Moje miasto

Odwiedziny w kraju zawsze sprawiają mi przyjemność. Aczkolwiek podróż nie należy do miłych, bo jednak trwa chwile i dodatkowo muszę zmienić strefę czasową, pomimo tego wciąż czuję jakbym wracał na własne śmieci. Miastem docelowym mojej podróży jest Rzeszów. Chociaż stąd nie pochodzę to jednak właśnie tutaj miały miejsce najważniejsze dni mojego pobytu na ziemi. Studia, żona, pierwsza praca, dzieci to wszystko miało miejsce właśnie tutaj. Miasto oczywiście zmieniło się bardzo odkąd wyjechałem a wszystko co się tutaj stało, w sensie rozwoju, na mnie robi duże wrażenie. Lubię zatem Rzeszów, choć z powodu długiej nieobecności często czuje się tu trochę zagubiony. Nie w sensie nieznajomości miasta ale w rozmowach na jego temat. Każdy bowiem operuje nowymi nazwami ulic, jako, że wiele poprzednich miało podtekst niepoprawny politycznie. Nie wiem zatem gdzie jest Hetmańska, choć doskonale pamietam gdzie było Obrońców Stalingradu. Poznikało w ten sposób wiele nazw, które wciąż istnieją w mojej świadomości. Nie przeszkadza mi to zbytnio, szczególnie, że prezydent miasta w moim odczuciu robi dobra robotę i Rzeszów zmienia się na lepsze. Bawi mnie jednak bardzo ten niespodziewany wypływ bohaterów nowej rzeczywistości, którzy latami całymi byli zapomniani. W tym kontekście istnienie pomnika Czynu Rewolucyjnego zdaje się być ewenementem. Popularna „Wielka Cipa” stoi wielu jak kość w gardle, zwłaszcza tym, których, gdy ona powstawała, nie było nawet na świecie. Mam nadzieję, że oprze się ona tym pseudo świętym i nawiedzonym  zwolennikom dobrej zmiany. Pomyślałem nawet, że aby się oni odczepili od pomnika, może dobrze by było zainstalować na nim zewnętrzna windę a na jego szczycie umieścić studio lokalne audycji ojca dyrektora. To by wszystkim zamknęło gęby. Ot taki pomysł, może niezbyt mądry, ale jakoś nie wyobrażam sobie galerii Rzeszów z hotelem o tej samej nazwie bez pomnika naprzeciw. Nie o tym jednak chciałem pisać. Otóż któregoś dnia maszerując po jednej z ulic pod wezwaniem, a jakże, nieznanego mi kapłana, zauważyłem, że sporo innych miejsc na owej ulicy ma swoich patronów wywodzących się z tej samej naszej wspólnej wiary. Poczułem się zatem jakbym maszerował jakaś aleją wielu świętych. Szczerze mówiąc akurat miałem coś brudnego na myśli i aż się zarumieniłam ze wstydu. Zmieniłem zatem tok moich myśli na bardziej przystające miejscu i z tą nabożnością kontynuowałem mój spacer, popadając od czasu do czasu w zadumę nad świata zmiennością. I gdy tak rozmyślając szedłem dalej, nie zwracając uwagi na przechodzących obok mnie ludzi, nagle niczym grom z jasnego nieba obiło się o moje uszy coś co zdawało mi się znajome jednak niezbyt pasowało do otoczenia. Spie…aj ku..a, wybiło mnie kompletnie z zadumy. Nie jestem zwolennikiem przeklinania na ulicy, a jednak nie byłem w stanie pomyśleć, że jeszcze do końca nie zwariowaliśmy z tą naszą pseudo świętością. Życie jest ku..a piękne, pomyślałem sobie kontynuując mój spacer.