Twarz pod koc, przetrwać noc.

To już kolejny raz zostaję na straży naszego domostwa w andyjskiej krainie ciszy i spokoju, z dala od zgiełku i codziennej gonitwy. Wydarzenia ostatniego miesiąca spowodowały nieprzewidywaną podróż Alicji do kraju. Wróciliśmy do domu zaledwie dwa tygodnie temu w nadziei ładowania baterii. Los zdecydował inaczej. Bez względu na okoliczności zostawanie samemu nie należy do moich ulubionych zajęć. Pomimo doświadczenia z poprzednich lat, pierwszy dzień zawsze sprawia mi najwięcej kłopotów. Właśnie wróciłem z lotniska po odholowaniu Luśki, stanąłem przed drzwiami nie bardzo mając ochotę je otworzyć. Wejść do środka jednak trzeba, zwłaszcza, że na zewnątrz trochę chłodno i mży. Wiem jednak, że po drugiej stronie jest pusto i to powoduje, że odwlekam trochę moment przekręcenia klucza w zamku. Wreszcie wchodzę do środka. Lubię ciszę i spokój, jednak czasami bywają one zbyt wszechogarniające powodując, że stają się bardziej ciężarem niż przyjemnością. To uczucie zdaje się dopadać mnie zawsze pierwszego dnia. Jego każdorazowa powtarzalność zaskakuje mnie samego. Mając doświadczenie w temacie wiem, źe jedynym antidotum na ten stan ducha jest działanie, czyli zajęcie się czymkolwiek. Pozwala to oczywiście odwrocić uwagę i pomaga w wejściu w „indywidualny tok studiów”, jak to nazywam na własną potrzebę. Mam swój rytm, którego przestrzeganie ogranicza możliwość pogrążenia się w myślach, które nie mają nic wspólnego z pozytywnym postrzeganiem otaczającej mnie rzeczywistości. Mam już plan na jutro i na następne dnie. A dzisiaj zgodnie ze słowami pewnej piosenki z czasów minionych; „twarz pod koc, przetrwać noc, byle do rana. 

Sam czy samotny?

Pozostając sam na „gospodarstwie” zawsze staram narzucić sobie pewien rytm, który pozwoliłby mi na, nie tyle racjonalne wykorzystanie czasu, co takie jego zaplanowanie aby patrzeć w przyszłość. Temu celowi służą między innymi transmisje sportowe z rożnych imprez. Toteż Roland Garros czy obecnie Wimbeldon są właśnie wyznacznikami czegoś na co czekałem czy oczekuję w przyszłości. Niezależnie od tego mój rytm rownież wyznaczają wyprawy do Cuenki, które mam zaplanowane na każdy wtorek i piątek. Czas w ten sposób upływa mi bez specjalnej kontemplacji nad sprawami, które, tak jak w przypadku mojego słowackiego sąsiada, mogłyby doprowadzić mnie do depresji. Winą za ten stan obarczył on swoją samotność i nie docierały do niego nasze próby uzmysłowienia mu, że rownież żyjąc wsród ludzi można być samotnym. Patrząc na niego zastanawiam się często, o co go spytałem, czemu zdecydował się zamieszkać w miejscu, które nie ma nic wspólnego z życiem miejskim. Jego odpowiedzi zmieniają się jednak tak często jak pogoda, bez specjalnych przyczyn czy powodów. Niewątpliwie aura na zewnątrz odgrywa sporą rolę w jego nastawieniu do życia. Słońce zapewne na każdego wpływa pozytywnie i optymistycznie, w przeciwieństwie do zachmurzonego nieba i opadów deszczu. Czy jednak można popadanie w stany depresyjne zrzucić na warunki atmosferyczne? Z naszych rozmów ewidentnie wynika, że potrzebował odpoczynku od ludzi, przeliczył  się jednak ze swoimi możliwościami, co dodatkowo pogłębia jego frustracje, bo sam dokładnie nie może określić czego chce. Jeśli do tego dodamy brak zainteresowań to otrzymamy pełny obraz mojego europejskiego sąsiada. Nasze zdrowie psychiczne to wciąż niedokończona książka. Poradnie psychologiczne stają się coraz bardziej popularne bo wielu z nas nie umie i nie potrafi odpowiedzieć sobie na pytania, które nas dręczą każdego dnia. Sporo z tych pytań nie ma odpowiedzi i trzeba o nich zapomnieć, inne zaś trzeba najpierw sprecyzować. Ostatnio oglądałem film , w którym żona zaskakuje męża pozwem o rozwód. Na jego pytanie dlaczego, odpowiada, że woli być sama niż samotna w związku. Zapracowany małżonek był przeświadczony, że zapewniając jej wygodne życie spełnił swój obowiązek, nie zdając sobie sprawy, że emocjonalnie coraz bardziej się oddalali od siebie, skąd już tylko krok do bycia samotnym pomimo życia w związku. Stąd doszedłem do wniosku, że wiele ludzi sfrustrowanych jak mój Słowak, nie tyle nie zna odpowiedzi na dręczące ich pytanie ile nie chce jasno i przejrzyście sobie go postawić. Tyle, że bez tego kreują sobie to samo co pies goniący za swoim ogonem.

To miejsce jest nie dla kazdego

Nasza okolica pomimo wielu niewątpliwych walorów nie jest napewno dla każdego. Znam pare osób pełnych frazesów o byciu zmęczonym cywilizacją a potem gdy są sami ze sobą nie potrafią wytrzymać bez kontaktu z tymi, których na codzień krytykują. Coraz więcej jednak ludzi potrzebuje uciec i schować się gdzieś, gdzie codzienność nie dociera lub, jeśli już, to jest mało odczuwalna. Napewno nie jest tak, że nie tęskni się za ludźmi kompletnie bo człowiek to jednak zwierze socjalne. Wiem jednak, że bezsensowne spotkania połączone z rozmowami o niczym to już nie dla mnie. Jestem uzależniony od mojego wewnętrznego zegara, który decyduje, że robię to na co mam ochotę i kiedy chcę. Ne czuje się źle ze sobą. Nie wiem czy do do tego trzeba dorosnąć, czy może mieć predyspozycje. Dość powiedzieć, że nasz sąsiad ze Słowacji, który jak twierdzi uwielbia to miejsce to jednak nie może poradzić sobie z samotnością. Podjął zatem decyzje, że wkrótce wyjeżdża na bliżej nieokreślony czas w swoje rodzinne strony by się poczuć częścią życia socjalnego. Nie zaskoczyło nas to zbytnio bo już od jakiegoś czasu narzekał na problemy depresyjne wynikające z bycia samotnym. O ile może się to zdawać dziwnie jeśli się weźmie pod uwagę jego łatwość nawiązywania kontaktów o tyle staje się uzasadniane znając jego dość przyciężkawy styl myślenia i bycia. Nie powiem, że łatwo jest zjednać sobie ludzi o innej kulturze jednak to wiele zależy od nas samych. Mamy wrodzoną łatwość wydawania opinii na temat wszystkich i wszystkiego co nas otacza, nie potrafiąc jednocześnie krytycznie spojrzeć na siebie. Lubimy jak wszystko nagina się do naszego sposobu postrzegania i tłumaczenia zjawisk nie akceptując jednocześnie sposobu widzenia świata przez innych często uważając ich za ograniczonych czy nawet śmiesznych. Nasz słowacki sąsiad właśnie na tym tle dużo traci co może i zapewne powoduje w nim zjawisko alienacji i samotności. Nie jestem psychologiem ani innym znawcą ludzkiej duszy, znając siebie wiem jednak, że wiele naszych problemów zaczyna się w nas i jeśli ich nie potrafimy rozwiązać to obecność czy nieobecność ludzi wokół nas niewiele pomoże. Niechęć do zmienienia siebie samego i oczekiwanie, że otoczenie się nagnie do niego w moim odczuciu to główny problem naszego sąsiada. Rozmawialiśmy na ten temat jednak zagnieżdżona w nim idea o depresji wynikającej z samotności przysłania lub raczej całkowicie zasłoniła mu obraz jego samego i własnych ułomności. Wyjeżdża zatem w poszukiwaniu czegoś innego a nam nie pozostało nic innego jak życzyć mu powodzenia i oby nie musiał być samotnym wsród ludzi.