Impresje z podróży.

Zalegliśmy do spania mniej więcej o dziesiątej. Pobudka miała być o drugiej nad ranem. O trzeciej wyjazd. Tylko jak tu przekazać to ciału, które zwykle chadza spać na chwile przed północą.

Nie będzie spało i już. Miotałem się pewnie ze dwie godziny … akurat do północy zanim odpłynąłem w krainę snu. Jeszcze pewnie dobrze nie zasnąłem a tu już zegarynka komputerowa obwieściła drugą.

Ta godzina w górach na wysokości trzy tysiące metrów to odrobine chłodno. Mamy zjechać nad poziom morza, tam zaś będzie duszno i o wiele cieplej. W krótkim rękawku u mnie nie wyjdzie, trzeba coś cieplejszego narzucić a potem do plecaka. Gorzej ze spodniami. Krótkie nie wchodzą w grę. Trzeba będzie do końca trasy w długich.

Jest już nasz kierowca. Obleciałem chatę siedem razy dookoła. Wszystko wygląda zamknięte. Myśl wredna jednak mnie atakuje cała drogę, że czegoś nie sprawdziłem. Niech się dzieje wola nieba.

Zjeżdżamy pięćset metrów w dół potem dwa tysiące do góry. A potem już z górki na pazurki do samego oceanu.

Pospałbym jednak jeszcze trochę, a tu pasuje pogawędzić z kierowcą, bo lepiej by było, żeby jemu się nie drzemało na andyjskich serpentynach. Nasza podróż mogłaby się wtedy skończyć przedwcześnie.

Dotarliśmy wreszcie na poziom morza. Stąd jeszcze godzina z małym hakiem do lotniska. Nie dam rady. Spanie mnie ogarnęło, powieki zbyt ciężkie. Zamknąłem oczka tylko na chwilę. Nasz taksówkarz chyba zauważył, że nie odpowiadam na jego słowne zaczepki. Zdecydował się na muzykę. Nie mógł nic lepszego wymyślić. Z głośników popłynęła słodka Sade z genialnym wręcz usypiaczem Smooth Operator. Świetny wręcz song no i artystka z tym swoim jedynym w rodzaju głosem. O bogowie snów, to była wręcz genialna dawka pięknej muzyki do dopłynięcia w krainę marzeń.

Ale co to. Otwieram dopiero co zamknięte oczy a tu już lotnisko. Niech to szlag. Koniec spania. Patrzę lekko przytomny na zegarek. Do odlotu jeszcze ponad trzy godziny. Sade gdzie zniknęła, już jej nie ma. Na zewnątrz zgodnie z przewidywaniami bardzo ciepło choć to tylko szósta rano. Guayaquil leży and samym oceanem. Zjechaliśmy w trzy godziny ponad cztery tysiące kilometrów w linii prostej. Różnica temperatur pewnie około piętnastu stopni.

Zdamy najpierw bagaże. Potem zrzucę z siebie nadmiar okrycia.

Dobrze, że nie zrzuciłem. W hali lotniskowej klima wali pełną parą, chłodniej niż u nas w górach. Pochlastało ich chyba. Dobrze, że się cieplej ubrałem.

Zdaliśmy bagaże, pogawędziliśmy z pogranicznikomi na temat gdzie po co, na co i dlaczego. Jeszcze wiązka promieniowania czy czasem nie mam czegoś w portkach. Owszem mam ale nie to czego szukali😂😂😂. I już jesteśmy w poczekalni. Dwie i pół godziny do odlotu. Walnąłby się gdzieś ale jakoś nie wypada. Lotnisko małe, ma chyba siedem wejść do samolotów. Sklepy oczywiście już otwarte ale ceny o moja matko. Dziękuje, odeszła mnie ochota na cokolwiek. Parę spacerów. Od jednego końca do drugiego i wreszcie w samolocie.

Zdrzemnąłby się człowiek. Zapomnij jednak. Siedzenie całkiem wygodne tylko, że pozycji jakoś nie idzie zmienić. Łeb sam opada to na lewo, to na prawo, po czym następuje to bolesne rozbudzenie. Co się dzieje, gdzie ja jestem?

Po piętnastu godzinach dotarliśmy do Meridy. Na zewnątrz burza. Odbiera nas córcia z mężem. Wychodzimy z lotniska. Jest kilka minut po szóstej wieczorem.

Wychodzimy z budynku…o boziu…my chyba w jakieś piekło popadli, jak powiedział Pawlak gdy zobaczył czarnego księdza. Tylko, że tu nie o księdza idzie. Qu..a jak gorąco.

Leżaki w akcji

Wielokrotnie wspominałem o powodach naszej przeprowadzki do Ekwadoru. Chcieliśmy zdecydowanie więcej słońca. Co ciekawe, nasza pierwsza wizyta tutaj, dziesięć lat temu miała miejsce właśnie na przełomie sierpnia i września i wtedy nie odczuliśmy chłodu z którym mieliśmy do czynienia ostatnimi dniami. Tych spadków temperatury dość długo nie było. Dopiero ostatnie dwa lata są pod tym względem inne. Specyfiką tej szerokości geograficznej jest chyba nieprzewidywalność pogodowa. Niby równik a w naszym przypadku blisko do równika, a jednak nie znaczy to wcale, źe tu nic innego poza słońcem się nie dzieje. Pewnie na wybrzeżu Pacyfiku tego typu dylematów nie mają. W górach jest jednak inaczej. Tu pogoda co metr niżej albo wyżej zmienia z dnia na dzień. Często u nas pada a w Cuence, która jest pięćset metrów niżej, już nie.

Ostatnio jednak pogoda zachowuje się jednak wyjątkowo kapryśnie. Pare dni temu narzekałem na chłodne i deszczowe dnie. No i nagle ni z gruszki, ni z pietruszki zrobiło się słonecznie. Do tego stopnia się ociepliło, że wyciągnęliśmy nas sprzęt do opalania i oddaliśmy się słodkiemu lenistwu. Co będzie jutro? Kto to wie. Dzisiaj jednak podnieśliśmy poziom witaminy D w naszych organizmach dość znacznie. A to przecież ciagle tutejsza zima, która skończy się na początku września.

Tutejsi seniorzy mówią, że najgorsze mamy za sobą. Oby mieli rację.

Nie ma to jak zimową porą na zewnątrz chwycić trochę opalenizny.

Wstrząs termiczny

Typowo letnie polskie miesiące czyli czerwiec, lipiec i sierpień tutaj są najzimniejsze. Jesteśmy tutaj od paru już lat i chociaż nasze lato to tutejsza zima to jednak temperatury nie są podobne do tych polskich. Zwykle w nocy jest dość chłodno natomiast w ciągu dnia jest już tradycyjnie ciepło.

Anomalia pogodowe dopadły jednak i Ekwador. Słońce, które zwykle operowało w dzień teraz gdzieś zniknęło co oczywiście przekłada się na niższe niż zwykle temperatury. Już nie tylko nocy jest chłodno ale również niewiadomo jaki będzie dzień. Wczoraj rozpoczęło się bardzo ponuro, mocno zachmurzone niebo nie zwiastowało niczego dobrego.

Jedynym naszym ogrzewaniem jest kominek, który daje ciepło tylko w części kuchenno-jadalnej. W pozostałych pomieszczeniach dogrzewamy tylko w razie potrzeby grzejnikami elektrycznymi. Domy z kamienia, jaki my mamy, mają to do siebie, że nie nagrzewają się najlepiej, o czym nie pomyśleliśmy w trakcie konstrukcji. Zatem wewnątrz jest zawsze chłodniej niż na zewnątrz. Nie mając jednak doświadczenia w życiu na równiku i w górach sądziliśmy, że to będzie raczej pozytywne. A tu masz babo placek, chłodno na polu jeszcze chłodniej w środku.

Kiedy juz zaopatrzyłem się w drzewo do rozpalenia w kominku, a było to jakoś wedle południa, nagle niebo zaczęło się przejaśniać i zza chmur nieśmiało spojrzało na naszą okolice słoneczko. Trochę zawstydzone jakby zapomniało, że to tutaj jest równik i to tutaj powinno spędzać więcej czasu.

Nasze oszklone patio natychmiast się nagrzało i ciepło zaczęło wypełniać dom poprzez otwarte na oścież drzwi. Pytam bosowej czy mam grać, znaczy się palić w kominku. Nie pal. Ucieszyło mnie to niewymownie, bo już samo znoszenie drzewa dokuczyło mi okrutnie.

Rozsiadłem się zatem na patio z moją gazetową lekturą, upajając się szklaną ciepłotą. Luśką oczywista pognała do ogródka, bo ona w przeciwieństwie do mnie tam najbardziej odpoczywa. Ogólne zadowolenie. Jakoś koło drugiej z minutami słońce znowu się skryło ale jasność na zewnątrz wciąż panowała nie wróżąc zbyt szybkiego oziębienia. Potem dmuchnęło wiatrem i przygnało brzydsze chmury. Wewnątrz jednak było na tyle komfortowo, że grać czyli palić nie musiałem.

Z wieczora jednak gdy zasiedliśmy do naszego spotkania z filmem chłodek w środku był już niczego sobie. Palić o tej porze sensu nie było. Przydają się w takich momentach koce i grzejniki. A po filmie pod kołdrę i święto lasu. Możemy narzekać na temperaturę jednak przy chłodniejszej o wiele lepiej się śpi.

No i tak przeżywamy mały wstrząs termiczny. Ja prawdę mówić trochę większy, bo Luśką nie była w Polsce. Od gorącej ziemi ojczystej przez komfortowe temperatury w Stanach do górskiego rześkiego powietrza na równiku. Tubylcy mówią nam, źe ostatnie dwa zimowe lata były wyjątkowo chłodne. Czy tak już zostanie? Zobaczymy. Do Afryki nad Wisłą jednak nie tęsknie.

O podmarzaniu na równiku.

Z zainteresowaniem czytam informacje pogodowe z Polski i sam nie wiem zazdrościć czy też może raczej nie. Temperatury dochodzące do czterdziestu stopni nie brzmią aż tak radośnie, nawet dla kogoś kto uwielbia słońce. Entuzjaści gorącej planety muszą wziąć pod uwagę ostrzeżenia oraz stopień zagrożenia przed nadmiernym przebywaniem na zewnątrz, ogłoszone przez instytut meteorologiczny. Z drugiej strony, na półkuli południowej, rownież w Ekwadorze, niespodziewanie mamy do czynienia z dosyć chłodną pogodą. Anomalia pogodowe w tym roku zdają się nie mieć końca. Najpierw w porze deszczowej opady, które na ogół maja charakter przelotny, w tym roku zafundowały nam ilości, które ostatni raz notowano trzydzieści lat temu. Gleba była tak nasączona wodą, że odmawiała jej dalszego przyjmowania. Padało wyjątkowo długo i wyjątkowo często. Po kilku tygodniach relatywnie przyjemnej i słonecznej pogody ponownie się zachmurzyło i chociaż nie pada to jednak temperatury spadają do granic nienotowanych w tym rejonie. Polska znalazła się na przeciwnym biegunie temperaturowym, przy czym wysokość wskazań termometrów i tu jest ewenementem historycznym. Jedni śmieją się z tego całego zamieszania pod hasłem „globalne ocieplenie”, inni natomiast nie przestają straszyć konsekwencjami dalszego lekceważenia tego tematu. Kto ma rację w tej debacie, trudno wskazać, bo stopień  zakłamania wszystkich i każdego,  tam gdzie w grę wchodzą pieniądze przekroczył wszelkie dopuszczalne normy. Donald znad Potomac wypiął się na ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. Donald z Brukseli, reprezentujący stanowisko Europy, uważa to za błąd. Obaj robią to niby z innych powodów lecz dzięki ich decyzją ktoś po obu stronach barykady staje się bogatszy. Przeciętnemu śmiertelnikowi powoli zaczyna być obojętne czy stanie się, niczym Louis de Funes, hibernatusem, czy też dopadnie go rak skóry, bo w obu przypadkach czeka go wyprowadzka z tego świata. Mogę tylko przypuszczać, że wielu odpowiadałoby się za hibernacją i powrotem do świata stworzonego w „Seksmisji”, niestety nie ma na to na razie dowodów. Jeśli nawet są, to zapewne hibernacja nie będzie dla przeciętnego Kowalskiego. Tak czy inaczej efekty miliardów wydawanych na walkę z klimatem zdają się być mizerne. Przyroda wie swoje i póki co nie wyglada na to abyśmy mogli coś w tej materii zmienić. Dlatego ja podmarzam na równiku a w Polsce mamy afrykańskie upały.