, PiSmenowa Wielka

Po chodniku idzie PiSmen Mały

Złość go zżera na świat cały
Wszystko zniszczyć ma ochotę
I obrzucić wszystkich błotem
Ma pretensje do każdego
Z wyjątkiem siebie samego
Bo nie wiedzieć czemu
Wszyscy są przeciwko niemu
Tak go męczy ta krytyka
Że już niemal dostał bzika
Zamyślony właśnie przeszedł na czerwonym
Trąbią wszyscy z każdej strony
Palcem każdy nań wygraża
To go jednak nie przeraża
Wie już jak kierowcom dać nauczkę
Zamknie więc po prostu tę uliczkę
Dla całego ruchu kołowego
I od dzisiaj będzie ona tylko już dla niego
Oraz jego zaufanych ludzi
Żaden z nich się nie powinien trudzić
Aby czekać na zielone
Dla nich przecież wszystko dziś jest dozwolone.
Na przeciwko wali PiSmenowa Wielka,
Niezbyt miła, za to marzycielka
Wszystko ma już przemyślane oraz ułożone
PiSmen królem kraju będzie a za żonę
Ona skromnie będzie służyć
Może nawet będą współżyć.
Tu rumieńcem PiSmenowa się oblała
I poczuła gorąc taki, że bez mała
Nie straciła przytomności.
W bliskiej był już jednak odległości
Obiekt wielkiej jej miłości
Mały PiSmen , wielki złośnik
Jeszcze większe ją omdlenie wzięło
I jej ciało na ziemię gruchnęło.
Omal nie zmiażdżyła PiSmena Małego,
W bok odskoczyć zdążył i tylko dlatego
Nic mu się nie stało
Mocno go to jednak rozgniewało
PiSmenowej prosto w oczy spojrzał
I choć wielką miłość w onych dojrzał
Rzekł był do niej: nie czas na amory Krycha
Chociaż tabun kobiet do mnie wzdycha
My dla dobra tego kraju
Musim ciagle być na „chaju”
I tak mieszać ludziom w ichnich głowach,
Że uwierzą w końcu w nasze słowa
A największa jest w tym bieda
Po trzeźwemu tego zrobić nam się nie da.
Taka to jest dziwna para
Jedno z drugim w nocy czegoś się najara
By od świtu aż do nocy późnej
Rozprzestrzeniać kłamstwa rożne.
Stali się mistrzami w swoim fachu
W oczy nasypali ludziom piachu
Że już mało kto cokolwiek widzi
A ich kłamstwami niewielu już się brzydzi
Żal mi jednak dupę ściska
Bo jak przyjrzeć się tym dwojgu z bliska
Do oszustów duet ten należy
Czemu naród wciąż im wierzy?
Czyżby ludzie zapomnieli
O tych co za wolność latami ginęli?
Właśnie takie dręczą mnie pytania
Z chęcią więc posłucham innych zdania.