Sylwestrowe wspominki.

Mam wrażenie, że z wiekiem atrakcyjność zabaw sylwestrowych maleje. Na dobrą sprawę noc jak każda inna, tyle że na drugi dzień trzeba zmienić kalendarz, bo ten stary już nie ma zastosowania. Uczestniczyłem w trakcie swojego życia w bardzo wielu tego typu imprezach. Najdroższa za dwieście zielonych od pary a najtańsza, jeśli dobrze pamietam, dwie dychy zorganizowana przez członków polonijnej parafii. Z tej najbardziej kosztownej mam same złe wspomnienia. Miał ją prowadzić legendarny Piotr Kaczkowski z radiowej trójki. Nie tylko, że nie prowadził to organizatorzy kompletnie zawiedli pod każdym względem. Marne było jedzenie, kiepska muzyka i żeby dokończyć dzieła zniszczenia, na stołach stały bukiety kwiatów, za które pod koniec zabawy kazano nam zapłacić. Doszło do sporej awantury przy naszym stoliku, która była wynikiem miernej rozrywki. Dobrze za to wspominam kościelne zabawy. Były to na ogół imprezy zrzutkowe, to znaczy, płaciliśmy bilety za wynajem sali i każdy coś tam przygotowywał. Organizacja jednak spoczywała na paru osobach, które były odpowiedzialne za kuchnie a potem za posprzątanie sali. Nic dziwnego, że one miały z tego powodu najmniej sylwestrowej rozrywki. Pamietam sylwestra w polskiej knajpie, która znajdowała się w mieście w sporej części zamieszkałym przez polonusów. Tu jedzenia było w nadmiarze ale bawić się nie było sposób bo wpuszczono więcej ludzi niż to miało sens. Wpadaliśmy na siebie w tańcu często depcząc po piętach sąsiedniej parze. Niektórzy to rozumieli, inni jednak mocno szczerzyli zęby ze złości. Pamietam imprezy zakładowe w PRL-u, które miały to coś specjalnego, bo dyrekcja w tym dniu była jakaś łatwiej przystępna. Najlepszym jednak był ten najbardziej kameralny. Jeden z moich kuzynów, dusza towarzystwa, zorganizował go u siebie. Bawiliśmy się w pokoju stołowym a wsród uczestników, chociaż mieliśmy tylko naście lat, los sprawił, że znalazło się wiele osób, które pózniej związał węzeł małżeński. Wtedy jednak mieli innych partnerów. Nie pamietam specjalnie muzyki, zapadł mi jedynie w pamięć wtedy wielki przebój The Osmonds pod jakże znamiennym tytułem „Puppy Love” czyli szczenięca miłość. Podkochiwałem się w koleżance z klasy, czego ona jednak kompletnie nie zauważała, rozrywając moją młodą pompę na tysiące krwawiących części. Może zatem te sylwestrowe wygibusy mają w sobie coś specjalnego gdy ma się naście lat, a wszystko jest jedną wielką przygodą? Z drugiej strony czasy nam się mocno skomercjalizowały co zabiło i zabija ducha beztroskiej zabawy.

Reklamy