W odwiedzinach

Odkąd pamietam, posiadanie samochodu w Stanach nie było niczym nadzwyczajnym. Było bardziej koniecznością niż czymkolwiek innym. Tutaj transport podmiejski po prostu nie istnieje. Bez samochodu dojazd do pracy jest wręcz niemożliwy. Jeśli pracuje mąż i żona i mieszkają poza miastem normalną rzeczą są dwa samochody.

Dzięki temu, przyjeżdżając tutaj, na sobotę i niedzielę możemy wziąć w posiadanie jeden z samochodów i przepaść gdzieś bez śladu.

Nasz chłopaki mieszkają od siebie mniej więcej cztery i pół godziny jazdy samochodem. Jeden jakąś godzinę od Manhattanu, drugi tyle samo od granicy z Kanadą. Dzieli ich około trzysta mil. W Stanach jednak nie jest to jakiś przepastny dystans. Drogi szybkiego ruchu pozwalają na dotarcie do celu relatywnie szybko.

Autostrady ze wschodu na zachód są zwykle parzyste, to znaczy ich numery. Natomiast z północy na południe większość z nich jest oznaczona numerem nieparzystym. Jadąc zatem spod Manhattanu do granicy kanadyjskiej poruszamy się na północny zachód. Najpierw popularna i jedna z najdłuższych dróg czyli osiemdziesiątka doprowadza nas do łącznika z drogą na północ. Łączniki zwykle mają trzycyfrowe oznakowania przy czym dwie ostatnie cyfry oznaczają numer drogi do której owa trasa wpada. Nasz łącznik o numerze trzysta osiemdziesiąt brał początek z osiemdziesiątki stąd takie jego oznakowanie. Z drugiej strony była już nasza droga na północ czyli osiemdziesiątka jedynka. Wjechaliśmy na nią w Scranton, dość popularnego miasta w środowisku polonijnym. Kiedyś było to spore centrum przemysłu górniczego. Teraz trochę podupadło ale w tej okolicy to wciąż ważny węzeł komunikacyjny.

Osiemdziesiąt jedynka jak wspomniałem biegnie z północy na południe i zmierza w kierunku granicy kanadyjskiej. To ona zaprowadziłby nas do przejścia, z którego najbliżej do Montrealu. Wyjątkowo widowiskowy odcinek naszej trasy, który przecina Appalachy wijąc się między zboczami z wieloma zjazdami i podjazdami.

Celem nasze podróży było Rochester, które znajduje się odrobine na zachód od osiemdziesiątki jedynki. Musieliśmy zatem ponownie zmienić drogę. Po dojechaniu do Syracuse, wjechaliśmy zatem na dziewięćdziesiątkę, która prowadzi do Buffalo, skąd mostem Pokoju można przekroczyć granice. Stąd już niedaleko do słynnego wodospadu Niagara, który każdy zna na ogół od strony kanadyjskiej bo po tamtej stronie jest bardziej widowiskowy i skomercjalizowany. Po stronie amerykańskiej też sporo można zobaczyć i są to widoki bardziej naturalne.

My jednak skończyliśmy podróż w Rochester około 100 km na wschód od Niagary. To również bardzo znane miasto polonijne. Jest tutaj nawet sklep z artykułami z kraju i odbywa się raz do roku festiwal naszych filmów. To też był kiedyś ośrodek przemysłu lekkiego ale dawne zakłady przemysłowe podupadły wraz ze zmiana technologii. W Rochester miał swoją siedzibę wytwórca filmów do aparatów fotograficznych Kodak. Cyfrowa fotografia zmusiła go jednak do zamknięcia produkcji. Miasto ma jednak bardzo silny uniwersytet, który posiada wiele kierunków i zatrudnia wielu mieszkańców z wielu dziedzin. Byliśmy tylko dwa dni. Ciężko było zobaczyć wszystko. Przypadł nam, jednak do gustu park, którego właścicielem jest Towarzystwo Botaniczne. Rewelacyjnie utrzymany. Drzewa opisane, miejsca na piknikowanie, do zabawy z psami i aż nieprzyzwoicie czysto.

Trochę pozwiedzaliśmy miasto i okolice. Młody, czyli ostatni z naszego stadka spisał się na medal. A w niedziele po śniadaniu w drogę powrotną.

Powiem wam jeszcze przez jakie miejsca przejeżdżaliśmy, Ithaca, Marathon, Homer, Lyon, Moscow, Manchester, Montezuma, Waterloo – brzmi dość swojsko, nieprawdaż.

Miejsce odpoczynku na trasie.

Pogada tez dopisała. Nie, to nie nasz pojazd.

Reklamy

W świecie paranoi.

Po ostatnich sukcesach przewodniej siły narodu, Komitet Centralny partii podjął jedynie słuszną decyzje o konieczności budowy trasy szybkiego ruchu łączącej Żoliborz z Brukselą. Wstępna faza tego projektu zakłada wyłączenie tej dzielnicy z granic miasta stołecznego Warszawy, w której przestał czas się bezpiecznie przywódca wszystkich Porządnych i Spolegliwych ludzi kraju.

Zgodnie z planem trasa będzie przebiegać przez do tej pory mała znaną miejscowość Brzeszcze. Zadecydowały o tym czynniki ekonomiczne. Nitka łącząca to miasteczko z Warszawą już została oddana do użytku. Pierwsze próby trasy wykazały drobne niedociągnięcia i problemy. Okazało się jednak, że trasa sama w sobie nie budzi zastrzeżeń. Kłopoty jakie zostały zgłoszone głównemu wykonawcy wynikają zdecydowanie z braku doświadczenia kadry kierowniczej to znaczy kierowców. Zgodnie z wytycznymi partii zachodzi potrzeba ponownego ich przeszkolenia w Centralnym Ośrodku Szkolenia Kadry Kierowniczej na wydziale Kierowca Samochodu.

Trwają już zakrojone na szeroką skale prace związane z ominięciem Warszawy i przekierowaniem autostrady bezpośrednio na Żoliborz. Równocześnie planiści opracowują najkrótsze możliwe połączenie z Brzeszczy do Brukseli. Rozpoznawalność przewodniczącej Koła Gospodyń Wiejskich i jej wybór do Parlamentu Europejskiego pozwoli na otrzymanie konkretnych środków pieniężnych z komisji finansów unii.

Nadzór nad całym projektem przejął osobiście Pierwszy Przyzwoity.

Powstaje również nowy plan zagospodarowania przestrzennego Brzeszczy i okolic. Staną się one głównym i bardzo ważnym węzłem komunikacyjnym na tej trasie. W tym kontekście wróci się również do idei budowy centralnego portu lotniczego. Oryginalnie miał on powstać w okolicach Radomiu. Najnowsze badania wykazują jednak, że z Brzeszczy jest jeszcze bliżej do Afryki i San Escobar. To może być wzięte pod uwagę na najbliższym plenarnym posiedzeniu Biura Politycznego Komitetu Centralnego Partii. Sprawa również zostanie poruszona na nieoficjalnym spotkaniu spolegliwych z Radomia z Pierwszym Przyzwoitym kraju, który w trosce o mieszkańców tego miasta podejmie odpowiednie kroki w celu zrekompensowania strat wizerunkowych przewodniej siły lepszego sortu.

W świecie paranoi wyobraźnia nie ma granic.

Zza szyby autobusu

Nasza przygoda trwała niemal tydzień. W ciągu tego czasu objechaliśmy dość sporą część Ekwadoru, szczególnie wybrzeża. To oczywiście było naszym celem. Tam słońce znaleźć można najprędzej.

Zrobiliśmy niezłą pętle. Mam zawsze kłopoty z określeniem dystansu w przybliżeniu. Tak jest i tym razem. Zakładam zatem, że było to w granicach ośmiuset kilometrów. Te pierwsze kilometry robiliśmy etapami, ostatnie natomiast czyli powrót do domu to non stop jazda. Dotarcie do domu zajęło nam ponad dwanaście godzin. Dwie przesiadki i całość, jak obliczyliśmy, to mniej więcej tyle samo co lot ze Stanów do Polski.

Nie sposób opisać tego wszystkiego co widzieliśmy, bo wiele rzeczy trzeba zobaczyć na własne oczy. Tylko one maja moc dogłębnej subiektywnej oceny. Widzieliśmy piękno, strach, grozę, niepokój, bezmyślność.

Poznaliśmy też drugą twarz Ekwadoru. Nie to, że jej nie znaliśmy. Za każdym jednak następnym razem, przypatrując się jej z bliska nasze uczucia przeplatały się od zdumienia przez niewiarę do przybicia.

Szybko zmieniające się obrazy zza szyby autobusowego okna często były ciężkie do zrozumienia. Z jednej strony niepojęte warunki w jakich żyje część ludności, z drugiej jednak niespodziewane obrazki przypominające dobrze sytuowane kraje zachodu. Oto na przykład dojeżdżając do Guayaquil, największego miasta Ekwadoru, jakieś trzydzieści kilometrów przed nim nagle ukazało nam się mini miasteczko slumsów. Chałupiny stojące jedna na drugiej, na czterech wbitych w ziemie palach, bez okien z drewnianymi okiennicami. Ziemia pokryta błotem i wszechogarniający brud. Z tym żałosnym miejscem graniczyło pole golfowe z pięknie przystrzyżona trawą, wymyślnymi pagórkami, jeziorkami i tym wszystkim z czego tego typu miejsca są znane. Ledwie się ono skończyło i nowa fala czteropalowych slamsów.

Ekwador jest niewątpliwie bardzo zróżnicowany. Z tego co wiemy państwo nie stroni od pomocy ludziom mniej uprzywilejowanym. Problem jednak w tym, że wiele z tych osób po prostu nie chce zmienić swojego stylu życia. Ta niechęć często jest właśnie wynikiem niewiary, że można żyć inaczej. Ludzie z dolnych warstw społeczeństwa latami traktowani byli jak niewolnicy, być może w ich świadomości dalej tkwi, że od tego nie ma ucieczki. Mógłbym to nawet zrozumieć. Jednak jest też drugi aspekt. Pojmuje biedę ale i w niej można żyć z odrobiną dumy i godności. Jeśli jednak właścicielowi nie chce się nawet utrzymać podstawowego porządku wokół swojego obejścia to tego już nie pojmuję. Takich obrazków widzieliśmy dość sporo. Były zagrody zadbane ale natłok pospolitego brudu tu i ówdzie i to przy głównej drodze był nie tyle irytujący co zdumiewający i przygnębiający.

Nie widać tego w dużych miastach, takich jak choćby Cuenca, jadnak wyjazd na prowincje pokazuje to drugie oblicze Ekwadoru, smutne a czasami wręcz żałosne.

Oczywiście turysta tego nie zobaczy. On trzyma się wytyczonych tras i miejsc do odwiedzenia. Wystarczy jednak wsiąść w autobus relacji Bahia del Caraquez – Guayaquil by zobaczyć to czego większość wolałaby nie widzieć. Niestety zdjęć nie udało mi się wykonać, bo do tego potrzeba postoju a autobus zatrzymuje się tylko w określonych miejscach. Tam już mniej widać.

Tak czy inaczej wybrzeże i słonko odpłaciły nam z nawiązką za trudy podróży. Pacyfik i jego ciepła woda napewno zachęciły nas do powrotu. To co zobaczyliśmy, nie wszystko zapewne było budujące. Takie są jednak realia, i to nie tylko tutaj.

Przystanek autobusowy. Rozkład jazdy na ścianie.

Przydrożny warzywniak.

Kolejny warzywniak

Momentami płasko i monotonnie

Montañita, czyli Mała Górka.

Silnik autokaru odpalony. Przed nami ostatnia prosta do naszego celu podróży. Farma kakaowa znajdowała się już na poziomie morze w strefie o wiele cieplejszej niż nasza Cuenca. Kakaowiec potrzebuje słoneczka i ciepełka. Na naszej wysokości słoneczko może i operuje ale w nocy ciepełko idzie sobie precz razem z gorącą planetą nad nami. Ja sam za tym nie przepadam a co dopiero drzewo kakaowe, dla którego temperatura poniżej dwóch dych to prawie morderstwo.

Strefa oceaniczna w Ekwadorze to klimat tropikalny. Ci, którzy lubią temperatury w granicach trzydziestu stopni trzysta sześćdziesiąt piec dni w roku, czuliby się tutaj jak w raju. Jeśli jednak przy okazji marzy się komuś urozmaicony krajobraz to o tym proponuję zapomnieć. Płasko, równo i monotoniczne do granic zmęczenia. A nam zostały cztery godziny jazdy. Padliśmy zatem jak przysłowiowe mrówki ze zmęczenia krajobrazem i zapadliśmy w solidną drzemkę. Nasz przewodnik również oddał się poobiedniej sjeście. Klima wewnątrz łagodziła poczucie gorąca spowodowane wdzierającymi się do środka promieniami słońca.

Tuż przed Montañitą jeszcze krótki postój w ….Barcelonie. Ten postój miał głównie na celu odwiedzenie tutejszego czegoś na kształt koła gospodyń wiejskich, które zajmowało się produkcją popularnych w Ekwadorze kapeluszy Panama i innych wyrobów z tego samego surowca co owe kapelusze. Mam fioła na punkcie wspomagania lokalnej kultury. Kupiliśmy zatem małe takie jak serwetka na stół coś co może mieć zastosowanie jako duża, bardzo duża podstawka. O samym procesie tworzenia nakryć na głowę i ich historii pisać nie będę. Jeśli kogoś interesuje polecam mój wcześniejszy wpis. Panama Hat, Gringo, Eloy Alfaro

Po piętnastu minutach wyruszamy dalej. Po kolejnych piętnastu jesteśmy na miejscu. Nasza przystań hotelowa znajduje się jakieś pięć minut od przystanku. Dochodzi szósta wieczorem. Słońce zaczyna się chylić ku horyzontowi. Raz, dwa, trzy i jesteśmy zameldowani, rozpakowani i ze sprzętem do różnych potrzeb, mam tu na myśli nasze przenośne komputery, teraz służące jako aparaty fotograficzne, hop na plaże by uwieńczyć i pozdrowić zachodzące słoneczko.

Do jutra.

Uliczkė znam w Barcelonie…..

„Maszynowa” produkcja kapeluszy.

Kupujcie, kupujcie dolców nie żałujcie

Jak nie kapelusz to torbę na zakupy. Lepsza niż te plastikowe. Nie zaśmieca i wielorazowego użytku.