Świąteczne wspomnienia cz.2

Po niemal dwóch austryjackich latach wreszcie dobiłem do ziemi obiecanej, krainy mlekiem i miodem płynącej, wzoru demokracji, światowej potęgi. Dreams came true czyli marzenia się spełniły. Nie powiem, Stany w tamtych latach to był inny kraj. Dzisiaj pozostały po nim już tylko wspomnienia.

Chociaż wylądowałem na znanym większości Polonii nowojorskim lotnisku JFK to już następnego dnia znalazłem się w New Jersey. Tu przybywała większość moich rodaków sponsorowanych przez organizacje, która zdecydowała się pomóc i mnie. Był wrzesień, bardzo ciepły, zbliżała się jesień i amerykańskie Indian Summer coś na kształt naszej zlotej polskiej jesieni.

Grudzień jednak owego roku był wyjątkowo mroźny i śnieżny rownież. Święta nie zapowiadały się zbytnio atrakcyjnie bo ja tutaj a moi najbliżsi wciąż w Polsce. Zdążyłem jednak poznać bardzo wielu rodaków. Z wieloma z nich wciąż utrzymuję kontakt. Nie zostawili mnie samego. Tą wigilie też miło wspominam. Jednak to nie ona utkwiła mi tamtego roku najbardziej w pamięci.

Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Choinki oświetlone w centrach miast owszem ale drzewa przed domami, figurki na trawnikach, sceny religijne ustawione przed domem i to wszystko oświetlone, to był mój pierwszy raz. Jesli do tego dołożymy bardzo chłodną zimę, wszechobecny śnieg i drzewa pokryte szklistym szronem to jawi się niemal bajkowy obraz.

Ten pejzaż oczywiście szczególnie wieczorem sprawiał wrażenie ogólnej jedności. Amerykanie składając sobie życzenia często używają określenia Seasons Greetings. To określenie bardzo dobrze oddaje ich mentalność. Każda religia w okresie Bożego Narodzenia coś obchodzi i świętuje. Każdy to tam rozumie i szanuje. Marry Chrstmas to życzenia dla katolików a Seasons Greetings to dla wszystkich. Te zapalone światła i ornamenty przed domami opasane różnokolorowymi lampkami nie pozostawiły żadnych złudzeń. Oto dzisiaj świętujemy wszyscy bez względu na wyznanie. Tamto uczucie wspólnego święta było najsilniejsze. Potem zmieniły się Stany i wiele światełek znikło bądź wyraźnie zbladło.

I tak dotarłem do mojego aktualnego miejsca pobytu. Ekwador. Od razu muszę zaznaczyć, że to będą inne emocje. Po latach przeżytych w Polsce a potem na emigracji, jednak wsród Polaków, tutaj po raz pierwszy znaleźliśmy się w środowisku zupełnie obcym. Spotkaliśmy paru rodaków. To jednak nie to damo co Polonia czy duże skupisko krajan. Święta to w każdym kraju inna atmosfera no i mają one jednak, rownież i tutaj, charakter rodzinny. Znaleźliśmy się zatem trochę odizolowani i od naszego polskiego sposobu świętowania i z dala od rodziny. Tak więc i presja związana ze świetami znikła. Tutaj też po raz pierwszy zamiast śniegu pojawiło się słońce. Grudzień to jeden z cieplejszych miesięcy na tej półkuli. Inny klimat, inne emocje to wszystko powoduje, że święta dla nas są o wiele spokojniejsze.

Dla ludzi takich jak my najważniejszym dniem świątecznym tutaj jest wigilia. Tego dnia wraca do Ekwadoru Jezus Podróżujący. To jest wieloletnia tradycja związana z figurą syna bożego. Wykonał ja lokalny rzeźbiarz a potem wyruszyła ona w podróż po świecie. Była w Rzymie, w ziemi świętej. Została wreszcie poświęcona przez papieża. Po całorocznym podróżowaniu wraca do Ekwadoru 24 grudnia. W tym dniu w Cuence odbywa się tradycyjne Pase del Niño Viajero. Tysiące ludzi wraz z dziećmi poprzebieranych w biblijne postacie przemaszerują główna ulicą starego miasta Calle Simon Bolivar radując się powrotem zbawiciela do Ekwadoru. Roztańczony i rozśpiewany tłum bardzo przypomina nasze kiedysiejsze Święto Pracy, z tą różnicą, że tu nie ma żadnego obowiązku. Maszerują jednak wszyscy identyfikac się nie tylko z wiarą ale i z zakładem pracy, szczepem indiańskim czy przynależnością do innych organizacji. Maszerują ze wszystkim co mają, widzieliśmy nawet małego wystrojonego prosiaka. Na platformach samochodowych znajdują się sceny znane z Biblii. W tym roku jak podają media pochód trwał dziewięc godzin gromadząc grubo ponad sto tysięcy ludzi oglądających i maszerujących. Ta wlasnie uroczystość kojarzy mi się najbardziej z obchodami świąt tutaj. Braliśmy w niej udział dwukrotnie. Raz obserwując ją z poziomu ulicy drugi raz będąc zaproszonymi do znajomej, której apartament znajduje się na trasie przemarszu. To niesamowity widok. Wszechobecna radość, taniec, muzyka. Z balkonów obserwujący rzucają cukierkami szczególnie gdy maszerują dzieci.

W tym roku odpuściliśmy jednak oglądanie. Ten pierwszy raz pozostawił niezapomniane wrażenia. Każdy następny to jednak już swego rodzaju powtórka.

Może w przyszłym roku po rocznej przerwie znowu udamy się do Cuenki. Ten rok postanowiliśmy świętować w ciszy.

Smoleńsk po amerykańsku

Nasza premierowa po spektakularnej klęsce w Brukseli, którą razem z prezesem próbowała sprzedać narodowi jako sukces zauważyła, że słupki zaufania do niej zaczęły dołować. Przyjęła zatem w ostatnim okresie taktykę pierwszego obywatela czyli najlepiej się nie odzywać. Zabierając rzadko głos w ważnych sprawach okazuje się, że prowadzi on w rankingach zaufania. Ta taktyka sprawdza się nawet wtedy gdy pan prezydent rozsierdzony ignorancją ministra od obrony smaruje do niego pisma, które jakoś przedostają się do mediów. Hetmana Wielkiego Koronnego można besztać bo on w kategorii zaufania znajduje się na samym dnie i chociaż nie powinno się kopać leżącego to w tym wypadku ludziskom się to nawet podoba. Specjalnym zaufaniem nie cieszy się również znawca spraw zagranicznych, który wije się jak piskorz starając się udowodnić swoją przydatność z czego niewiele mu wychodzi,  no może poza nawiązaniem stosunków dyplomatycznych z San Cristobal. Mnie najbardziej rozśmiesza jego naiwność w relacjach z wielkim bratem zza wielkiej wody. Kiedy na prezydenta, dawno temu, wybrano niejakiego juniora od tamtego momentu stopień inteligencji tamtejszych polityków budzi zastrzeżenia wielu obserwatorów amerykańskiej polityki. Miał okazję przekonać się o tym nasz znawca spraw zagranicznych, który oczekiwał, prawdę mówiąc nie wiem za bardzo czego, pomocy od wielkiego brata w zakończeniu kryminału smoleńskiego. Ustami swojego ambasadora w Polsce nasz największy sojusznik stwierdził, że zrobili już wszystko w tej sprawie co mogli. Urzędnik zza wielkiej wody znowu nic nie załapał. Nam nie chodzi o żadną pomoc w wyjaśnieniu przyczyn katastrofy. Nasi specjaliści z komisji smoleńskiej już dawno je ustalili. Wprowadzają od czasu do czasu tylko drobne poprawki do swoich koncepcji jednak fakt, że to był zamach stanu nie podlega żadnej dyskusji. My oczekujemy w związku z tym inwazji Amerykańców na sprawców tego zamachu czyli na putinowską Rosję. Ileż można o to prosić? Juz nawet nie zależy nam na zniesieniu wiz, byle tylko dzielna armia zza wielkiej wody przyjechała do nas i z naszego kraju uderzyła i zniszczyła to czerwone zło ze wschodu. Nie łapał tego Obama i widać nie łapie tego Trump. Hm, może to jednak nasi rządzący nie rozumieją że Ameryka to przede wszystkim business i pieniądze. Kierując się zatem mocno podejrzaną polską racją stanu mogliby na tym więcej stracić niż zarobić. Warto aby nasi rządzący, poddani amerykańcom, o tym pamiętali. Brat zza wielkiej wody już raz postawił na nas krzyżyk, jak trzeba będzie to zrobi to ponownie. 

Dzień wyborów w Stanach Zjednoczonych

Kto zostanie następnym prezydentem Stanów Zjednoczonych? Wbrew pozorom odpowiedz na to pytanie nie jest prosta. Chociaż przedwyborcze badania opinii publicznej wskazują na zwycięstwo Hilary Clinton to jednak jeśli sobie przypomnimy wybory w Polsce Bronisław Komorowski tez miał wygrać. Wschodnie wybrzeże USA to tradycyjne bastiony demokratów. Byłem zatem bardzo zdziwiony ilością znaków na posesjach prywatnych popierających Donalda Trumpa. Świadczy to, że ludzie mają jednak dość tych samych nazwisk, dość Bushów, dość Clintonów. Gdyby kandydatem republikanów był ktoś bardziej zaufany wsród wyborców to pewnie Hilary by przegrała. Czuć jednak bojaźń przed nieprzewidywalnością Trumpa. Stany się bardzo zmieniły wyciągu ostatnich dwudziestu lat i niestety na niekorzyść. Widzą to przeciętni obywatele, którzy rownież zaczynają być zmęczeni tą samą gadaniną w trakcie kampanii wyborczej. Podobnie jak w Polsce tak i tutaj poważanie dla polityków nigdy nie było na niższym poziomie. Chyba tylko dlatego Trump wciąż się liczy i na przekór zdrowemu rozsądkowi może sprawić niespodziankę. Co bardziej światli Amerykanie wydają się być świadomi zagrożeń do jakich może doprowadzić zwycięstwo nieobliczalnego kandydata republikanów. To nie oni jednak będą decydować o wyborze. Konsekwentnie pogarszająca się od paru lat sytuacja wewnętrzna, rosnące koszty utrzymania, ci sami często skompromitowani politycy, brak konkretnego planu dla kraju, ta sama gadanina nie poparta żadnymi działaniani w przeszłości, to wszystko powoduje, że ludzie chcą kogoś spoza puli tych samych nazwisk. Przeciętny Amerykanin chociaż boi się Trumpa to ma już dość powtarzających się w nieskończoność nazwisk zwłaszcza, że za swoją sytuacje obarcza brak empatii z Waszyngtonu. Ludzie definitywnie chcą zmiany i nie wierzą, że Hilary będzie w stanie jej dokonać. To właśnie ci zawiedzeni mogą przeważyć szale zwycięstwa na korzyść Trumpa. Wielu z nich domyśla się, że wybór ten niewiele zmieni chcą jednak wysłać sygnał do Waszyngtonu, że wystarczy kłamstw, niespełnionych obietnic i nadszedł czas aby politycy zdali sobie z tego sprawę. Wie o tym sam zainteresowany i doskonale podgrzewa te emocje i być może ku zaskoczeniu wszystkich znawców tematu to on zostanie następca Obamy. Bez względu jednak na to kto wygra nie da się nie zauważyć, że Stany Zjednoczone są coraz bardziej podzielone. Podobnie jak i w Polsce oderwanie się rządzących od realiów życia codziennego i popadanie w kompletnie niczym nieuzasadniony samozachwyt może doprowadzić, że władzę przejmie człowiek na wskroś nieodpowiedzialny. Niestety system wyborczy w Stanach jeszcze raz udowadnia, że w tym aspekcie demokracja ma wiele do zrobienia. Dopóki o wyborach decydować będą pieniądze, bo kampania kosztuje miliony, dopóty kandydatami będą tylko ci którzy są wygodni. Nie widzę aby Trump w tym kontekście różnił się od swojej przeciwniczki, nie sądzę też aby mógł i chciał coś diametralnie zmienić, jest jednak spoza „układu” i to jest jego największa w tej chwili siła. Czy to wystarczy? Przekonamy się jutro. Osobiście uważam, że w normalnej sytuacji żaden z kandydatów nie powinien dojść aż tak daleko tyle, że z normalną sytuacją w amerykańskich wyborach już od dawna nie mamy do czynienia. 

Trump na prezydenta czyli paranoja jest goła

Dotarło do mnie wlaśnie, że kandydatami na funkcję prezydenta Stanów Zjednoczonych z ramienia partii republikańskiej będą Donald Trump i Jeb Bush a jedną z kandydatek partii demokratycznej będzie Hilary Clinton, czego można się było spodziewać. Clinton nie ma zbyt dobrej prasy ale jej mąż, były prezydent ciągle kojarzy się z ostatnimi latami prosperity w USA, dzięki czemu ma realne szanse na zwycięstwo jesli tylko przejdzie prawybory i zostanie dysygnowana przez demokratów. Jestem jednak kompletnie zaskoczony kadydatami republikanów. Czterokrotny bankrut oraz brat najgłupszego prezydenta a historii Stanów Zjednoczonych to tylko świadczy jak beznadziejnie słaba jest ta partia. Nie mam zatem wątpliwości, że bez względu, który z tych panów będzie startował przeciwko prawdopodobnie pani Hilary jego szanse są znikome jesli nie zerowe. Republikanie stracili bardzo wiele poparcia w społeczeństwie amerykańskim dzięki młodemu Bushowi. Przez dwie kadencje swojego urzędowania doprowadził kraj do kompletnej ruiny, nie mówiąc o wojnach na dwóch frontach. Te dwie kadencje jeszcze długo bedą istnieć w amerykańskiej świadomości a samo nazwisko Bush to kompletna kompromitacja dla funkcji prezydenta. Republikanie zniszczyli średnia klasę czyli tą część głosujących, która zawsze była pro republikańska. Niestety ona już nie istnieje. Republikanie, podobnie jak Platforma w Polsce zachłyśnięci władzą, zapomnieli skąd ta władza pochodzi. Żyli w kompletnym oderwaniu od ludzi i ich codziennych problemów, sprzedając im terror i strach przed terrorystami jako główny produkt. Kiedy przyszedł czas kryzysu finansowego stanęli po stronie chciwych banków i finansjery oferując im pomoc za pieniądze podatników. Do tej partii dalej nie dociera, że nie mają nic kompletnie do zaproponowania ani młodzieży kończącej studia, ani małemu biznesowi, ani średniej klasie. Wytypowaniem Busha i Trumpa ośmieszyli się w moim przekonaniu jeszcze bardziej niż Polska gdy prezydent Lech Kaczyński powołał bliźniaka swojego na premiera. W amerykańskich media ta informacja uchodziła za najzabawniejszą wiadomość dnia, a jedno z pytań wtedy zadawanych brzmiało mniej więcej tak: czyż już nie ma w Polsce komu rządzić, ze prezydent na premiera powołuje brata? Dziś możemy im odpłacić podobnym pytaniem: czyż juz nie ma komu rządzić w stanach oprócz Bushów i Clintonów? Zakładam oczywiście, ze Jeb dowali Donaldowi bo jeśli nie to sam fakt, ze czterokrotny bankrut byłby nominowany na kandydata na prezydenta przyprawia mnie o histeryczny śmiech. I pomysleć, że jeszcze nieco ponad dwadzieścia lat temu stany to była potęga.  A tak na marginesie, gdzieś na jakimś portalu z teoriami spiskowymi wyczytałem, że i Bushowie i Clintonowie to w prostej linii jacyś krewni królowej Elżbiety. No i pewnie dlatego Anglia jest największym sojusznikiem wuja Sama. Tylko jeśli to prawda to na kogo postawi jej wysokość królowa? Gdyby jednak w jakiś nadprzyrodzony sposób udało się jednak Trumpowi zostać prezydentem ( w końcu Rambo niemal wygrał wojnę w Wietnamie samodzielnie czyli wszystko jest możliwe ) to jego pierwsza wizyta powinna odbyć się do Brukseli na spotkanie z Prezydentem Unii Europejskiej. Juz widzę oczami wyobraźni te nagłówki w gazetach amerykańskich relacjonujące spotkanie obu panów. Pierwsze strony gazet, podsumowania, analizy eksperckie i temu podobne brednie a tymczasem ich spotkanie można było skomentować w następujący sposób: gdzieś w Brukseli dwa Donaldy się spotkały, trochę sobie pogadały, pożytku nie było z tego żadnego, doszli jednak do wniosku jednego, ” Obaj takie same imię mamy, a wyroków boskich nie zbadamy „. Ot i kwintesencja całodniowej gadaniny. Na zakończenie spotkania, jak donosiły gazety amerykańskie, prezydent Trump poczuł się trochę skonfudowany myśląc, że występuje w swoim ulubionym programie „Aprentice” zwrócił się do prezydenta Tuska ze słowami: ” You are fired”, na co Tusk znany ze swojej biegłości w języku angielskim odrzekł: ” Fire? What fire? There is no fire”. Spotkanie generalnie przebiegło w przyjaznej atmosferze i wszystkie cele zostały osiągnięte. 


FBI czyli Fabryka Beznadziejnych Idiotów

I chciałoby się powiedzieć: a nie mówiłem. „Ida” wygrała Oscara i już niektórym politykom amerykańskim pomieszało sie w głowach. James Comey dyrektor FBI bez ogródek oskarżył Polskę i Polaków o bycie odpowiedzialnym za eksterminacje Żydów na równi z Niemcami hitlerowskimi. Oczywiście oburzamy się, przywołujemy ambasadora Stanów do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, domagamy sie przeprosin i Bog wie czego jeszcze tyle, ze szkoda się dokonała i naprawić się jej nie da. Samooskarazajmy sie dalej to tylko woda na młyn bezmozgowcow pokroju debila z FBI. Czy kogokolwiek dziwi w tym kontekście, ze nie możemy uzyskać prawa do ruchu bezwizowego ze Stanami? Wykreowali dla Polski jakiś współczynnik odmów do ilości składanych podań o wizę i manipuluja nim wedle własnego uznania. Trzeba być niemal ślepym żeby nie zauważyć prawdziwej przyczyny dla której wciąż musimy ubiegać sie o wizy. Lobby izraelskie w Stanach to niewątpliwie najsilniejsza organizacja wywierającą wpływ na politykę Stanów Zjednoczonych. To lobby doprowadziło do uznania palestynczykow za naród terrorystów dzięki czemu można ich mordować kiedy i jak sie chce. To lobby czuwa aby polityka Stanów, nie tylko na bliskim wschodzie, odzwierciedlała i była spójna z polityka pana Natanyahu. Prezydent Obama nie bardzo leży temu panu wiec „olał” go mówiąc wulgarnie i na zaproszenie innego kretyna, który reprezentuje większość republikańska w senacie, Johna Boehnera pan Natanyahu przyjechał do Stanów aby przypomnieć wszystkim kto tu rządzi. To lobby ciagle przypomina i upomina sie o zwrot mienia zagarniętego im przez państwo i naród polski. I dopóki choć jedna chałupa nie zostanie im zwrócona dopóty bez wiz do Stanów nie wjedziemy. Nie mam watpliwości, ze „Ida” ma jakieś wartości i pewnie coś tam mówi o naszej historii. Problem w tym, ze to mały margines tejże historii, który niestety przez ludzi o wątpliwym IQ wykorzystywany jest do celów propagandowych. Pan dyrektor FBI jest niewątpliwym odzwierciedleniem szkolnictwa w jego kraju. Znajomość historii u tego pana jest bez wątpienia conajmniej podejrzana i najprawdopodobniej pochodzi bardziej z kina niż z rzetelnej wiedzy. Dlatego właśnie, w przeciwieństwie do naszych mediów wcale nie byłem dumny z tego Oscara, napewno o wiele więcej dumy wzbudziłby by we mnie Oscar dla „Katynia” ale kogo w Hollywood obchodzi Katyń, to tylko dla nas bardzo bolesne miejsce. Wcale bym sie nie zdziwił gdyby już wkrótce oskarżono nas o wywołanie drugiej wojny światowej bo przecież Hitler chciał tylko korytarza do Prus, a ze przez nasze terytorium to bez większego znaczenia. Przez nasza upartość nie miał innego wyjścia tylko najechać na nas co w konsekewncji doprowadziło do holocaustu. A przecież mogliśmy sie zgodzić na ten korytarz i oszczędzić tyle zamordowanych ludzi. No i kto tu jest tak naprawdę winny? Wszystko można naciągnąć nawet zmienić historie. Tak właśnie robią nasi aktualne sprawujący władze, którzy Ludowe Wojsko Polskie potraktowali jako organizacje zbrodnicza odżegnującej sie od jego wkładu w wyzwolenie Polski. Czy można zatem dziwić sie, ze jakiemuś tam panu z FBI wszystko sie popierdolilo, delikatnie mówiąc.

Polonia w New Jersey

Chociaż ostatnie parę miesięcy mojego pobytu w Stanach spędziłem w Pensylwanii to jednak New Jersey zawsze pozostanie moim najważniejszym stanem w trakcie mojego pobytu na ziemi amerykańskiej. To właśnie tutaj wylądowałem po przylocie do Stanów i chociaż miałem możliwość przeprowadzić się i do Chicago i do Nowego Jorku pozostałem tutaj i dzisiaj wydaje mi się, ze była to optymalna decyzja. Stan znany jest z silnych skupisk Polonii chociaż w tej części USA wiadomo, ze prym wiedzie Nowy Jork z osławionym Green Pointem na Brooklynie. Niewątpliwie jest to centrum społeczności polskiej i do dzisiaj właśnie tam język polski można usłyszeć niemal na każdym kroku. Na Manhattan Avenue centralnej ulicy Green Pointu znajduje się wszystko co możemy potrzebować nie znając języka angielskiego. Niezliczone ilości sklepów z polskimi artykułami spożywczymi, agencje turystyczne tylko z nazwy bo oferują prawie wszystko z czym przyjezdny nie może sobie poradzić z uwagi na braki językowe. Manhattan Avenue to również lekarze, adwokaci, polski bank, polskie kluby, polski kościół, szkoła i wiele innych instytucji ułatwiających życie. Z jednej strony ułatwia z drugiej utrudnia. Mając takie możliwości wielu przyjezdnych odkłada naukę języka angielskiego, najpierw na chwile potem na dłużej co jest niestety bardzo złym przyzwyczajeniem. Chcąc coś znaczyć czy znaleźć lepszą pracę bez znajomości języka jest to niemożliwe a pracując dla naszych rodaków nie zawsze przekłada się to na dobre zarobki, szacunek oraz respekt. Znane są niestety przypadki wykorzystywania przyjezdnych przez naszych krajan do najgorszych prac za głodowe stawki. New Jersey również ma swoje skupiska Polonii. Pierwszy jej napływ to ludzie , którzy wyjechali z Polski w okresie międzywojennym za chlebem. Następna grupa to ludzie, którzy osiedlili się tutaj zaraz po wojnie nie widząc dla siebie miejsca w nowej Polsce. Najmłodsza emigracja to lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku oraz ludzie z wszelkiego rodzaju losowań wizowych. Początkowo Polonia w New Jersey osiedlała się w okolicach Linden oraz Elizabeth. Jeszcze dzisiaj istnieją tam silne skupiska Polaków, którzy zapewniają egzystencje polskim sklepom, lekarzom, agencją turystycznym i temu podobnym małym biznesom. Z czasem jednak oba te miasta zaczęły się rozrastać i naturalną stała się ucieczka coraz bardziej na zachód.  Tak doszło to powstania silnych polskich ośrodków w Passaic, Garfield czy Wallington. Właśnie te miasta stanowią dzisiaj największe skupiska naszych rodaków w New Jersey. Większość z nas, z północnej części stanu, jeździ na zakupy polskich artykułów właśnie do Garfield lub Passaic. Z czasem jednak i stad zaczęliśmy szukać spokojniejszych miejsc jeszcze bardziej na zachód. Większość moich znajomych rozlokowała się pomiędzy Boonton a Hackettstown. To właśnie w Boonton poznałem śp. pana Franciszka z jego żoną Heleną, którzy bardzo mi pomogli w moich pierwszych krokach na amerykańskiej ziemi. Polonia we wschodniej części Stanów Zjednoczonych organizowała się w Zjednoczeniu Polsko Narodowym z siedziba na Green Poincie. Oddziały tej organizacji działały najprężniej w stanach New Jersey, Nowy Jork, Pensylwania oraz Connecticut. Pan Franciszek był właśnie prezesem jednej z takich grup, która działała z Boonton. Chociaż wielu z nas utyskiwało i użalało się na brak pomocy ze strony starej Polonii, pan Franciszek, który właśnie z niej pochodził był jakby zaprzeczeniem tego. Zawsze chętnie pomagał, doradzał, woził nas na spotkania z pracodawcami nawet pilnował dzieci jak zaszła taka potrzeba. Właśnie dzięki przynależności do grupy Zjednoczenia Polsko Narodowego w Boonton poznałem bardzo wielu rodaków z rożnych okresów emigracji i musze przyznać , ze przyjaźnie te przetrwały próbę czasu i utrzymujemy kontakty z wieloma osobami do dzisiaj. Chociaż Zjednoczenie Polsko Narodowe już nie istnieje, zostało wchłonięte przez Kongres Polonii Amerykańskiej, to nasza grupa chociaż w okrojonym składzie, wciąż działa.