Notatki z podróży część druga

Dziesięć dni jakie zaplanowaliśmy sobie na przypomnieniu dzieciakom o naszym istnieniu minęły szybciej niż się spodziewaliśmy. Wczoraj jeszcze rozpakowywaliśmy się a tu już trzeba się pakować ponownie. Nasze walizki chociaż po przylocie straciły na wadze to jednak szybko wypełniały się rzeczami, które postanowiliśmy przetransportować tym razem z północy na południe. Linie lotnicze latające przez Atlantyk pozwalają na jedną dwudziesto trzy kilową walizkę oraz bagaż podręczny. Przewoźnicy oferujący loty z Ameryki północnej do południowej są pod tym względem bardziej wyrozumiali. Można zabrać dodatkową walizkę o ciężarze dwudziestu trzech kilo. Skwapliwie z tego korzystamy bo rzeczy do przewiezienia mamy wciąż sporo, zwłaszcza kolekcja moich DVD nie może się doczekać zjednania ze swoim właścicielem. Niby dwa ekstra bagaże po dwadzieścia trzy kilo to dużo, niby, nie dotyczy to jednak przeprowadzki. Na taką okoliczność jest to kropla w morzu potrzeb. Znowu selekcja, znowu wybory, znowu ważenie, znowu nadwaga. Co odrzucić, co zabrać, prawie jak szekspirowskie być albo nie być. Wreszcie udało nam się osiągnąć upragnioną wagę i już można ruszać w drogę do domu. Tym razem lecimy najpierw do Panamy gdzie mamy przesiadkę. Do Panamy zabierze nas United Airlines a stamtąd polecimy panamskimi liniami Copa Airlines. Jeszcze tradycyjna odprawa bagażu i przejście przez security. Waga ponownie spłatała nam figla i tym razem nasze błagalne spojrzenia pozostały bez echa, kilogram z jednego z bagażowe trzeba było ubrać na siebie. Niby lecimy do ciepłego kraju a wyglądamy jak byśmy lecieli na Spitsbergen. Ale co tam będziemy się rozbierać w samolocie. Dzięki temu zabiegowi udało nam się przewieźć wszystko co zaplanowaliśmy. Lot do Panamy to pięciogodzinna podróż ale United zdecydował, że jeśli ktoś jest głodny to można sobie coś kupić nie ma nic za darmo. Wylot był opóźniony bo niespodziewanie pracownicy ładujący bagaż nie wyrobili się na czas. W panamie mieliśmy tylko godzinę a zatem każde opóznienie to trochę stresująca sytuacja, mamy jednak podejście do tego na zasadzie niech się dzieje wola nieba. Żeby tylko zdążyli przepakować walizki z samolotu na samolot bo ostatnio mieliśmy z tym pare niespodzianek. Do Panamy dotarliśmy na pół godziny przed odlotem do Ekwadoru. Skończyło się jednak dobrze bo to połączenie to typowe połączenie tranzytowe i samolot na ogół czeka na pasażerów przesiadających się. Jeszcze sto minut lotu do Guayaquil a potem jazda do domu. Najpierw jednak odprawa paszportowa i znowu pytania dla samego pytania tak jakby nie można było po prostu wbić pieczątki i dać ludziom spokojnie udać się do domu. Tak to już jednak jest, że jak się da urzędnikowi przywilej to on chętnie z tego korzysta tylko po to aby podnieść swoją rangę. Nie inaczej jest i tutaj w Ekwadorze. Niech mu tam będzie, dowiedział się co chciał i zadowolony z siebie puścił nas w drogę do domu. Nasz dom znajduje się cztery godziny jazdy od lotniska co po niemal dziesięciu godzinach podróży jest dość dokuczliwym utrudnieniem. Ale co tam na końcu tej drogi jest nasz dom. I tak o czwartej nad ranem dotarliśmy do miejsca przeznaczenia. Dom to jednak bardzo szczególne miejsce zwłaszcza jeśli się do niego wraca.