Językowe pułapki

Po szalonych amerykańskich latach, które poświeciliśmy na dorabianie się i inwestowanie w dzieci, musieliśmy odrobine pomysleć o sobie. Stany niewątpliwie pozwoliły nam stanąć na nogi. Jednak tempo życia odbiła się na wielu aspektach naszej codzienności. Fatalne godziny pracy połączone z długimi do niej dojazdami konsumowały niemal cały dzień.

Kiedy rozpoczynaliśmy naszą amerykańską przygodę koszty utrzymania były bez porównania niższe niż pod jej koniec. Galon paliwa kosztował poniżej dolara. Pracy dla tych co chcieli też było sporo. Nigdy nie chciałem pracować wsród krajan. Nie dlatego, że mialem jakieś polskie fobie. Główna przyczyny to chęć zgłębienia języka.

Oczywiste było dla mnie, że tylko znając angielski będę w stanie wyrwać się z gatunku prac zarezerwowanych dla przyjezdnych. Mając solidne podstawy językowe, dość szybko udało mi się w miarę poprawnie „spikować”. Doskonale jednak pamietam mój pierwszy wypad, wspólnie z o trzy pobytowe miesiące starszym ode mnie krajanem, do supermarketu na moją pierwszą randkę z zakupami. Już sam sklep zrobił na mnie spore wrażenie. Nie ze względu na zaopatrzenie. Do olbrzymiego wyboru wszelkiego rodzaju różności zdążyłem przyzwyczaić się w trakcie mojego dwuletniego pobytu w Austrii. Pathmark, bo tak się nazywał ów supermarket, był po prostu przepastny. Nie mam zdolności przestrzennych i nigdy nie potrafię dobrze określi wielkość czegoś w metrach czy innych jednostkach miary. To „bydle” było wielgachne i praktycznie można było w nim kupić wszystko na potrzeby utrzymania. Można by go porównać do dzisiejszego Tesco z tym, że Pathmark, żadnych rowerów, elektroniki, odzieży nie oferował. Jedynie wyżerka, higiena, środki czystości, karma dla zwierząt. A mimo to był zawalony towarami po brzegi.

Oprowadza mnie mój przewodnik i tłumaczy co jest co. Nie będę ukrywał, że wielu z tych rzeczy nie byłbym w stanie zidentyfikować. Wreszcie to był przecież mój pierwszy raz. Środki finansowe też miałem ograniczone do kartek żywnościowych, które zapewniał nam wszystkim nasz sponsor przez pierwsze trzy miesiące. Trzeba było zdrowo się gimnastykować, żeby się utrzymać. Stąd z dużą dozą zaufania wsłuchiwałem się w rady mojego znajomego. Chciałoby się i to, i tamto. Kartki jednak limitowany też produkty, które mogłem sobie kupić. Na ten przykład alkohol w tym koszyku dozwolonych produktów się nie mieścił.

Chodzimy zatem miedzy regałami i półkami. Przede wszystkim konserwy, zupki, które zalewane gorącą wodą nagle stawały się „wysokokalorycznym” pożywieniem. To wszystko było najtańsze. Grzanki z gąbczastego chleba, jakiś ser żółty, który koło prawdziwego żółtego sera nie miałby prawa nawet stanąć, ale tani.

Wsród konserw wpadła mi w łapy puszka z czymś tam w środku a na niej napis, że to turkey. Chciałem błysnąć swoim intelektem przed moim przewodnikiem, niech sobie q..wa nie myśli, że ja z jakieś wiochy zabitej deskami. -Żarcie z Turcji sprowadzają – zagaiłem. Nigdy nie zapomnę jego uśmiechu. – Nie to nie jest turecki import, turkey po angielsku to też indyk, a ta konserwa to z indyczego mięsa. O żesz ty, w mordę jeża, no to rzeczywiście błysnąłem tyle, że nie intelektem.

Reklamy

Ot i niespodzianka

Różnorodność języków przestała mnie dziwić w Cuence. Dominuje oczywiście hiszpański a zaraz po nim na każdym kroku można usłyszeć kogoś mówiącego po angielsku. Ostatnio do Ekwadoru, a zatem i tutaj, emigruje bardzo wiele osób z objętej konfliktem Wenezueli. Populacja mieszkańców z tego kraju rośnie z dnia na dzień i są to przede wszystkim uchodźcy. Ich asymilacja nie stwarza problemów bo kulturowo i językowo różnice są minimalne. Dla kogoś biegłego w hiszpańskim łatwo jest rozróżnić wymowę kogoś z Wenezueli od lokalnego mieszkańca. Mi jeszcze wiele do tego brakuje ale powoli dostrzegam ten inny sposób wymowy. Tak czy inaczej nie nadaje się wciąż do rozmowy po hiszpańsku bez względu na kraj pochodzenia mojego dyskutanta. Nie pomaga mi w nauce języka fakt, że większość moich lokalnych znajomych mówi po angielsku i wolą porozumiewać się ze mną używając tego języka niż zgadywać o co tak naprawdę mi chodzi. O ile jeszcze parę lat temu ciężko było znaleźć kogoś ze znajomością zachodniego języka o tyle, zgodnie z najnowszymi danymi, do kraju powróciło z emigracji wielu Ekwadorczyków, którzy zakładają małe firmy, przede wszystkim gastronomiczne, a swoją znajomością innego języka przyciągają niekumatych hiszpańskiego, turystów. Słyszałem, będąc ostatnio w małej kawiarence, że kelner porozumiewał się z klientem po francusku. Nie ulega watpliwości, że turystów do Cuenki zjeżdża coraz więcej, zatem i ilość języków przestaje zaskakiwać. Czasami jednak zdarza się taki moment, w którym na człowieka spada coś tak niespodziewanego, że przez chwilę sam nie jest pewny co się stało. Przydarzyło mi się to ostatnio w trakcie zakupów w miejscowym supersamie. Ten rodzaj aktywności nie należy do moich ulubionych. Sklepy generalnie mnie męczą, poza tymi, które rozprowadzają filmy, w tych mogę spędzić całkiem sporo czasu. Do sklepu spożywczego wpadam z listą, wiem mniej więcej co gdzie jest, pakuje na wózek i wynocha. Im dłużej się po tym przybytku kręcę tym bardziej prawdopodobne jest, że coś mi wpadnie w oko, na ogół z wyrobów czekoladowych, i znowu nie będę sobie potrafił odmówić. Zatem wpadam, biorę to co mówi kartka i tak szybko jak to możliwe uciekam byle jak najdalej od stoiska ze słodyczami. Będąc zatem mocny skoncentrowany na swojej liście, mało zwracam uwagę na otoczenie. Znalazłszy się na stoisku piekarniczym, pakując pieczywo, nagle doszedł mnie dźwięk obcego języka, który zdał mi się znajomy. Jeszcze całkiem nie dotarło do mnie skąd go znam, bo przecież na mojej liście po bułkach następna była już kasa i w nogi. Chwilę jednak potem znowu ktoś przemówił i znowu zdało mi się to zrozumiałe. Olśnienie przyszło juz moment pózniej, to był nasz rodzinny, czysty polski. Okazało się, że spotkałem małżeństwo, które mieszka w okolicach Cuenki już od dziewięciu lat. Zadomowili się i nie myślą o żadnych zmianach. Nie wiem za bardzo jak to się stało ale chyba tylko z nadmiaru wrażeń nie wymieniliśmy się żadnym numerem telefonu czy inną formą kontaktu. Znam już paru innych Polaków ale to był pierwszy raz, że i on, i ona byli rodakami. Czy się jeszcze spotkamy? Zobaczymy. Jestem zwolennikiem wiary, że wszystko dzieje się z jakiegoś powodu. Może zatem nie jest nam pisane nawiązanie kontaktu? Czas pokaże.