Oaza spokoju raz jeszcze

Jeden z moich stałych komentatorów pod moim wpisem „Ponad chmurami”, zaproponował mi kupno drona i sfilmowanie mojej okolicy z lotu pticy.

Świetny pomysł Stanley. Sam tego nie będę robił. Przypomniałem sobie jednak, że parę lat temu ktoś to zrobił. Zamieściłem ten króciutki filmik na swoim blogu. Od tego czasu jednak mam nowych czytelników może zatem nadszedł czas aby przypomnieć tamten wpis wraz z rewelacyjnym nagraniem mojej okolicy. Niech się zatem stanie.

https://widzianezekwadoru.wordpress.com/2016/08/02/oaza-spokoju/

Z apartamentu do oazy spokoju.

Tysiące myśli przechodziło przez nasze głowy gdy wreszcie staliśmy się właścicielami naszego apartamentu. Nie byliśmy gotowi zamknąć rozdziału Stany ale wiedzieliśmy, że zbliżamy się do tego momentu. Mieszkanko miało służyć tylko nam. Nie planowaliśmy wynajmu. Jak to jednak zwykle bywa my swoje, życie swoje. Dowiedzieliśmy się niespodziewanie o człowieku, który organizował wyjazdy emerytowanych absolwentów wielu uczelni amerykańskich, niczym na kolonie. Czterotygodniowe turnusy połączone były z poznawaniem kultury, nauką języka i zwiedzaniem. Punktem wyjściowym była Cuenca. Turnusy składały się na ogół z dwudziestu uczestników, których należało zakwaterować w miarę blisko siebie.

Nasz apartament spełniał ich oczekiwania. Szybko dogadaliśmy się co do warunków zastrzegając sobie prawo do swojego pobytu z odpowiednim wyprzedzeniem.

Potrzebowaliśmy więcej czasu na podjęcie ostatecznych decyzji. Wynajem pozwalał nam na przyjazdy w terminach wygodnych dla nas. Jednocześnie zawsze czekało na nas trochę gotówki na nasze potrzeby.

Kolejne wizyty w Ekwadorze to była przede wszystkim potrzeba poczucia czy możemy się tu znaleźć. Z każdą wizytą czuliśmy się lepiej. Coraz lepiej poznawaliśmy miasto, poznaliśmy za każdym razem więcej ludzi i tych ze Stanów i tutejszych. Życie tutaj wydało nam się mniej skomplikowane i prostsze, że nie wspomnę o kosztach utrzymania. Oglądaliśmy wiele miejsc w okolicy aż trafiliśmy na naszą oazę spokoju. Kości zostały rzucone, decydując się na zakup działki wiedzieliśmy, źe nasz czas w Stanach dobiegł końca.

Nie zamknęliśmy drzwi, otworzyliśmy jedynie nowe.

Powrót na autostradę

Ostatnie dni nie należały do najlepszych. Wiadomości napływające ze Stanów wstrząsnęły nami. Slogany typu – życie toczy się dalej, odejście to część życia – w takich momentach jakby stawały się bezuczuciowymi frazesami, które wymyślił ktoś, kto nie wie o czym mówi.

Choć brzmią one pusto, nie ma innego wyjścia. Trzeba iść do przodu. Otaczająca nas przyroda wpływa kojąco. Taki sam efekt ma również i cisza, i spokój jaki panuje w naszej dolinie. Takie otoczenie z dala od zgiełku pozwala na wyciszenie i rozmowę z samym z sobą.

Oczywiście jeśli nie ma nic do zrobienia w ogródku. A tam pracy nigdy nie brakuje. Zawsze na ten fakt narzekam. Wczoraj jednak to dodatkowo pozwoliło mi odwrócić uwagę od przytłumiających myśli.

Wracam zatem dziś w moim blogu na moją niecierpiąca słabości autostradę oferując kolejną porcje fotek.

W dole most nad strumykiem, który pokazywałem ostatnio. Ta różnica poziomów ma miejsce na odległości około stu stu pięćdziesięciu metrów.

Stopień posiadania w Ekwadorze jest bardzo rożny. To nie jest żaden standard ale i tak ludzie żyją.

Jako jedni z niewielu wciąż nie posiadamy samochodu🙂

I jeszcze jeden widok na dolinę z jakiegoś miejsca na „autostradzie”.

Słowo o potrzebach

Moja ekwadorska oaza spokoju znajduje się trochę na uboczu i z dala od zgiełku miejskiego. Jestem na tyle blisko miasta, że w razie nieodpartej potrzeby odwiedzenia go nie mam z tym najmniejszych problemów, i na tyle daleko od niego, że jego zgiełk i hałas do mnie nie docierają. Sąsiedztwo moje składa się z sześciu domostw ale rzadko jest tak aby wszyscy w tym samym czasie byli obecni. Panuje zatem wszechogarniająca cisza, która sprzyja relaksowi, jeśli ktoś preferuje właśnie takie warunki do odpoczynku mentalnego i psychicznego. Wielu z moich znajomych często pyta mnie o powody mojej decyzji. Zawsze brakowało mi odpowiednich słów aby w sposób w miarę zrozumiały wyjaśnić to co mną kierowało. Tu muszę zaznaczyć, źe decyzje podejmowaliśmy wspólnie z żoną. Ostatnio w jednym z numerów Angory miałem okazje przeczytać artykuł o dziewczynach a raczej dojrzałych kobietach podróżujących na motocyklach gdzieś na krańce świata. Jednym z celów ich podróży był Tybet. Dlaczego? No właśnie, odpowiedź na to pytanie jest doskonałą repliką do zrozumienia moich powodów. Szczerze mówiąc czytając ją, właśnie wtedy uświadomiłem sobie ile w tym było moich własnych przemyśleń, które zdeterminowały zakotwiczenie w moim aktualnym porcie. Nasze codzienne życie toczy się w bardzo szybkim tempie. Każdy z nas po pewnym czasie odczuwa potrzebę ucieczki od tego. Często jest tak, że wydaje nam się to mało możliwe. Nie musi to być koniecznie prawdą, bo jedyne co jest koniecznością w takiej sytuacji to określenie naszych potrzeb. Okazuje się, po takim zabiegu, że z wielu rzeczy można zrezygnować, jeśli tylko chcemy. Konieczność zwolnienia tempa, bardzo do mnie przemawiała i to była główna przyczyna mojej ucieczki od cywilizacji. Dzięki temu udało mi się rownież spojrzeć na wiele spraw z innej perspektywy. To pozwoliło mi znaleźć odpowiedź na wiele pytań, które dręczyły mnie, jednak nie miałem czasu aby się nad nimi zastanowić. Spokój i cisza, wolno płynący czas pozwolił mi na skupienie się, odizolowanie od codziennych problemów i ustalenie hierachii ważności. Spojrzenie na życie z perspektywy innych ludzi i ich sposobu życia, pomogło mi zwrócić uwagę na wiele rzeczy z innego punktu widzenia. Panie, które na swoich motocyklach  przebyły setki kilometrów mówiły rownież o potrzebie sprawdzenia się i pozytywnej energii płynącej z przebywania z samym sobą bez bycia rozproszonym często wyimaginowanymi potrzebami. Kwintesencją ich wyprawy było stwierdzenie, że życie w swojej prostocie ma bardzo wiele do zaoferowania. Zbyt mało czasu poświęcamy duszy koncertując się na ciele. To właśnie daje mi moja oaza spokoju.

Muzyczny przerywnik

Nie wszystkie filmy z mojej skarbnicy robią na mnie natychmiastowe wrażenie. Przy tej ilości, trudno zresztą aby każdy z nich był tym z najwyższej półki. Zdarza się czasami, że sam film nie jest niczym nadzwyczajnym, jednak ma coś w sobie co trudno początkowo określić. Dopiero po kolejnym oglądnięciu coś tam dociera do widza. Takim właśnie filmem jest „Song to Song”, którego akcja rozgrywa się w środowisku muzycznym. Zasadniczo trudno to co się w nim ogląda nazwać akcją i jak już wspomniałem, po pierwszym obejrzeniu tego obrazu ma się ochotę odłożyć go gdzieś na półkę z filmami, do których nie warto wracać. I ja miałem taki zamiar, bo to generalnie nie jest typ filmów, których oglądanie sprawia mi przyjemność. Coś jednak ciągnęło mnie aby bez emocji jeszcze raz go obejrzeć. Tym czymś była muzyka. Musiało jej być w filmie bardzo dużo, bo przecież toczy się on w szeroko rozumianym środowisku muzycznym, od tekściarzy, przez wydawców i producentów po wykonawców. Wsród utworów znalazł się rownież Angelus skomponowany przez Wojciecha Kilara i wykonany przez Narodową Orkiestrę Symfoniczną Polskiego Radia w Katowicach. To otwór o charakterze zdecydowanie poważnym i niosącym w sobie jakieś przesłanie. Różnorodność gatunków muzyki jest olbrzymia, bo obok powyższego można usłyszeć Patti Smith, Boba Dylana czy Iggy Pop. Sporo też można domyśleć się na temat tego środowiska, słuchając rozmów z powyższymi wykonawcami. Ich życie mniej więcej sprowadza się do egzystencji od czegoś tam do czegoś tam. Od przeboju do przeboju, od dziewczyny do dziewczyny, od piosenki do piosenki, od działki prochów do działki prochów, od koncertu do koncertu. Przystanki między tymi wszystkimi „od – do” wypełnia pustka, kompletna nicość. Bezsens rockandrollowego życia widać u zmierzchu kariery. Zniszczone twarze, bohaterowie nie potrafiący żyć bez tego tempa, chociaż ich czas minął. Ciężkie to wszystko i przygniatające. Gdzieś w trakcie filmu usłyszałem utwór, który nie dawał mi spokoju. Musiałem go odnaleźć, żeby posłuchać w całości. Zajęło to trochę czasu, bo nie znałem ani wykonawcy ani tytułu. W końcu jednak odkryłem sprawcę mojego „poruszenia”. Okazał się nim Geoffrey Oryema a utwór, który pojawił się w filmie to „Makambo”. Nie znałem wcześniej tego artysty, tym bardziej zatem cieszy mnie obejrzenie tego filmu. Nie jest to zapewne muzyka dla każdego i na każda okazję. Ma w sobie jednak ten spokój, który przy zamkniętych oczach pozwala przenieść się tam gdzie czujemy się dobrze. Film jest dla wytrwałych, „Makambo” polecam każdemu, tylko nie zapomnijcie zamknąć oczu.