Ach te kości i to ciało.

Moje niezbyt młode kości

Bardzo mocno złości

Stref czasowych zmiana

Zatem dzisiaj już od rana

Jęczą, płaczą i zgrzytają,

Że się na to nie zgadzają,

Źe dość mają już podróży

Bo im wcale to nie służy

Przecież bilet mam kupiony

I dla siebie, i dla żony

To wydatek dla mnie spory

Zaprzepaścić, byłbym chory

I do domu wrócić muszę

Więcej stamtąd się nie ruszę

Udobruchać je próbuje

Lecz to wcale nie skutkuje

Wręcz odwrotnie, jakby opętane

Aplikują bóle dotąd mi nie znane

Pot wyskoczył mi na czoło

Aspiryny szukam wkoło

Gdy mi wpadła myśl takowa,

Że bólami rządzi głowa

Ona kościom rozkaz dala

Pora strajków jeszcze nie nastała

Pod naporem świadomości

Ustąpiły bóle moich kości

Myśl się jednak zasiedliła

Ostra taka niczym piła

W życiu często tak już bywa,

Że gdy człowiek by odkrywał

Nowe światy, nowe kraje

To mu ciała już nie staje

Dziwne uczucie.

Podróżowanie interkontynentalne z północy na południe czy odwrotnie, w zależności oczywiście od ilości czasu spędzonego w jej trakcie to małe piwo w porównaniu z przemieszczaniem się ze wschodu na zachód czy w przeciwnym kierunku. Dobiegła właśnie końca moja ekskursja przez trzy kontynenty. Z ekwadorskich gór najpierw była jazda samochodem na wybrzeże tego kraju. Tu bowiem znajduje się jedno z dwóch lotnisk międzynarodowych w Ekwadorze. W górach było chłodno, ubrałem się zatem odpowiednio do pogody. Nad oceanem już było o wiele cieplej. Zerwałem zatem z siebie nadmiar odzieży, chcąc uniknąć nadmiernego pocenia, które powoli zmieniało moja koszulkę w dość nieprzyjemną, przymokrawą tkaninę. Już po chwili musiałem jednak dogrzać się ponownie. Wentylacja w budynku lotniska wręcz wymagała tego. Była ona jeszcze jednak do zniesienia. W samolocie jednak doszli do wniosku, że im chłodniej w środku tym zapewnie lepiej dla podróżujących i podkręcili kurek z chłodnym powietrzem. Już po chwili mój nos dawał mi znać, że nie jest zwolennikiem takiej zabawy w ciepło zimno, która nie polega na znalezieniu czegoś. Pod ręką miałem jeszcze dres, który założyłem na sibie wychodząc z mojego górskiego domeczku. Co było robić, raz dwa i już miałem go na sobie. To ściąganie i nakładanie na siebie rzeczy tam i z powrotem oczywiście w końcowym efekcie skończyło się przeziębieniem bo praktycznie nie mogło być inaczej. To jednak, aczkolwiek bardzo frustrujące, nie dało mi aż tak bardzo w kość jak kolejna podróż tym razem z zachodu na wschód. Nie ulega watpliwości, że chociaż miałem dwudniowy odpoczynek po pierwszym etapie wycieczki, to jednak odczuwałem trochę zmęczenia przed kolejnym odcinkiem samolotowych wyzwań. Spanie z katarem nie należy do przyjemności, przynajmniej w moim przypadku. Z lekko zmordowanymi oczami zająłem zatem miejsce w samolocie Lufthansy, który zmierzał do Europy. Spanie w samolocie zawsze słabo mi idzie. Taka pochlastana natura. Jak każdy podróżujący wie, przemieszczanie się wzdłuż równoleżników powoduje walkę ze strefami czasowi. Słońce przecież nie może być na okrągłej ziemi w tym samym czasie w każdym jej zakątku. Zakatarzony, niewyspany, coraz bardziej zmęczony dotarłem wreszcie do celu mojej podróży. Tam skąd wyleciałem był wczesny poranek, tu gdzie dotarłem południe. Adrenalina spowodowana przybyciem do ojczyzny zabiła jednak wszystkie niedogodności. Dzisiaj wreszcie się wyśpię, pomyślałem zapominając o katarze. Dotrwałem niczym zombie do końca pierwszej połowy „fascynującego” meczy Realu z kimś z Cypru, po czym padłem niczym rażony czymś mocnym w okolice mojej głowy. W Stanach była godzina siedemnasta, tutaj dwudziesta trzecia. Z zatkanym nosem obudziłem się jednak dość szybko. I sam już nie wiem, która to jest godzina, w jakiej strefie czasowej jestem ja a gdzie moje ciało. Dziwne uczucie. Spróbuje się jeszcze przespać, może to mi wszystko wyjaśni.