Przedwojenne książki

Co prawda, wypowiedź Marszałek Sejmu, którą dzisiaj przytaczam to już stara śpiewka, ja jednak dopiero się o niej dowiedziałem. Ponieważ mam wyjątkowa słabość do ludzi na świeczniku to czemu miałbym niby tą perełkę pominąć.

A ja Pani Marszałek to zdjęcie też znalazłem w przedwojennych książkach.

Słów znaczenie

Po raz kolejny podeprę się wpisem anglojęzycznej blogerki, które notki czytam dość regularnie. Wiele z nich jest zmieszanych lecz są i takie zmuszające do myślenia. Tym razem właśnie takie kontemplacyjne tłumaczenie dotyczące slow, które znamy na codzień ale jakoś o tym nie myślimy.

Te słowa to wiara, zaufanie,nadzieja, pewność, miłość, postawa (życiowa).

W pewnej wsi z uwagi na długotrwałą suszę jej mieszkańcy postanowi zebrać się wspólnie by pomodlił się o deszcz. Tylko jeden z nich przyniósł parasol. To się nazywa wiara.

Gdy podrzucamy dzieciaka do góry, ono się do nas radośnie śmieje, bo wie, że je złapiemy. To się nazywa zaufanie

Każdego wieczoru kładziemy się do łóżka nie mając żadnej pewności czy następnego ranka dane nam będzie się obudzić. Za każdym jednak razem przed zaśnięciem nastawiamy budzik. To się nazywa nadzieja

Każdego dnia planujemy dzień następny chociaż nie mamy pojęcia co się stanie w przyszłości. To się nazywa pewność siebie.

Pomimo tego, że widzimy ile jest na świecie nieszczęścia, pobieramy się i dajemy życie dzieciom. To się nazywa miłość

Pewien osiemdziesięcioletni mężczyzna miała na sobie koszulkę z napisem: jestem szesnastolatkiem z szescdziesiecioczteroletnim doświadczeniem. To się nazywa postawa życiowa.

Warto pamiętać o tych słowach i ich prawdziwym znaczeniu. Warto też pamiętać, że prawdziwy przyjaciel to dzisiaj rzadkość, bardzo ciężko go znaleźć, jeszcze trudniej zastąpić.

https://garfieldhug.wordpress.com/2019/10/07/feel-good-read/

Niezwykły, zwykły dom.

Gdzieś tam przebywająca w krainie wiecznych łowów Babcia, tu na ziemi pozostawiła po sobie dom. Przypadł on, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami rodzinnymi, wnukowi. Co on zdecyduje zależy już tylko od niego.

Spacerując ulicą pewnie ten dom niczym specjalnym się nie wyróżnia. Może poza szpicem anteny telewizyjnej, pamiętającej czasy dwóch programów. Nikt już nie ma takiej anteny, sięgającej niemal do nieba. Trzeba było tak wysoko ją zainstalować by można było odebrać sygnał. Przymocowana do komina ma się wciąż dobrze, chociaż niczemu już nie służy.

Otynkowana na szaro z zewnątrz dwupiętrowa konstrukcja sprawia wrażenie zmęczonej i domagającej się odrobiny zainteresowania. Minęło bowiem pare lat od ostatnich ulepszeń a dom jak dom zawsze jest coś do zrobienia koło niego. Ma już w granicach sześćdziesięciu lat a czasy, w których był budowany nie znały obecnych technologii.

Wnętrze też potrzebuje zainteresowania bo i tu ślad czasu odcisnął swoje piętno. Skrzypiące podłogi, zmarszczone linoleum, poblakłe ściany to tylko początek. Stosunkowo łatwy. Co zrobić ze zbyt stromymi schodami na piętro, zbyt wąskimi do piwnicy i garażu? Jak ją poprawić aby można się było wyprostować? Parter to kuchnia i dwa pokoje. Do tego łazienka z oknem wychodzącym na drzwi wejściowe, ku uciesze wścibskich i ciekawskich. Piętro już raz zostało przerobione ale i tu daleko od komfortu. Cokolwiek i ktokolwiek zdecyduje się tu coś robić, potrzeba będzie konkretnych nakładów.

Patrzę na ten dom i widzę te jego wszystkie słabości, ułomności i braki.

A jednak nie potrafię o nim zapomnieć. Mieszkałem tu niby tylko dwa lata. Były to jednak lata, które wbiły mi się mocno w pamięć.

To stąd wyjeżdżaliśmy do Urzędu Stanu Cywilnego a tydzień pózniej do kościoła. To tu rodzice nas błogosławili. To tu było moje pierwsze łoże małżeńskie. Tu powitaliśmy naszą córcię. To właśnie tutaj padły jej pierwsze słowa: mama, tata.

To tu, chociaż nie wewnątrz, uczyłem się „operować” kosą. W moich rękach było to narzędzie służące do wszystkiego z wyjątkiem koszenia trawy. Kosiłem jednak bo chciałem zaimponować teściowi. Pudło okrutne, ale przynajmniej dostarczyłem mu trochę zdrowia, bo śmiał się bezgraniczne obserwując moją walkę i z kosą, i z trawą.

To tu zjeżdżaliśmy z dzieciakami, razem ze szwagra rodziną by pod wieczór udać się do kart. A graliśmy zawzięcie i bez pamięci w ferbla, którego nauczył nas teściu. Zawsze przed grą zaklinał nas abyśmy grali ostrożnie czyli na małe stawki. Sam potem podkręcał tempo.

To wreszcie tu miały miejsce wszystkie święta bożego narodzenia z niezapomnianą kuchnią teściowej. Szczerze mówiąc w ich tradycji był biały barszcz z grzybami a ja z domu barszczu czerwonego z uszkami. Nic to, bo wypieki teściowej nie miały równych sobie.

Zwykły dom. A jednak niezwykły. Tyle, że tylko dla mnie.

Tylko dla dorosłych


Każdy język jak świat długi i szeroki ma swoim słownictwie słowa powszechnie uważane za obraźliwe czy niecenzuralne lub, jak niektórzy wolą, wulgarne. Wiele z tych słów niesie w sobie, kiedy są wypowiadane, określony ładunek emocjonalny, ukazując nasz stosunek do czegoś lub kogoś. Są jednak wyrazy, których używamy niemal machinalnie, bo to taki przerywnik myślowy. W języku angielskim takim słowem jest właśnie „fuck”, który jest popularnym określeniem stosunku seksualnego. Powiedzenie w stosunku do czegoś lub kogoś, że jest fucking np. funny oznacza, żę jest wyjątkowo śmieszny albo bardzo śmieszny lub też, uwaga to wchodzę w zakazane rewiry naszego języka, kurewsko śmieszny. Słowa „fuck” lub „fucking” mogą rownież ukazywać złe emocje i w takiej postaci nie wróżą temu do kogo zostały skierowane niczego dobrego. Czy komuś udało się ostatnio obejrzeć jakąkolwiek produkcję hollywoodzką bez tych wyrażeń? Wątpię. Pomimo oporów rożnych środowisk „fuck” stało się słowem, zapewne pod względem częstotliwości używanym przez wszystkich, wszędzie i w różnych okolicznościach, najcześciej. Przede wszystkim jednak jako przerywnik, swoisty, bezkrytyczny łącznik, który z braku lepszej opcji i aby utrzymać płynność wypowiedzi, wypływa z ust mówiącego, niezdającego sobie często nawet sprawy, że właśnie go tam wkomponował.

A jak jest u nas? Czy komuś przychodzi na myśl inne słowo niż „kurwa”? Nie sądzę. Określenie oryginalnie oznaczające kobietę o niczym nieskrępowanych inklinacjach łóżkowych stało się niespodziewanie właśnie takim polskim „fuck”. Jak Polska długa i szeroka „kurwuje” każdy. Na wszystko, na każdego, bez przyczyny aby dodać sobie powagi i z wielu innych powodów. „Kurwa” niekoniecznie jednak musi cokolwiek oznaczać czy reprezentować stan ducha mówiącego. Może być takim zwykłym przerywnikiem słownym dla zachowania płynności wypowiedzi. „Kurwa” to jednak słowo niecenzuralne i wulgarne bez względu na okoliczności jego użycia. Stąd jego użycie w środkach masowego przekazu pozostaje niewyobrażalne. Podobnie zresztą jak „fuck”. Jeśli jednak jakikolwiek program obwarujemy restrykcjami wiekowymi z dodatkową informacją co do kontekstu audycji, to wtedy już hulaj dusza, piekła nie ma, „fuck” może się lać, tak jakby chodziło o pobicie rekordu Guinessa. Nie wiem czy tak samo jest w Polsce ale nie zdziwiłbym się gdyby taka formuła istniała. Przecież to co amerykańskie w Polsce przeżywa swoisty renesans, nawet jeśli jest mierne. To już jednak wywód na inną okazję.

Polacy to jednak naród wyjątkowo pomysłowy. Skoro coś nie może być „kurewsko” śmieszne to może być zajebiście zabawne. Hm, osobiście gorsze wrażenie robi na mnie słowo „jebać”, od którego przecież pochodzi zajebiście, niż niewinna „kurwa”, ale to tylko moje odczucie. Zatem skoro coś może być zajebiste to i kogoś można na dobrą sprawę „zajebać”, choć to nie brzmi wcale śmiesznie. Chyba, że chodzi o zajebanie śmiechem właśnie.

Odnoszę zatem wrażenie, że zajebiście poważni przedstawiciele naszej władzy postanowili zajebać ilością spraw sądowych, kurewsko popularnego twórcę WOŚP, z sobie tylko wiadomych przyczyn. Oficjalnie mówią o jego wulgaryzmie. Nieoficjalnie wiadomo jednak, że chodzi o jego zdradziecką mordę, która spać nie daje lepszemu sortowi przeświadczonemu o swojej miłości do zajebiście prawdziwych patriotów.

Nazwałem ten wpis „Tylko dla dorosłych”, tak na wszelki wypadek, żeby się nikt do mnie nie dojebał co w tym przypadku byłoby kurewstwem.