Przed wyjazdem.

Nasz przysiołek składa się z sześciu domostw. Trzy z nich są zamieszkałe przez cały rok, dwa od czasu do czasu i jeden jest pustostanem.

Nasz dom znajduje się właśnie w środku trójki, która mieszka non stop. Słowak, już nas opuścił zostawiajac na straży swojego domu kota i nas do jego doglądania. Zatem aktualnie mieszka nas tu trzy rodziny.

Po naszej lewej dentysta specjalizujący się w leczeniu kanałowym, a po prawej emerytowane małżeństwo. Mąż był kiedyś kardiologiem. Z nimi mieszka córka i wnuczka. Obaj nasi sąsiedzi choć mają tutaj swoje domy to większość czasu spędzają w Cuence. Stomatolog oczywiście pracuje a jego żona nie lubi tu być sama, zatem zabiera się z dzieciakiem do miasta i wraca razem z mężem. To właśnie u nich zostawiliśmy ostatnio klucze, do których dorwała się ich sprzątaczka.

Rodzina kardiologa natomiast ze względu na córkę, która studiuje, wynajmuje mieszkanie w Cuence i tam spędza cztery pierwsze dni tygodnia. Ich trzydziestoletnie dziecko uczy się wieczorowo zatem nie chcą żeby wracała tak późno do domu, wolą wynajmować apartament, z którego i tak korzysta ich syn.

Zostaliśmy zaproszeni, jakieś dwa tygodnie temu przez nich na kawę. Zaoferowali nam opiekę na roślinami na naszym patio. Oryginalnie mieliśmy wynająć do tej roboty naszego taksówkarza. Rozwiazanie z sąsiadami jest jednak o wiele wygodniejsze. Poza tym z sąsiadami dobrze jest mieć dobre relacje.

Tym razem sposób w jaki nas okradziono poprzednio nie wchodzi w grę. Po pierwsze zmieniliśmy zamki, po drugie mamy teraz dodatkowe drzwi, które trzebaby sforsować aby wejść do środka. Po trzecie wreszcie zabezpieczyliśmy okna metalowymi prętami, które instalujemy tylko na takie jak ta okazje. Po czwarte wreszcie mamy obietnice od prowadzącego dochodzenie policjanta, że będzie cześciej patrolował naszą okolicę, w co osobiście nie wierze, ale niech mu będzie.

Kawa u naszych sąsiadów to doskonała okazja do zasięgnięcia języka i podszkolenia się w hiszpańskim. O ile kardiolog coś tam spikuju po angielsku o tyle żona zna tylko hiszpański. Coś tam już ogarniam ten ichni język. Zatem dowiedziałem się, że i Ekwadorczycy mają dość swojego prezydenta o dumnym imieniu Lenin. Okazuje się, że podobnie do naszego PiS-u, pan Lenin skoncentrował się na audycie poprzedniego prezydenta, którego nawiasem mówiąc, był zastępcą w trakcie jego pierwszej kadencji. Nic ten audyt nie daje oprócz pomówień. Poprzedni prezydent Rafael Correa jest żonaty z obywatelką Belgii i tam obecnie przebywa, jeśli dobrze zrozumiałem. Od Lenina dostał zakaz wjazdu i groźbę aresztowania w przypadku próby przekroczenia granicy. Ludzie jednak miło wspominają Rafaela, mnie się kojarzy z super czekoladkami, i naciskają na Lenina aby dał swojemu siedzeniu siana i zabrał się za jakaś robotę. Ale ten nie bardzo ma na to ochotę i wciąż audytuje kogo się da z poprzedniej ekipy. Nie znam szczegółów ale gość od WikiLeaks coś szpetnego powiedział na temat Lenina a ten długo się nie zastanawiając pokazał mu drzwi wyjściowe z ekwadorskiej ambasady w Londynie.

Jak już poznam tajniki hiszpańskiego to takich nowinek będzie więcej. Póki co muszę czekać na zaproszenie na kawę.

Reklamy

Niespodziewane zaproszenie cz.II

Puk, puk zastukałem delikatnie do drzwi. Nade mną zapaliła się lampa ruchowa, nie wiem czy to na skutek pukania czy może moich nerwowych ruchów. Nikt jednak nie otwierał. Dzwonek na drzwiach nie działa a między częścią mieszkalną w wrotami wejściowymi są jeszcze jedne drzwi stąd być może trudno usłyszeć delikatne pukanie. Puk, puk trochę mocniej, lecz znowu nic. Hm, pot trochę zrosił moje czoło. Niech tam zastukam jeszcze raz trochę mocniej. Bang, bang tym razem odniosło skutek, ku mej nieskrywanej radości. Córka gospodarzy pojawiła się uśmiechnięta w korytarzu i na powitanie dostałem uścisk, po którym od razu zrobiło się cieplej na duszy. Stół był już nakryty lecz, być może to jakaś ich tradycja, syn gospodarzy czytał jakąś modlitwę w trakcie, której co jakiś czas reszta uczestników powtarzała te same słowa. Oprócz oczywiście mnie, z uwagi na „rozległą” znajomość języka, oraz najmłodszej uczestniczki biesiady dwuletniej Mariny, która niczym żywe srebro zmieniała miejsce swojego pobytu w tempie trudnym do nadążania. Po skończeniu czytania, nastąpiło wspólne „Ojcze Nasz”, którego treść choć mi znana w naszym języku, gdzieś się ulotniła z głowy właśnie wtedy gdy była najbardziej potrzebna. Zaraz potem życzenia z tym, że bez opłatka. Choinka choć sztuczna to dekoracyjnie jak nasza, tylko jakoś brakowało pod nią prezentów. Nie wypadało pytać czy to normalne. Już po chwili rozpoczęła się wieczerza, której głównym daniem był indyk. Sałata, ryż i tutejsze szparagi dopełniały resztę specjałów. Trochę ptaszysko mnie zaskoczyło, bo wiem, że nie ma zbyt wiele wspólnego z tutejszą kuchnią. Okazało się, że jest to zapożyczenie ze Stanów. W którymś momencie tak się spodobały mieszkańcom Ekwadoru amerykańskie obchody święta Dziękczynienia, że przeflancowali indora na świąteczny stół. Być może świadczył on o amerykańskim śnie o „bogactwie”? Być może. Wypytywali mnie o nasze dania świąteczne, no ale jak im wytłumaczyć pierogi, uszka, barszcz, żur z grzybami i inne nasze delicji w ich języku? Miast zatem tłumaczyć postanowiłem zwalić ten problem na szanowną małżonkę, odgrażając się wigilią w naszym domu kiedyś w przyszłości. Zaproszenie zostało przyjęte. Gospodarz sięgnął po gitarę, a że świetnie na niej gra i ma wielkie serce do muzyki lokalnej, dane mi było ponownie posłuchać kilku utworów. Przy okazji dowiedziałem się, że „El condor paso” to ludowa ekwadorska pieśń, niestety gospodarz słów nie znał, a ja gdzieś zapodziałem tekst Karela Gotta, hahahaha. Jeszcze po kawałku ciasta i lampce wina i pożegnałem moich sąsiadów dziękując za zaproszenie. Z ich posesji widać mój dom. I nie znam ważniejszego od niego miejsca na tym świecie. Bez względu gdzie on jest, tak ma chyba każdy.

Zaproszenie na obiado-kolacje

Na temat swoich kucharskich perypetii już parę razy wspominałem. Cześć domu przeznaczona do przygotowywania posiłków zdecydowanie nie cieszy się moim szacunkiem. Przeskok generacyjny w tym zakresie musiał właśnie wypaść na mnie. Okazuje się bowiem, że mój ojciec nigdy nie miał problemów ze swoją adaptacją w kuchni. Sam nawet twierdzi, że w sztuce gotowania jest lepszy od mojej szanownej rodzicielki. Coś w tym jest bo ona ani nie przeczy, ani nie udaje, że kuchcenie to jej mocna strona. Nie inaczej jest z moimi synami. Oni rownież czują się swobodnie przy przygotowywaniu posiłków. Często via Skype kontaktują się z moją żoną na temat szczegółów niektórych dań, generalnie jednak biją mnie na głowę w zakresie sztuki kulinarnej. Widzę jednak światełko w tunelu. O ile ubiegły rok, w trakcie nieobecności Alicji był drogą przez mękę, o tyle zdobyte w nim doświadczenie zaczyna powoli procentować. Szefem kuchni napewno nie będę, ale pomału na moim stole zaczyna gościć coraz większa ilość dań. Opanowałem być może pięć, być może sześć rożnych potraw i to powinno mi pozwolić przetrwać. Nie, nie mój stosunek do kuchni się nie zmienił i pozostanę już do końca życia niewolnikiem mojej żony w tym względzie. Moi sąsiedzi mając wiedzę na temat mojej walki z garami  od czasu do czasu zapraszają mnie na degustację kuchni ekwadorskiej. Oczywiście takich ofert nigdy, ale to nigdy nie odrzucam. Zatem ostaniej soboty skorzystałem z jednego z takich zaproszeń. Nie wiedziałem jednak, że na nim będzie większa grupa zaproszonych ludzi. Dom moich sąsiadów to wymarzone miejsce dla tych co lubią zabawy z grillem. Jedno z jego pomieszczeń, sporej wielkości niby ganek, niby weranda to miejsce, w którym znajduje się ceglany piec do przyrządzania pieczywa oraz typowa kuchnia grillowa na węgiel. To towarzyskie spotkanie okazało się typową imprezową barbecue a mistrzem ceremonii był, chyba żeby zrobić mi na złość, mężczyzna. Z podziwem obserwowałem jego wyczyny popijając z innymi gośćmi przyrządzone na tą okoliczność drinki. Ponieważ przekąsek nie brakowało to i wódeczność jakby szybciej schodziła. Nie miałem poczucia bycia obcym bo po pierwsze wszyscy znali angielski, a po drugie procenty rozluźniają i pomagają w nawiązywaniu kontaktów. Rozmawiając z głównym kuchmistrzem dowiedziałem się, że to nie jest jego zawód a bardziej hobby, które sprawia mu wiele przyjemności. W dodatku ów młodzieniec przypominał mi mojego serdecznego przyjaciela, który kiedyś przygotował mi placki ziemniaczane, tak pod względem fizycznym jak i barwy głosu. Zwykle gdy stół jest pełny, w połączeniu z flaszeczką w dobrym towarzystwie, większość z nas traci kontrole nad czasem. Nie inaczej było i w tym przypadku. Nawet wychodząc od sąsiadów nie wiedziałem, która była godzina. Zegar na domowej kuchni wskazywał czwartą rano. Specjalnie mnie to nie zmartwiło bo niedziela obeszła się bez gotowania.

Skąd ja to znam? Wybory w Ekwadorze

Podobnie jak w na całym świecie tak i w Ekwadorze polityka zaczyna odbijać swoje piętno na stosunkach międzyludzkich. Chociaż nas to aż tak bardzo nie dotyczy bo specjalnie nie znamy ani kandydatów, ani ich programów to jednak nasi sąsiedzi są zbulwersowani przebiegiem całej kampanii. W pierwszej turze kandydatów było ośmiu i jeśli zwycięzca uzyskałby czterdziestoprocentowe poparcie wyborców to zostałby nowym prezydentem. Niestety najbliższy do zwycięstwa Lenin Moreno uzyskał nieco ponad trzydzieści dziewięć procent co powoduje, że odbędzie się druga runda, w której wezmą juz udział tylko kandydaci z pierwszego i drugiego miejsca. Moreno to rzecznik ludu z poparciem ustępującego prezydenta, jego przeciwnikiem będzie Guillermo Lasso były bankier i przedstawiciel konserwatystów. Pięciu z sześciu przegranych kandydatów już poparło Lasso w związku z czym zwycięstwo Moreno w kwietniowej drugiej turze wcale nie jest pewne. Niewątpliwie tak jak na całym świecie tak i w Ekwadorze ludzie żyjący z dnia na dzień stanowią większość społeczeństwa i do nich dociera prawda o niesprawiedliwości głoszona przez Moreno. Z drugiej jednak strony naród zdaje się być zmęczony ośmioma latami rządów Rafaela Correi co może dać sukces Lasso. Nie to jednak jest aż tak istotne. Nasi sąsiedzi są przede wszystkim zaskoczeni brutalnością kampanii jak i faktem, że zwolennicy jednego czy drugiego obozu nie tolerują się nawzajem używając wobec siebie sformułowań z pogranicza wulgarności a często nawet dochodzi do przepychanek ulicznych. Podobno tak nigdy nie było i jest to dla nich niezbyt przyjemna nowość. Zgodnie z ich opiniami polityka już podzieliła ludzi a nawet znajomych i członków rodziny. Skąd my to znamy? Ekwador stał się zatem kolejną ofiarą zbrutalizowanej walki o władze i wpływy. Ludzie już dawno wszędzie pogubili się w tym co dobre a co złe. Cieszy nas to, że my możemy stać z boku i nie ma ta sytuacja wpływu na nasze życie tutaj. Martwi niewątpliwie, że ludzie pozwalają grać na swoich emocjach, martwi rownież fakt braku tolerancji, który jeszcze w poprzednich wyborach nie był aż tak bardzo wyrazisty. Chyba nie ma już ucieczki przed politycznym śmietnikiem i jedyne co nam pozostało to go ignorować. Na wynik wyborów z niecierpliwoscią czeka twórca WikiLeaks, Julian Assange, który w przypadku zwycięstwa konserwatysty Lasso zostanie poproszony o opuszczenie ambasady ekwadorskiej w Londynie, w której ukrywa się od wielu lat. Obawiam się, że nie jest zachwycony tą perspektywa. Druga tura odbędzie się drugiego kwietnia i jak mówią nasi znajomi ludzie kierują się bardziej mniejszym złem niż wiarą w program wyborczy czyli raz jeszcze skąd my to znamy?

Znasz li ten kraj w Europie

Niemcy kiedyś kraj ów zaatakowali

Teraz niby przyjaciółmi się ostali

Francja z Anglia pomoc obiecały
I słowa nie dotrzymały
Rosja z okupacji kraj ten wyzwoliła
Zaraz potem swe porządki wprowadziła
Przez co zaliczana jest do wrogów
W przeciwieństwie do zachodnich bogów
Ukraina za nim nie przepada
Choć udaje, że tak nie wypada
Litwa trzymać się z daleka woli
Bo historia ciągle tamtą władze boli
Choć po drugiej stronie morza Szwecja
Szwedom bliższa zda się Grecja
Rządu oraz ludzi z Białorusi
Do przyjaźni z tym sąsiadem nikt nie zmusi
Czesi i Słowacy niby obojętni
Bo biedniejsi, mniej majętni
Kogokolwiek w Europie o ten kraj zapytasz
Każdy mimowolnie się za głowę chwyta
Bo tym krajem rządzą chciwe wrony
W centrum, z lewej oraz prawej strony
Rządzić nie umieją, pierwsi za to w oskarżaniu
I poprzedniej władzy błędów wytykaniu
Co jest dobrem a co złem, nikt juz tutaj nie wie
Politycy wymieszali wszystko niczym garnki w zlewie.
Naród cały skołowany chodzi
Ludzie starsi oraz ci co jeszcze młodzi
Kazdy myśląc, drapie się po głowie
„Z czym dzisiaj wyskoczą szanowni posłowie”
Władza tutaj w Stany dzisiaj zapatrzona
I na kraje w Europie obrażona
Mało kto traktuje dziś ten kraj poważnie
Jaka nazwa tego kraju? A to Polska właśnie.

Czas wyjazdu czyli podsumowanie pierwszego pobytu

Po dwóch miesiącach pobytu nadszedł czas wyjazdu i powrotu do życia na drodze, bo nasz dom zostawał jednak tutaj w Ekwadorze. Te dwa miesiące przyniosły wiele odpowiedzi na pytania związane z domem, środowiskiem oraz nami samymi. Dom chociaż oddalony o pięć kilometrów wędrówki od głównej drogi, dał nam poczucie spokoju i czuliśmy, że spełnia nasze oczekiwania. Mieliśmy tez świadomość jego niedoskonałości a przede wszystkim konieczności odgrzania. Mamy juz kilka pomysłów na rozwiazanie tego problemu ale na wszystko potrzeba czasu. Możliwość obcowania z wszechogarniająca naturą to coś, co dało nam chyba najwiecej przyjemności i z czego nie zdawaliśmy sobie sprawy jak pozytywny wpływ taka ucieczka w głuszę może mieć na człowieka. Szczerze mówiąc nie byłem zbytnio szczęśliwy wizją powrotu do „cywilizacji”. Odnieśliśmy rownież wrzenie, ze miejscowa ludności powoli przywykła do naszej obecności a nasi najbliżsi sąsiedzi okazali się wręcz stworzonymi dla nas. Mieliśmy definitywnie kłopoty językowe w porozumiewaniu sie z nimi jednak udało nam się z nimi nawiązać kontakt. Podobnie jak my ich ideą była ucieczka od tego oszałamiającego tempa, które panuje w miastach. Chociaż nie pochodzą z Cuenki to jednak większość życia spędzili w Ambato, które jest sporych rozmiarów miastem. Nasz sąsiad okazał sie kardiologiem na emeryturze a Mary jego żona wspaniałą osobą, ktora z ziarna kakaowego potrafiła zrobić wspaniała czekoladę własnym sumptem. Nasi sąsiedzi maja rownież piec do chleba na zewnątrz, z którego pozwolili nam skorzystać podczas naszej kolejnej wizyty. Mary i Luis w wielu aspektach i poglądach podzielali nasz punkt widzenia i postrzegania świata. Tym łatwiej było nam nawiązać kontakt z nimi. Podobnie jak my wyczuwają jakaś specyficzna energię w tym miejscu, ktora daje swego rodzaju spokój wewnętrzny. Na swojej posesji mieli sporych rozmiarów ogródek razem z namiotem warzywnym. Alicji przypadli wlasnie tym do serca. Moja żona juz od dawna pasjonuje się ogrodnictwem ale nie aż tak bardzo tym ozdobnym ile użytkowym. Ściąga do Ekwadoru nasiona poliskich warzyw i obserwuje co sie może przyjąć w tamtych warunkach. Próby wciąż trwają. Poznaliśmy rownież bliżej naszych sąsiadów po drugiej stronie. Francisco i Anita są jednak sporo młodsi od nas i na codzień dojeżdżają do pracy. Fakt ten jednak ułatwia nam dostanie sie do Cuenki bo ilekroć potrzebowaliśmy się z nimi zabrać nigdy nam nie odmówili. Droga do autobusu aczkolwiek długa to doskonały spacer, gorzej z autobusu bo trzeba iść pod górkę. Pomyślimy o zakupie jakiegoś środka lokomocji w przyszłości. Pojawienie się Milana w okolicy w pewien sposob też uatrakcyjniało nam to miejsce. Milan jak każdy człowiek ma swoje dobre i złe strony, dobrze jednak mieć kogoś z naszych stron na podorędziu. Biorąc zatem na wagę plusy i minusy, zdecydowanie tych pierwszych było wiecej. Czuliśmy pewnego rodzaju smutek wyjeżdżając, zwłaszcza że na powrót do domu przyszło nam czekać siedem miesięcy.

Pierwszy pobyt czyli słuszny wybór

Nasz pierwszy dłuższy pobyt pozwolił nam przetestować nasz dom. Zdaliśmy sobie sprawę z jego niedociągnięć oraz poznaliśmy jego zalety. Te dwa miesiące miały nam rownież dać odpowiedz na pytanie czy widzimy siebie tam na stałe. Nieznajomość języka napewno nas ograniczała i wciąż ogranicza, jednak poznaliśmy sporo ludzi tam mieszkających, którzy posługują się angielskim a dodatkowo okazało się, że kolonia przybyszów nie tylko ze stanów ale i z całego świata wciąż się zwiększa. Nam jednak chodziło o nawiązanie jak największej ilości kontaktów z ekwadorczykami jako, że od początku naszym celem było wtopienie się w okoliczną populację. Zawsze uważaliśmy, że to na nas spoczywa obowiązek nauki ich języka a nie na nich dostosowanie się do nas. Udało nam się zatem poznać sporo osób dwujęzycznych, którzy chętnie nam pomagali jako tłumacze w naszych codziennych problemach. Staraliśmy sie być jak najbardziej samodzielni, nie dlatego aby nieobciążać naszych znajomy ale bardziej żeby zmusić siebie samych do używania języka hiszpańskiego na codzień. Z naszego domu do przystanku autobusowego jest mniej więcej pięć kilometrów. Z tego przystanku do Cuenki kursują autobusy komunikacji miejskiej, które w cIagu pół godziny umożliwiały nam dotarcie do centrum miasta. Staraliśmy się ograniczać wypady do Cuenki i jeździć tam tylko raz, góra dwa razy w tygodniu aby załatwić co było do załatwienia i jednocześnie zrobić zakupy. Spacer do autobusu z samego rana okazał się bardzo dobrą formą relaksu i zawsze sprawiał nam sporo zadowolenia. Po drodze mogliśmy spotkać okolicznych mieszkańców i chociaż nie było możliwości nawiązania z nimi bliższego kontaktu to jednak powoli przyzwyczajalismy ich do naszej obecności. Dzięki temu często w drodze do autobusu znajomi zatrzymywali się ofiarując nam czasami podjazd do autobusu a czasami jazdę do Cuenki. Z dnia na dzień czuliśmy się coraz bardziej jak w domu. Nasi sąsiedzi rownież starali się nam nam pomóc w miarę ich możliwości dzięki czemu utwierdziliśmy sie w przekonaniu, że nasz wybór był słuszny. O ile jazda do Cuenki nie sprawiała nam większego problemu o tyle powrót wiązał się zawsze z koniecznością zatrudnienia taksówki. Znajomi polecili nam taksówkarza, z którym umówiliśmy się co do kosztów powrotu do domu oraz pomocy w sprawach gdzie konieczna była znajomość języka. Javier okazał się doskonałym dodatkiem do puli naszych znajomych. Wielokrotnie dzięki niemu i jego znajomosci miasta udało nam się dotrzeć tam gdzie to co chcieliśmy kupić było w najlepszych cenach i wybór był bardzo duży. Wiele spraw bez pomocy Javiera napewno byłoby o wiele ciężej doprowadzić do końca. Większość czasu, który spędziliśmy w domu poświeciliśmy na porządkowanie działki na zewnątrz oraz urządzanie jej pod nasze potrzeby. Na pierwszy plan poszła trawa, która obrosła naszą posesję do takiej wysokości, że omal przejechaliśmy obok naszego domu niezauważając go. Te dwa miesiące spełniły nasze oczekiwania. Spokój, cisza, brak rozwrzeszczanej telewizji uspokoiły nasze skołatane dusze, którym tego wlasnie było potrzeba.