Ferria Libre czyli plac targowy

Często robiąc swoje zakupy, szczególnie te owocowo-warzywne, myślę o starych płacach targowych w naszym kraju. Odbywały się one przede wszystkim we wtorki i w piątki i można na nich było kupić niemal wszystko. Dzisiaj nie ma już tych miejsc, zastąpiły je codzienne hale targowe. One też już nie spełniają tej samej funkcji co kiedysiejsze place targowe bo zaopatrzenie w sklepach detalicznych też się zmieniło, często oferując dokonanie kompletnych zakupów pod jednym dachem. W Cuence nie ma jeszcze tak popularnych na zachodzie i w Polsce galerii, aczkolwiek i tu ten trend zaczyna powoli się pojawiać. W dalszym ciagu najważniejszym miejscem zakupów są zadaszone hale targowe, na których można dokonać większości zakupów. W samym centrum historycznym są dwa takie miejsca ulokowane na jego krawędziach po przeciwnych stronach. Mają one jednak przede wszystkim charakter spożywczy. Wszelkiego rodzaju produkty mięsne od kurczaków przez świnki morskie (lokalny przysmak), wieprzowinę po cielęcinę nie stanowią problemu z zakupem. Kondygnacje wyżej to owoce i warzywa, które zmieniają się w zależności od pory roku. Aktualnie jest sezon na pomarańcze i mandarynki oraz banany, czyli ceny tych produktów są najtańsze ( aktualnie dwadzieścia mandarynek kosztuje dolara około trzydziestu pięciu małych bananów tyle samo). Jeszcze wyżej wszelkiego rodzaju wyszynk czyli jedzenie na miejscu. Ludzi na żadnym pietrze nie brakuje. Jestem pewien, że gdyby wpadli w to miejsce ludzie z sanepidu to niewiele by z tego miejsca pozostało. Tu jednak przepisy są pewnie bardziej pod drobnego handlarza i nikt nie będzie mu rzucał kłód pod nogi. Najważniejszym miejscem handlu jest jednak Ferria Libre ulokowana poza centrum historycznym jednak w bardzo newralgicznym punkcie miasta, który stanowi jego główna ulica. Avenida Las Americas, bo o niej mowa to najdłuższa i najbardziej skomercjalizowana ulica Cuenki. To właśnie przy niej znajduje się największy bazar miasta, przy którym zatrzymują się niemal wszystkie autobusy komunikacji miejskiej. Tu można kupić bezpośrednio od rolnika i hurtem dla potrzeb dalszej sprzedaży. Zycie tu tętni od wschodu do zachodu słońca. Podobno najwiecej się dzieje w środy i soboty ale to nie są moje dni wyjazdowe. We wtorek i piątek też dzieje się wystarczajaco dużo aby wyrobić sobie pogląd na to miejsce. Większość produktów rolniczych sprzedaje się w ilościach takich, aby cena równała się dolarowi, wszystko wtedy jest łatwe i nie trzeba się trudzić z wydawaniem reszty. Na Ferria Libre można dokonać kompletnych zakupów od artykułów spożywczych przez przemysłowe po filmy i inne artykuły rozrywkowe. Tu handluje każdy nie tylko ten co ma stoisko ale i te kto swój stragan ma na plecach czy w rękach. Każdy stara się coś zaoferować i każdy przekrzykuje każdego. Matki z mały dzieciakami uczą je jak grać na uczuciach kupujących co dzieciaki robią bez najmniejszych oporów. Gwarno, ciasno przy tym dość bezpiecznie. Upodobałem sobie to miejsce przede wszystkim z racji jego różnorodności ale również i z faktu, że mój autobus właśnie stąd zabiera mnie do domu co bardzo wiele ułatwia. Tu można się też targować a większe zakupy przy jednym straganie na ogół dają coś za darmo. To właśnie Ferria Libre kojarzy mi się z dawnymi placami targowymi i tylko nagrań z trzeszczących pocztówek brakuje ale dzisiaj mamy dyski kompaktowe, takie czasy. 

Kupić nie kupić sprawdzić warto

San Clemente to mała rybacka wioska położona pomiędzy Portoviejo i Bahia de Caraquez. Spędzielismy w niej pare lat temu cztery dni, wykorzystując fakt ze nasi ekwadorscy znajomi maja tam dom rodzinny, który wykorzystują jako dom letniskowy i wynajmują go jeśli jest ktoś zainteresowany. Akurat dom był pusty i zgodzili sie abyśmy w nim spędził te cztery dni. Dla nas punktem docelowym wycieczki była Canoa, w której chcieliśmy sie spotkać z deweloperem, który był w trakcie zagospodarowywania terenu pod działki na domki letniskowe. Zarówno Canoa jak i San Clemente lezą bezpośrednio nad oceanem. San Clemente ma o tyle przewagę nad Canoa, ze ma bezpośrednie połączenie autobusowe z Guayaquil. Aby dostać sie do Canoy należy najpierw złapać autobus do Bahia de Caraquez skąd można już za dolara dojechać następnym autobusem. San Clemente to typowa wioska rybacka bez większych atrakcji. Nawet plaże na Pacyfikiem sa skromniejsze i mniejsze niż w Canoa, jest jednak napewno większe. Canoa natomiast to zdecydowanie wioska letniskowa przepełniona mniejszymi i większymi hotelami, utrzymująca sie przede wszystkim z turystów. O dziwo w San Clemente zainwestował pewien Norweg. Zbudował okazały hotel na północnym krańcu miasteczka a w jego okolicy dobudował w granicach stu domków typu condominium, który wystawił na sprzedaż. Sam hotel o nazwie Palm Azul ma swój basen i uważany jest za luksusowy. Ponieważ piasek nad Pacyfikiem ma kolor dość szary i ciemny ów Norweg zwiozl na plaże w okolice swojego hotelu typowy piasek, który przypomina nam prawdziwa plaze. Hotel ów reklamuje sie jako miejsce gdzie nigdy nie pada i zawsze jest słonecznie. Jeśli to sie nie sprawdzi to podobno zwracają pieniądze. Nie mogę tego zagwarantować ale tak nam mówiono. O dziwo podobno nigdy do zwrotu pieniędzy nie doszło. Hotel znajduje sie oczywiście na samy oceanem a z drugiej strony dotyka głównej ulicy San Clemente. Po jej drugiej stronie znajduje sie ów dewelopment z domkami. Jego mieszkańcy mogą korzystać z dobrodziejstw hotelu jeśli takie maja życzenie. Cały ten dewelopment składający sie wówczas z około sześćdziesięciu domków był już sprzedany. My i tak optowaliśmy w kierunku Canoy ale było to dla nas zaskakujące. Muszę jednak przyznać, ze to osiedle zrobiło na mnie pozytywne wrażenie. Ta strona San Clemente napewno wyglada o wiele bardziej atrakcyjnie od strony południowej. Plaże sa szersze i okolica bardziej naturalna. San Clemente kończy sie piękna płaza, mało oczywiście używana jako ze znajduje sie poza terenem zabudowanym a ocean wcina sie tutaj w lad na którego straży piętrzą sie klify chociaż niewielkich to jednak gór, których zbocza mogą zrobić wrażenie. Doprawdy piękna i dzika okolica. Otóż właśnie w okolicach tego miejsca nasi znajomi, którzy podejmowali nas w swoim domu letniskowym wykupili trochę terenu i zdecydowali sie wybudować apartamentowiec, który ma być wbity w klif z widokiem na ocean. Nasz znajomy jest architektem i w momencie gdy sie czegoś podejmuje to ten projekt staje sie jego życiem. Pedro ma wizje i lubi to co robi co daje szanse, ze jego projekt będzie spełniał to do czego sie zobowiązał. Pisze o tym bo z dwudziestu jeden apartamentów sześć już zostało sprzedanych co świadczy o zainteresowaniu. Może ktoś z was chciałby zainwestować w Ekwador. Warto sie przyjrzeć bo odkąd tu jesteśmy ceny z uwagi na zainteresowanie poszły znacznie do góry.