Podwójne standardy

Do napisania tej notki zainspirował mnie Anzai swoim wpisem „Między racją stanu a dupą trzynastolatki”.

Rzecz ma się na temat pedofilii w kontekście odwołania spotkania Romana Polańskiego ze studentami łódzkiej filmówki.

W Stanach istnieje powiedzenie; jeśli coś chodzi jak kaczka, kwacze jak kaczka to to jest napewno kaczka. Nie ma w tym stwierdzeniu żadnego kontekstu. Trawestując to jednak można powiedzieć, że jeśli ktoś wykorzystuje, molestuje czy gwałci dzieci to bez względu na to czy jest cywilem czy chodzi w czarnej kiecce to i tak jest pedofilem. Jako taki powinien być ścigany bez względu na przynależność religijną czy rozpoznawalność publiczną.

Hollywood rządzi się swoimi prawami. Nie mam zamiaru bronić Polańskiego ale jeśli ktoś myśli, że tylko jemu się przytrafiła mama handlująca nastolatką to polecam film „Ostatnia rola” na faktach oparty i dotyczący właśnie sławy i mam chcących „jak najlepiej” dla swojej pociechy.

To jednak na marginesie.

Powyższe zdjęcie pochodzi z Fb i ma już ponad pół roku. Pedofilia to przestępstwo. Traktowana jednak wybiórczo czyni z naszego wymiaru sprawiedliwości również przestępców. Osobiście nie mam co do tego wątpliwości. Czyżbym się mylił?

O tym jak nieloty wzniosły się i odleciały.

Z duszą na ramieniu zasiadałem wczoraj przed telewizornią aby obejrzeć kolejne spotkanie naszych piłkarzy od nogi. Po ostatnich występach, strach nijaki ściskał mnie w dołku. W ostatniej kolejce namordowaliśmy się solidnie wygrywając po bramce, którą należy zaliczyć na konto sił nadprzyrodzonych. Farfocle się zdarzają ale gol z Macedonią to był jakiś totalnie zdobyty przypadkiem w przypadkowej sytuacji.

Izrael natomiast strzela sporo bramek i do tej pory wygrywał raczej spokojnie i bezproblemowo. No i na tym właśnie polega piękno sportu, że potrafi zaskoczyć i jest trochę nieobliczalny.

Przecierałem zatem ze zdumienia oczęta moje nie bardzo wierząc w to co się działo na boisku. Ni stad ni zowąd piłka zaczęła się poruszać między naszymi piłkarzami całkiem przyzwoicie i celnie. Zaczęliśmy nawet stwarzać sytuacje pod bramką Mosze Dajana, czy jak mu tam, mam oczywiście na myśli ichniego bramkarza. Mogliśmy nawet strzelić bramkę na początku, zabrakło jednak trochę dokładności.

Aż przyszedł wreszcie ten moment, w którym Piątek z Lewandowskim prostopadle wymienili piłki. W to wszystko wmieszał się Kądzior i nasz Krzychu przywalił pod poprzeczkę nie do obrony i stało się prowadzenie dla naszych.

Czasami nasi komentatorzy w przypływie emocji robią z siebie trochę wariatów, muszę jednak przyznać, że gdy Piętek strzela gole w inne dni tygodnia niż właśnie piątek to i mnie przychodzą do głowy różne idiotyzmy, na przykład Piątek w poniedziałek. Tak właśnie było tym razem Krzychu kropnął jak z armaty w poniedziałek i był to jego pierwszy gol, ponoć, zdobyty w tym dniu tygodnia. Piątek strzela te bramki z dokładnością każdego meczu. Zdobył w ostatnich czterech właśnie cztery gole a dwa z nich były na wagę zwycięstwa. Mnie to bardzo raduje, bo choć mam sporo szacunku dla Robertina to on i jego wybranka z lekka mnie męczą swoją obecnością w przestrzeni publicznej. Nie ulega wątpliwości, że Lewandowski zapisze się na kartach naszej piłkarskiej historii złotymi zgłoskami. Wolałbym jednak odrobinę mniej megalomanii w jego przypadku. To jednak nie istotne na ten moment. Wreszcie to brzęczenie wszystkich o konieczności grania ofensywniej wpadło trenerowi Brzęczkowi do ucha i mam nadzieje, że już tam zostanie.

Wczoraj znowu była szansa na obejrzenie potencjału jaki drzemie w naszych kopaczach gały. Aby to trwało jak najdłużej.

Powitanie.

Z pompą na ramieniu i emocjami sięgającymi zenitu udałem się wczoraj z wieczora na miejscowy dworzec autobusowy. Sprawdziłem wcześniej, na którym autobus z meksykańską delegacją się ma się zatrzymać. W dobie szybko postępującej prywatyzacji wszelkich usług te autokary maja tyle różnych miejsc zatrzymywania, że czasami trzeba mieć całkiem niezłą orientacje w terenie żeby się nie zgubić. Jeśli jeszcze weźmiemy pod uwagę notoryczne zmienianie nazw ulic, bo przecież nigdy nie wiadomo czy patron ulicy nie podpadł miejscowemu IPN-owi, to zwykle wyjście na dworzec PKS zmienia się aktualnie na wyprawę w miasto z mapami i innymi atrybutami wiedzy o tymże. No zawsze można wziąć taksówkę. W moim przypadku okazało się, że miejsce postoju autobusu nie jest aż tak daleko. Byłbym o tym wiedział, gdyby z tabliczek z nazwami ulic nie popędzono paru przeklętych. To jednak temat na osobny artykuł.

Czas na sprawozdanie poparte materiałem filmowym.

Autokar z delegacją właśnie zawija do portu

Stanowisko, na którym czekałem nie było właściwym. Pojechali trochę dalej.

Najważniejsze, że ten nowy PKS się zatrzymał.

A delegacja w składzie osób dwóch w niezłych humorach zjawiła się zgodnie z zapowiedzią.

Spotkanie na szczycie

Obiecał mi poranek….nie wiem ilu za was zna te przyśpiewkę. Mniejsza o to. Dzień szczególny będzie dzisiaj. Córci nie widziałem już chwile jako, że ona mieszka w Meksyku. No i dzisiaj zjeżdża pierworodna nad Wisłok ze swoim ślubnym. Nawet gdybym chciał, to myśleć nie idzie o niczym innym, jeno o tym poranku co to obiecał….

Wychodzić za mąż oczywiście nie będę, to nie jest moja para kaloszy. Szwedy miałem ochotę założyć ale chyba bym wyglądał trochę śmiesznie. No i za gorąco. Wystąpię w krótkich spodniach zatem. Spotkanie na szczycie już za kilka godzin. Oj będzie się działo.

https://www.youtube.com/watch?v=4yB7M5u3urA&feature=share

 

Jak najszybciej zapomnieć

Mieszkając w USA straciłem kontakt z kopaną. Amerykanie to chyba jedyny kraj gdzie piłka nożna swoją popularnością ustępuje wielu innym dyscypliną. Długo nie mogłem zrozumieć bejsbola, czy ichniego futbolu a to przecież dyscypliny, które wywołują wśród tego narodu najwięcej emocji. Ja przecież odkąd pamietam byłem chłopakiem, który identyfikował z Paragonem, który strzelał gole dla swojego podwórka. A tu taka kicha. Nic tylko jakaś pała, którą należało trafić w białą piłkę podobną wielkością do tenisowej albo jakieś jajowate coś czym raz rzucają a innym razem z tym biegną niewiadomo gdzie i niewiadomo po co.

Jako chłop o zainteresowaniach sportowych wreszcie zgłębiłem tajniki amerykańskich widowisk boiskowych i zapomniałem nawet o piłce nożnej.

Wylądowaliśmy jednak w Ameryce Południowej, w kraju i na kontynencie gdzie ponoć z piłką młode chłopaki nawet sypiają. Widać to również w oprogramowaniu z telewizora, nic tylko gała od rana do późnej nocy. I do tego jeszcze ci nawiedzeni sprawozdawcy wrzeszczący jakby po każdej akcji miała paść bramka a jak już wreszcie ktoś zdobędzie gola to ci goście mała nie zejdą z tego świata wrzeszcząc przeraźliwie i długo goooooooooooooooool, albo dla odmiany golgolgolgolgolgol przez dobrą chwilę.

W ten sposób wróciłem na łono boiska piłkarskiego. Odkryłem nawet niespodziewanie, że Polska ma całkiem niezła pakę. Sporo naszych meczów nawet transmitowała telewizja ku mojemu zadowoleniu.

Paka jednak rozpadła się w ubiegłym roku w Rosji. Przyszedł nowy trener żeby zbudować coś nowego. Póki jednak co to mamy jedenaście bezgłowych kurczaków latających w różnych kierunkach tylko nie tam gdzie piłka. Jak my te mecze wygrywamy, nie mam zielonego pojęcia.

Skończył się właśnie kolejny występ gwiazd naszej rodzimej piłki, o dziwo znowu wygrany ale Bogiem a prawda najlepsza w tym meczu to była przerwa.

Oglądałem to widowisko, żałosne od początku do końca, w towarzystwie moich najbliższych znajomych. W przerwie kolega puścił nam rewelacyjne nagranie bluesa, które pozostanie w mojej pamięci. No i jeszcze z miłych rzeczy piwo i placki ziemniaczane. Resztę chce jak najszybciej zapomnieć. Zbędę ją zatem milczeniem.

Ech, gdzie się podziały Orły Górskiego, którzy w koszulkach i spodenkach rodzimej produkcji na Wembley zafundowali Waterloo wypasionym i zadufanym menom z Anglii, wprowadzając cały ich kraj w traumę, z której długo nie mógł się wydostać. Jerzy B. Ze swoją ekipą lepiej żeby na Wembley nie jechał, bo jestem pewny, że tym razem to my wypadlibyśmy w wiekuistą traumę.

Głupota ma się dobrze.

Na nic zdały się próby przełożenia rozmowy imigracyjnej Luśki. Połamany, przetrącony, żeby nie wspomnieć o niewyspaniu, o pierwszej nad ranem zaległem na tylnym siedzeniu próbując nadrobić poprzednią nieprzespaną noc. Plan był prosty; zaliczyć spotkanie z urzędasami i zaraz po nim w drogę powrotną. Samej jazdy tam i z powrotem należało liczyć około piętnastu godzin. Javier, nasz kierowca, wyglądał gotowy i wypoczęty na ten rajd. Nie zwlekając zatem wyruszyliśmy. Z wrażeń turystycznych z drogi do Quito mogliśmy kompletnie zrezygnować bo przecież poruszaliśmy się w godzinach nocnych. Poza tym próbowałem wymusić na sobie chociaż odrobine snu. Ten jednak nie chciał przychodzić bez względu na pozycje jaką przybierałem na tylnym siedzeniu. Szlag mnie trafiał z tego powodu bo czułem się coraz bardziej zmęczony. Zasnąć się zatem nie udało. Dodatkowo hektolitry wypitej witaminy c przed podróżą, teraz domagały się częstych postojów.

Na miejsce naszego spotkania dotarliśmy na dwie i pół godziny przed czasem, czyli ni w to, ni w owo, bo w sumie zbyt mało czasu żeby cokolwiek zobaczyć. Zdecydowaliśmy się zatem czekać w okolicach budynku, przy okazji nasz kierowca mógł sam teraz rozłożyć się w samochodzie i nabierać siły przed drogą powrotną. Quito to taka kicha bardzo długa i jednocześnie wąska. Ku memu zdziwieniu okazało się, że leży ono wyżej niż Cuenca bo na wysokości prawie trzech tysięcy metrów czyli o całe pięćset metrów wyżej. To właśnie w okolicach stolicy Ekwadoru przebiega równik stąd zapewne temperatura była wyższa. Zdjąłem zatem z siebie zatem podkoszulek, nie chcą się przegrzać. Zaraz jednak musiałem po niego wracać. Okazało się bowiem, że stoimy w jakimś dziwnym korytarzu. Na jednym jego końcu słonecznie, na drugim zaś wieje niczym na Grenlandii bo i sam wiatr był stosunkowo zimny. Schowaliśmy się zatem w budynku, w którym mieliśmy odbyć naszą rozmowę kwalifikacyjną. Gmaszysko wielkie i przestronne ale tylko na parterze dla obywateli. Wyższe piętra musowo zajmować musieli jacyś wybrańcy ludu, do których dostępu bronili strażnicy. Godzina naszej rozmowy okazała się picem na wodę. Dobrze, że nasza prawniczka poleciła innemu prawnikowi z Quito aby się nami zaopiekował. W przeciwnym razie ile by to wszystko trwało, Bóg raczy wiedzieć. Żaden z urzędasów nie miał dla nas czasu. Zlecili zatem przeprowadzenie rozmowy z nami, uwaga….naszemu opiekunowi. Zasadniczo to nie była nawet rozmowa tylko konieczność wypełnienia formularza osobno dla mnie osobno dla Luśki, których porównanie miało świadczyć o tym, że pozostajemy w związku małżeńskim. Jeszcze jedna urzędnicza głupota, mająca chyba tylko na celu potwierdzenie zasadności utrzymania na państwowym garnuszku niezłej rzeszy bezdusznych biurokratów. Po wypełnieniu owych kwestionariuszy musieliśmy je podpisać i tu swoją obecnością zaszczyciła nas przepracowana pani, która miała z nami niby rozmawiać ale jakoś nie bardzo miała na to ochotę. Wszystko to zajęło piętnaście w porywach do dwudziestu minut i byliśmy gotowi do drogi powrotnej. Ponad siedem godzin jazdy w jedną stronę dla dwudziestu minut wątpliwej potrzeby rozmowy. No cóż głupota ma się dobrze na całym świecie.