Wszystkie problemy świata

Pagoda w tym roku nie dopisała mi w trakcie pobytu w kraju. Chłodny wrzesień, podobny październik, może poza paroma dniami. Do listopada nawet nie mam pretensji bo to już  tradycyjnie miesiąc cześciej chłodny niż przyjemny. Dziesięciodniowy pobyt w Stanach też pogodowo był niezbyt sympatyczny. Spotkaliśmy jednak znajomych, z którymi widujemy się zasadniczo raz na rok. Jestem trochę karciarzem, trochę hazardzistą w związku z czym lubię spotykać się w naszym brydżowym towarzystwie. Nie mam złudzeń, że jestem jego najsłabszym ogniwem ale wciąż mnie tolerują i pozwalają grać. Takie spotkanie, ponieważ trwa dość długo, odbywa się z obiadem, zakąskami i dla niektórych śniadaniem na następny dzień. Gospodyni, jak każda z naszych partnerek w takich sytuacjach, podeszła do zadania bardzo ambitnie przygotowując niemal restauracyjne menu. Mieszkanie z dala od Stanów I Polski powoduje, że szczególnie w polityce amerykańskiej jesteśmy słabo zorientowani. Największej ilości informacji dostarczają nam polskie strony internetowe, zatem polską scenę polityczna znamy lepiej niż to co się dzieje za wielkim stawem. Nasi brydżowi znajomi to jednak Amerykanie a raczej amerykańska Polonia, żyjąca wydarzeniami tego kraju. Ponieważ aktualny prezydent wzbudza wiele emocji, nie mogło obejść się bez wymiany zdań na jego temat i tego co się dzieje w Stanach. I tym razem wyszło na to, że każdy ma inne zdanie o co zacieklejsi byli gotowi go bronić własną piersią. Mnie nawet podobała się ta dyskusja bo nie mając wiele do powiedzenie w temacie, mogłem w stosunkowo krótkim czasie dowiedzieć się co się dzieje w polityce u naszego Wielkiego Brata. W kontekście nabierającej temperatury dyskusji dobrze, że był stół pełen frykasów, które niewątpliwie tonowały  emocje. Problemów Ameryki niestety nie udało się nikomu rozwiązać bo w dzisiejszym świecie polityków nikt już nie gra czysto, nikt juz nawet nie mówi szczerze ograniczając się do frazesów pod publikę. Wygrywa ten, który znajdzie największą ilość słuchaczy. Ci zaś już dawno są w rozbracie ze zdrowym rozsądkiem bo, wierzą że oto wypatrzyli kogoś kto naprawi ich życie. Sfrustrowani ludzie żyjący snem o potędze nijak nie chcą zakceptować realiów codzienności, cześciej szarej niż kolorowej. Bezwiednie stajemy się wszyscy pokarmem dla jeszcze bardziej sfrustrowanych politykierów, którym szarość życia spotęgowana brakiem osobistych celów, pomieszała się z wiarą, że oto on sam jeden wie najlepiej jak zaradzić bolączkam wszystkich. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę, że niemal wszystkim tym pożałowania godnym życiowym bankrutom subiektywizm pomylił się z obiektywizmem to okaże się, że polityka jest najbardziej zakłamaną sferą naszego życia. Konkluzja to nie wywołuje szczególnego entuzjazmu we mnie, za to słońce, które ogrzewa mnie na moim patio z dala od wszystkich nierozwiązanych problemów świata, już tak. Dobrze być we własnym domu.

Reklamy

Z tamtych lat przyjaźnie

Przyjaciela mam ja Jurka

On z innego jest podwórka
Mam też kumpla Leszka
Tyle że daleko on też mieszka
Inny mój kolega Sławek
Wybrał jeszcze inny ziemi skrawek
I choć się od dawna znamy
Rzadko dziś się spotykamy
Leszek z Jurkiem w kraju pozostali
Ja ze Sławkiem z niego wyjechalim
Czwórka nasza była bardzo prężna 
Wszechmogąca, wszechpotężna
W szczególności po browarze
Dobrze było w świecie marzeń
Kasy w nim nie brakowało
Co się chciało, to się miało
Wtedy nie wiedzieliśmy dokładnie
Co na kogo w życiu spadnie
Zycie proste nam się wydawało
Państwo prace nam gwarantowało
Z której choć zarobek nie był duży
I turyzmu nam nie wróżył
To na życie wszystkim wystarczało.
Chociaż wielu rzeczy brakowało
To przyjaźni mieliśmy w nadmiarze
Bo ta zwykle chadza w parze
Z niedostatkiem materialnych rzeczy
Stan, z którego ona mogła nas wyleczyć
Bez niej życie byłoby trudniejsze
Mniej weselsze i smutniejsze
Chociaż naokoło było szaro-buro
I dla wszystkich zbyt ponuro
Myśmy radość znaleźć potrafili
Dnia każdego oraz w każdej chwili
Bo wesołe mieliśmy natury
Dostrzegając błękit nieba ponad brzydkie chmury
Braliśmy co życie nam oferowało
Dla nas to nie było nazbyt mało
Bo gdy wsród przyjaciół się przebywa
To tak jakby na gitarze ktoś przygrywał
Kojąc zatroskane serca i umysły
Raz, dwa i zmartwienia prysły.
Chociaż drogi nasze się rozeszły
I żyjemy innym dniem dzisiejszym 
To przy każdej napotkanej sposobności
Chociaż trochę starsze mamy dzisiaj kości
Na spotkanie nigdy chęci nie brakuje
Choć nazajutrz bólem głowy to skutkuje
I musimy od żoneczek się nasłuchać
Bo je coraz cześciej, cieżko nam jest udobruchać
Trudno jest odmówić racji ich wywodom
Polewamy głowę zatem zimną wodą
Przyrzekając, że ten raz to był ostatni.
Niby czasy kiedy miał znaczenie sojusz bratni
Dawno temu przeminęły i się już skończyły
Jednak trwały ślad po sobie w nas pozostawiły
Może melancholią zda się to stwierdzenie tracić
Kiedyś wszystko jasne było, dzisiaj łatwo zbłądzić
Nasza przyjaźń na prostocie tamtych czasów się opiera
Jeśli dzisiaj kogokolwiek z nas coś zżera 
Nie ma to zazdrości czy zawiści charakteru
Jak się dzisiaj zdarza ludziom bardzo wielu

Powrót do korzeni

To spotkanie planowaliśmy na grubo przed naszym przyjazdem do Stanów. Nie widzieliśmy się od ponad roku z rożnych przyczyn. Tym razem jednak udało nam się  tak zaplanować naszą wizytę abyśmy wreszcie mogli rozegrać kolejną partie brydża. Organizacja spadła na Irenę i Wojtka, których miejsce zamieszkania zdawało się być najbardziej dogodne dla nas wszystkich. Chyba trochę w tym momencie przesadziłem bo to ze względu na moje i Luśki plany podróżnicze wszyscy trochę nagięli się do nas. Nasze spotkania w czasach gdy mieszkaliśmy jeszcze w stanach odbywały się każdorazowo u kogoś innego, czasem raz na kwartał, czasem rzadziej. Nasz zlimitowany pobyt w kraju Trumpa do pewnego stopnia wymusza terminy  i miejsca naszych brydżowych szaleństw i musieliśmy porzucić kwartalne ich odbywanie. Z tym więc większą niecierpliwością oczekiwaliśmy na kolejny rozdział naszej księgi wspólnych spotkań. To był chyba pierwszy taki wieczór naszego grona, że niemal wszyscy z nas nazajutrz nie spieszyli się do pracy. No może nie następnego dnia bo to byłaby niedziela ale w rownież w poniedziałek. Aczkolwiek związany z tym pośpiech stał się dla nas obcy to wcale nie znaczy, że mamy więcej czasu. Okazało się, że jest wręcz odwrotnie. Dom, dzieci, wnuki i tylko bozia wie co jeszcze pochłania wszystkim tyle czasu, że praktycznie zostaje go bardzo niewiele na lenistwo. Nie bez dumy muszę przyznać, że ja się z tego wyłamuje. Pociąga mnie życie w myśl maksymy, którą zakodował we mnie Wojtek, gospodarz imprezy, której poświęcam tutaj te pare słów. Mówił on do mnie, że praca hańbi i wynaturza, lenistwo natomiast uszlachetnia. Mam olbrzymi szacunek do pracy tyle, że nicnierobienie ma coś takiego w sobie co przemawia do mnie wielkimi literami. I wcale nie chodzi o to aby nie dać się ruszyć z miejsca, chodzi mi bardziej aby zachować zdrowe proporcje na korzyść wiadomo czego. Czyż może być coś bardziej przyjemnego od wspólnej biesiady ze znajomymi, z którymi łączy nas tyle wspomnień przy suto zastawionym stole? Jasne, że może gra w karty przy kieliszku naszego specjalisty od nalewek z Kentucky Derby w tle. To wszystko mieliśmy podczas owego zgromadzenia grupowo-brydżowego. Dzięki Irenie i Wojtkowi wróciliśmy do korzeni naszych zebrań i mamy nadzieje kontynuować je w przyszłości może nawet następnym razem w Ekwadorze. To spotkanie, chociaż nikt o tym nie mówił, miało jednak szczególny charakter. Ostoja spokoju przy brydżowym stole Zbyszek, który z racji swoich zobowiązań w „niebiesiech” nie mógł być z nami obecny ciałem, był za to obecny duchem. I tak już pewnie zawsze będzie, tak długo jak długo będziemy „brydżować”.

Podtrzymywanie kontaktów

Takie odwiedziny od czasu do czasu do miejsc, w których spędziliśmy spory szmat naszego życia uświadamia nam o wartości przyjaźni. Łączy nas wiele wspomnień z mieszkającymi w okolicach rodakami. Wielu z nich przyjechało do Stanów w tym samym czasie co my i mieli nadzieję, podobnie jak my, tu się dorobić i ułożyć sobie życie. Wielu z nas to rocznik osiemdziesiątych dziewiąty bo to był właśnie rok naszego dotarcia do ziemi obiecanej. Przyjeżdżaliśmy z rożnych krajów. Wielu z Niemiec ale są i tacy, którzy oczekiwali na wyjazd w Grecji, Austrii czy Hiszpanii. Takie były wtedy czasy, wyjazd z Polski na stałe do USA był niemożliwy. Trzeba było najpierw załapać się na jakaś wycieczkę gdzieś na zachód, tam zostać i czekać na sponsora, który zająłby się nami po przylocie tutaj. Nikt wtedy nie spodziewał się zmian jakie nastąpią w Polsce po tym roku. Nikt z nas rownież nie narzeka na podjęcie złej decyzji. Świat trzydzieści lat temu był inny i Stany też były inne. W New Jersey mieszkało już wtedy wielu emigrantów z lat wcześniejszych i wielu z nich zaangażowało się w pomoc nowej fali przyjeżdżających z kraju rodaków. Patrząc na ten okres z perspektywy wielu lat muszę stwierdzić, że jesteśmy niewątpliwie ciężkim narodem do współpracy, szczególnie miedzy sobą. Z drugiej jednak strony nie mam watpliwości, że przyjaźnie, które powstawały w tamtych latach przetrwały próbę czasu. Grupa naszych serdecznych  przyjaciół zawsze odwiedza nas lub zaprasza nas aby się z nimi spotkać gdy tylko dotrzemy ponownie na stare amerykańskie śmiecie. Wielu z nich obiecuje odwiedzić nas w Ekwadorze ale z tym musimy jeszcze poczekać bo jednak praca ogranicza możliwości podróżowania  a jak już ma się upragniony urlop to wszystkich ciągnie do kraju nad Wisłą. Tam każdy z nas ma wciąż jakąś rodzinę, która przy tego typu wyborach zawsze jest ważniejsza. Świat, Polska i USA wszystko się zmieniło diametralnie od czasu naszego przybycia tutaj. Jedne miejsca na korzyść inne wręcz przeciwnie. Wielu z naszych znajomych myśli o powrocie do kraju, inni jednak nie widzą takiej możliwości, jeszcze inni mają rozdarte serca bo chcieliby wrócić ale tutaj ich już dorosłe dzieci zaaklimatyzowały się i założyły własne rodziny. Dzieci często determinują decyzje rodziców, zapewne będzie tak i w tym przypadku. Nasz wybór i przeprowadzka do jeszcze innego kraju budzi wiele rożnych komentarzy, nie mają one jednak charakteru złośliwego. To się nam zawsze podobało tutaj, że potrafiliśmy się wyzbyć tej tak charakterystycznej dla naszych rodaków w kraju zazdrości o wszystko czego inni dokonali. Może właśnie dlatego nasze spotkania ze znajomymi nie mają żadnych podtekstów lecz są wynikiem chęci pogadania po długim okresie niewidzenia.   Cieszą nas te znajomosci i cieszy nas serdeczność wszystkich tych, których spotykamy każdorazowo podczas pobytu tutaj i niewątpliwie mamy nadzieje, że to się nie zmieni.  

Piątka do brydża

W późnych latach osiemdziesiątych kiedy wreszcie dotarłem do Stanów na ich wschodnim wybrzeżu działała druga co do wielkości organizacja polonijna. Zjednoczenie Polsko Narodowe znane jako Polish National Alliance miało swoją siedzibę w Brooklynie i obejmowało swoim zasięgiem stany przyległe do stanu Nowy Jork. W terenie działały liczne grupy, które organizowały się tam gdzie było nas na tyle dużo aby istnienie takiej grupy było uzasadnione. W północnym New Jersey istniała taka grupa w miasteczku Boonton. Tu mieszkał jej prezydent pan Franciszek, emigrant powojenny. Większość z nas osiedlających się w tych okolicach czy wcześniej czy pózniej musiała ulec nieodpartemu wdziękowi pana Franciszka i stać się członkami jego grupy. Dzięki temu mogliśmy się poznać bo każdego roku organizowano dla członków letni piknik i bożonarodzeniową gwiazdkę. Wkrótce pan Franciszek przekazał pałeczkę następnej generacji. Mnie przypadła rola prezydenta a w skład zarządu weszły nowe osoby. Praca społeczna nie jest łatwa bo zwykle oczekiwania członków są spore a możliwości małej organizacji nie aż tka duże. Nasza grupa jednak działa może nie prężnie ale byliśmy znani w terenie. Szybko też okazało się, że członkowie zarządu to brydżowi zapaleńcy. Uważałem siebie również za jednego z nich sądząc, że posiadłem tajniki tej gry w stopniu zadowalającym. Szybko zostałem sprowadzony na ziemie. Nasze spotkania brydżowe były generalnie zebraniami zarządu, po których do późnej nocy a czasami i wczesnego rana oddawaliśmy się karcianym uciechom. Zagorzałych brydżystów było pięciu, tak więc grając jeden z nas czekał na swoją kolejkę. Graliśmy na ogół każdy z każdym jednego robra a potem podliczanie punktów i jeśli słońce jeszcze nie wzeszło dawaj grać rewanże. Wkrótce te spotkania przerodziły się w domowe naloty weekendowe. Spotykaliśmy się u jednego z członków zarządu w domu ze swoimi połówkami i spędzaliśmy tam cały weekend nie tylko grając w brydża. Muszę jednak przyznać, że był on punktem kulminacyjnym naszych spotkań. Nasze spotkania odbywały się średnio trzy może cztery razy do roku, doprowadzając gospodynie tychże do kulinarnego zawrotu głowy jednak możliwość bycia razem była na tyle mocna, że i ten aspekt nie kreował większych problemów. Grażyna, Wojtek, Karol, Zbyszek to brydżyści i ja jako miłośnik brydża, doprowadzający partnerów od czasu do czasu do białej gorączki. Łucja, Irena i Alicja większą przyjemność czerpały z rozmowy ze sobą niż użerania się z rozgorączkowanymi głowami graczy. Najczęściej mi się obrywało za nieprzemyślaną odzywkę w licytacji czy za nieprzemyślane wyjście. Przyzwyczaiłem się jednak do tego bo chęć gry była silniejsza niż duma, zresztą uwagi moich partnerów zawsze były uzasadnione. Lubiałam grać ze Zbyszkiem, on podobnie jak ja podchodził do zawodów bez emocji cześciej śmiejąc się z mojej nieudolności. Zbyszek mąż Grażyny to była domowa złota rączka, nie było rzeczy niemożliwych dla niego do zrobienia. Często wytykał szczególnie Karolowi co powinien usprawnić w swoim domu. Obaj panowie bowiem mieli talent do prac domowych. Zbyszek miał rownież talent do układania śmiesznych wierszyków, potrafił rownież namalować a potem ten obrazek oprawić w ramki przez siebie zrobione. W zakładzie dla, którego pracował wprowadził usprawnienie, które zwiększyło produkcje. Śmialiśmy się z tego bo za ową racjonalizacje otrzymał pięciodolarowy kupon. Powiedziałem mu wtedy, że powinien być zadowolony, że owego kupony mu nie opodatkowali. Ot takie nasze wesoło-radosno-poważne rozmowy. Niestety nie zagramy już w brydża w tym samym składzie. Ostatniej soboty czternastego stycznia Zbyszek zdecydował się nas opuścić i udać na spotkanie ze swoim stwórcą. Pozostawił po sobie wiele wspomnień i będzie go brakować przy brydżowym stole. Nie mam jednak watpliwości, że przy następnym brydżu chociaż fizycznie go przy nas nie będzie to duchem napewno będzie obecny.