Piknik z aferami

Zawrzało ostatnio na pisowskim podwórku aferą lotniczą wywołaną przez niby drugiego człowieka w pislandzie. Mamy już jedną komisje lotniczą, szukającą od ponad dziewięciu lat prawdy objawionej, może czas na drugą. Jontek mógłby wykorzystać swoje doświadczenie z pracy w ciągle isniejącej komisji. Nie mógłby oczywiście tej nowej komisji przewodniczyć z oczywistych powodów, ale jego wiedza na temat samolotów byłaby bezwzględnie nieoceniona. Ja rozumiem, że katastrofa nie ma wiele wspólnego z bezprawnym używaniem rządowych maszyn powietrznych. My żyjemy jednak w krainie absurdów. Skoro obie afery łączy samolot znaczy się jest już wspólny punkt, na którym można budować różnego rodzaju teorie spiskowe. A Jontek w tym względzie nie ma sobie równych. Ostatnio chłop został odsunięty i przeniesiony na boczny tor i jestem pewny, że mało nie wyskoczy z butów aby znowu zaistnieć.

Wierchuszka rządzącej partii, wykorzystując przerwę wakacyjną, wyruszyła w kraj na tak zwane przez nich, pikniki rodzinne. Pogodzili się już, że w miastach takiego czegoś zrobić nie mogą bo trzeba by było zmobilizować wojska ochrony terytorialnej w celu zapewnienia bezpieczeństwa. Wyruszyli zatem, tam gdzie ich słuchają w nabożnym skupieniu. Oczywiście piknik rodzinny to tylko fasada. Zasadniczo to kampania przedwyborcza. Dobry pan wylazł zza biurka i pofatygował się do swego ludu. Mogą tam błyszczeć bo jak sam były prokurator z PRL-u Piotrowicz, aktualnie zausznik prezesa, powiedział, inteligencja tych ludzi nie jest ich najmocniejszą stroną.

Mogą więc błyszczeć opowiadając te swoje banialuki o dobrej zmianie i złym sorcie, który nic nie chce im pomóc a wręcz przeciwnie, woli im cały czas rzucać kłody pod nogi. Tu nikt nie zadaje niewygodnych pytań. Można nawet wmówić, że loty marszałka z rodzinką to nic przy aferze podsłuchowej, która doprowadziła do ruiny w kraju. Tu ludzie na szczęście nie rozumieją słowa nepotyzm i doskonale wiedzą, że pisiewicze, czyli dzieciaki możnowładców, musza gdzieś pracować i jeszcze się tak nie zdarzyło, żeby nie mieli kwalifikacji. Tych ludzi można przekonać, że była premierowa odnosi same sukcesy gdy bierze udział w głosowaniu albo gdy głosują na nią. Tu ludzie wierzą, ze istnieje szczęśliwa i ciepła wyspa, niczym raj na ziemi, Sań Escobar.

Po takim ładunku „rzeczowych” rozmów i wymianie poglądów obie strony tak są naładowane energetycznie, że mogliby odpalić prezydenckie żarówki w jego żyrandolu.

A wracając do marszałkowskiego latania. Gdyby się nad tym zastanowić to na dobrą sprawę nie ma się czego czepiać. Przecież rząd tworzy jedna partia. Na czele wszystkich instytucji państwowych zasiadają tylko jej członkowie. Sejm i senat tez do nich należy. Znaczy się wszystko jest ich…czyli i samoloty. Wyjaśnijmy zatem, że pomysłowy przemyślanin nie latał żadnym rządowym samolotem jeno pisowskim. Lud to rozumie, to nie żadna afera. On nawet gotów za to zapłacić. 😂😂😂😂😂

Reklamy

O lotach i kontrolach

Nie da się odespać nieprzespanej nocy. Podróż na południe choć odbywa się w tej samej strefie czasowej była bardziej wyczerpująca niż ta ze wschodu na zachód. Być może wynika to z tego, że przez Atlantyk loty są tak zaprogramowane, że przylatuje się wtedy gdy w miejscu docelowym przychodzi czas na spanie. Mentalnie to jest łatwo zaakceptować jednak fizycznie organizm wie, że gdzieś te sześć godzin chciałem mu podprowadzić. Budzi mnie więc ze snu wciąż o czasie panującym w miejscu, które dopiero opuściłem. Tak się ze mną bawi jeszcze przez dwa trzy dni, aż wreszcie akceptuje, że teraz ma pracować na innej zmianie. I znowu jesteśmy zsynchronizowani i oboje funkcjonujemy na najlepszych obrotach.

Lot z północy na południe z jakichś powodów rozpoczyna się wczesnym popołudniem i trwa do północy. Jeśli do tego dołożymy fakt, że na lotniskach trzeba być na conajmniej dwie godziny przed odlotem a po wylądowaniu przejść przez kontrole odebrać walizki i dojechać do domu, to okaże się że te dodatkowe przyjemności są bardziej męczące niż sam lot. Tak czy inaczej drzwi mojej enklawy otworzyliśmy o czwartej nad ranem. Choć dość zmęczeni to jednak adrenalina trzymała nas na nogach. Padliśmy jednak po dwóch godzinach.

Dom czy mieszkanie zamknięte na cztery spusty przez ponad cztery miesiące, nawet jeśli ktoś to okazjonalnie pilnuje to stoi jednak puste. Stąd i powietrze w nim delikatnie mówiąc jest lekko podejrzane. Zanim zatem zalegaliśmy trzeba było,odrobine przewietrzyć. To dało nam czas na przegląd naszych bagaży. Nie wiem co takiego wozimy, za każdym jednak razem nasze walizki są kontrolowane przed wylotem ze Stanów przez ichnie służby bezpieczeństwa. No niech sobie przeglądają naszą bieliznę ale potem niech to jakoś ułożą. Szwarc, mydło i powidło wypada nam z walizek po takim ich przeglądzie. Na cztery nadane bagaże, trzy nam przeglądnęli. Patrzę na te rzeczy, które mieliśmy spakowane i nijak nie mogę się dopatrzeć czegoś co mogłoby przypominać ładunek wybuchowy. Chyba żeby flaszka polskiej wódki, która ciągnę za sobą na potrzeby degustacji przez okolicznych mieszkańców.

Suma Summarum i tak ich wszystkich zrobiłem w konia. Nikt nie zauważył, że przemyciłem sześć ekstra kilo dobrobytu, ze cztery z Polski i dodatkowe dwa ze Stanów, w formie tkanki „mięśniowej”. Chwile mi zejdzie żeby się tego draństwa pozbyć. Zaczynam od dzisiaj.

Miłego lotu

Po ostatnich moich podróżnych perypetiach, związanych przede wszystkim z internetowymi agencjami zajmującym się sprzedażą biletów, popadłem w lekką melancholię. Nie bardzo mogę sobie przypomnieć jak, to kiedyś się latało, jednak mam wrażenie, że każdego roku linie lotnicze kombinują jak mogą co tu jeszcze nam zabrać, albo dać za odpowiednia opłatą. Podróżowanie samolotami przestaje być czymś ekskluzywnym, zbyt drogim. Dzisiaj coraz więcej z nas już nie dojeżdża do pracy lecz dolatuje. Lotniska stały się przepastnymi galeriami pełnymi sklepów, jadłodajni i innych punktów sprzedaży. Darmowy internet to już standard na wielu lotniskach. Zapotrzebowanie na przeloty, sądząc po ilości ludzi w ten sposób się przemieszczających, zdaje się być funkcją rosnącą. Wydawałoby się, że wraz z coraz większym zainteresowaniem ludzi lataniem, powinniśmy być traktowani coraz lepiej i przyciągani lepszymi ofertami związanymi z komfortem podróży. Jest jednak dokładnie odwrotnie. Ograniczenia w ilości i ciężarze bagażu to już standard. W zamian nie musimy wszyscy oglądać tego samego filmu na wielkim wspólnym ekranie, mamy mniejsze przed nosem z wyborem setek filmów starszych i nowszych. Mnie to akurat wisi, ale żeby być fair, niech im będzie, że to coś od nich dla nas. Posiłki kiedyś rzecz normalna, dzisiaj oferowane na wielu liniach za dodatkową opłatą. Płacimy przy tym astronomiczne ceny za kiepskie żarcie, bo nie jest to zjadliwe.

Nowością ery internetu są zapewne agencje sprzedające bilety. Często korzystam z tej formy, bo raz, że wygodne, i dwa, że taniej. No właśnie. Namnożyło się ostatnio wszelkiego rodzaju pośredników niemal w każdej sferze naszego życia, jak grzybów po deszczu. W niektórych dziedzinach mogę to jeszcze zrozumieć. Nie pojmuje jednak dlaczego linie lotnicze nie mogą swoim konsumentom oferować cen jakie dają nam agencje. Dlaczego ten sam bilet kupiony u pośrednika jest sporo tańszy niż u przewoźnika? Jeżeli agencja utrzymuje się sprzedając bilety po obniżonych cenach, czego nie opłaca się to liniom lotniczym? Osobiście wolałbym kupować bezpośrednio w tychże. Jak się do tego ma zatem dbanie o klienta? Nijak. Ostatnia podróż uświadomiła mi, że przewoźnicy dbają przede wszystkim o swoich konsumentów z klasy biznesowej. Tu jest przecież prawdziwa kasa. Latają nią bardzo ważni ludzie, popularnie zwani VIP-ami. Najcześciej oni nie płacą za te bilety, tylko ich firma a w przypadku pewnej pani senator, latającej na śniadanie do Stanów, my podatnicy. Przeciętny pasażer podróżujący za własne pieniądze szuka oszczędności. Dla VIP-a to obce słowo. On płaci za wszystko, cena nie gra roli. Kombinują zatem przewoźnicy, jak tu zrobić, żeby tych vipowskich darmozjadów przyciągnąć jak najwięcej, nawet kosztem przeciętnego Kowalskiego. Ściskają nas zatem w rzędach gdzie masz gościa siedzącego przed sobą niemal na swoich kolanach, jeśli ten tylko rozłoży swój tak zwany fotel. Jeśli chcesz mieć odrobinę lepiej, zamontowali parę rzędów z siedzeniami z możliwością wyprostowania nóg, oczywiście za dodatkową opłatą. Z tego korzystają pośrednicy wszelkiej maści. Mój znajomy też kupił bilet w agencji za świetną cenę. Tylko, że nie mógł potem znaleźć miejsca w samolocie w tej taryfie. Wszystkie fotele w klasie economy były już zajęte. Musiał zatem dopłacić do economy plus. Taka nowa metoda naciągania zgodnie z prawem. Fotel w klasie economy, to trochę niepasująca nazwa dla czegoś co tego nawet nie przypomina, nie mówiąc już o komforcie, z którym ten mebel się kojarzy.

Dawno temu kupiłem sobie jedno z najtańszych wtedy aut na rynku amerykańskim. Hyundai dopiero zaczynał swoją z nim przygodę. Biegówka z manualnie odkręcany oknem, bez klimy, tak się to chyba teraz nazywa, fotele z materiału przesuwane manualnie. Model tak surowy jak tylko było możliwe. Stawiałem przecież pierwsze kroki w kraju wielkich możliwości i cena była dla mnie bardzo ważna. Mój poprzedni pojazd, kupiony u pośrednika, nie przeżył roku. Nowe to nowe. Cena jednak była ważna. Standard, o którym pisałem wyżej taki wtedy był. Minęło nieco ponad dwadzieścia lat i standard dzisiejszych samochodów to już kompletnie inna bajka. To chyba powinno być naturalne biorąc pod uwagę rozwój z jakim mamy do czynienia. Inne są i ceny ale Kowalski może takie standardowe auto, przynajmniej w Stanach, sobie zafundować. Jakoś ten postęp nie dotarł do linii lotniczych. Tu, rzecz dziwna, za coraz mniej chcą coraz więcej. Jeśli tak dalej pójdzie to wkrótce będą w samolotach montować słupy, takie na jakich panienki tańczą w podrzędnych knajpach, do nich przywiążą pasami po dwie osoby i będzie po zawodach. Będzie można zlikwidować kible dla tej taniej bandy Kowalskich a na ich miejsce wkomponować pare rzędów dla VIP-ów. Oczywiście ich część samolotu będzie oddzielona murem z grafitu, podobno to coś lekkiego, żeby nie czuli oddechu spoconego tłumu.

Miłego lotu.

Komu w drogę temu czas…

Znowu walizki poszły w ruch. Od pół roku zalegały bezpiecznie schowane w pralni. Dla oszczędności miejsca włożone jedna w drugą o czym kompletnie zapomniałem. Ich ciężar przy próbie ściągnięcia ich z szafek uzmysłowił mi, że coś jest nie tak i wtedy właśnie przyszło olśnienie: jedna w drugiej.

Gdzieś moja tężyzną fizyczna musiała ze mnie wyparować, bo jakoś nie mogłem sobie przypomnieć problemów z ich ulokowaniem tam gdzie stały. A może jednak szwankuje moja pamięć? Lepiej chyba przestanę o tym myślec bo nie doprowadzi to do niczego dobrego.

Lubię podróżować, przemieszczać się z miejsca na miejsce, poznawać nowe. Nie każda jednak podróż właśnie z tym się wiąże. Ostatnio cześciej kursujemy na tej samej linii, która prowadzi z Ekwadoru do Stanów i dalej do Polski. To bardziej wycieczki do rodziny niż zwiedzanie. Z drugiej strony dobrze jest od czasu do czasu przypomnieć rodzince o swoim istnieniu a i samemu sobie odświeżyć pamięć o niej to też nic zdrożnego.

Opanowaliśmy już te loty przez trzy kontynenty. Mamy swoje bazy, jeśli tak to można określić, i w Stanach, i w Polsce. Służą one nam nie tylko jako miejsca postoju ale również składowiska naszych rzeczy przeróżnych w szczególności ciuchów.

Powinno być zatem łatwiej. Nic z tych rzeczy, bo kto by w końcu pamiętał co zostało w „bazie” pół roku temu? Co wziąć, a czego nie zachodzi potrzeba, dręczące pytanie przy każdym pakowaniu. Ekscytacja ze zbliżającej się podróży powoli zaczyna ustępować frustrującym myślą, żeby czegoś nie zapomnieć. Cały wic polega na tym żeby nie wziąć zbyt mało ani za dużo, tylko właśnie w sam raz, zwłaszcza, że zależy nam też na wolnym miejscu w walizkach bo przy każdym powrocie do domu chcemy opróżniać nasze „bazy”, które stają się powoli coraz mniej potrzebne a ich zawartość przestarzała czy niezbyt modna. Z każdym rokiem jest tego coraz mniej. Biorąc jednak pod uwagę, że każdy nasz pobyt to rownież zakupy czegoś tam, co wypełnia bagaże, to opróżnianie szaf z naszych rzeczy nie idzie w takim tempie jak byśmy sobie tego życzyli. To ma być przełomowy rok dla polskiej bazy, zobaczymy. Pewnie zostałaby ona już dawno opróżniona gdyby loty przez Atlantyk pozwalały na dwa bagaże po dwadzieścia trzy kilo na osobę, jak to ma miejsce na przelotach do Ameryki Południowej. To nam ułatwia rozprawienie się z naszymi pozostałościami w Stanach. To takie jednak drobne niedogodności przeprowadzek zwłaszcza tych kontynentalnych.

Niech się dzieje wola nieba, najwyżej czegoś zapomniałem. Dzisiaj wszystko i wszędzie można kupić. Lecimy zatem na spotkanie zimy i śniegu, które w Ekwadorze są nam obce. To też wywołuje we mnie mieszane uczucia. W mojej przestrzeni życiowej nie ma zbyt wiele miejsca na zimę i śnieg, płaszcze i traktory, czyli buty zimowe, czapki i rękawiczki, szaliki i inne ocieplacze. W życiu jednak często tak bywa, że ty swoje, ono swoje.

Dziwne uczucie.

Podróżowanie interkontynentalne z północy na południe czy odwrotnie, w zależności oczywiście od ilości czasu spędzonego w jej trakcie to małe piwo w porównaniu z przemieszczaniem się ze wschodu na zachód czy w przeciwnym kierunku. Dobiegła właśnie końca moja ekskursja przez trzy kontynenty. Z ekwadorskich gór najpierw była jazda samochodem na wybrzeże tego kraju. Tu bowiem znajduje się jedno z dwóch lotnisk międzynarodowych w Ekwadorze. W górach było chłodno, ubrałem się zatem odpowiednio do pogody. Nad oceanem już było o wiele cieplej. Zerwałem zatem z siebie nadmiar odzieży, chcąc uniknąć nadmiernego pocenia, które powoli zmieniało moja koszulkę w dość nieprzyjemną, przymokrawą tkaninę. Już po chwili musiałem jednak dogrzać się ponownie. Wentylacja w budynku lotniska wręcz wymagała tego. Była ona jeszcze jednak do zniesienia. W samolocie jednak doszli do wniosku, że im chłodniej w środku tym zapewnie lepiej dla podróżujących i podkręcili kurek z chłodnym powietrzem. Już po chwili mój nos dawał mi znać, że nie jest zwolennikiem takiej zabawy w ciepło zimno, która nie polega na znalezieniu czegoś. Pod ręką miałem jeszcze dres, który założyłem na sibie wychodząc z mojego górskiego domeczku. Co było robić, raz dwa i już miałem go na sobie. To ściąganie i nakładanie na siebie rzeczy tam i z powrotem oczywiście w końcowym efekcie skończyło się przeziębieniem bo praktycznie nie mogło być inaczej. To jednak, aczkolwiek bardzo frustrujące, nie dało mi aż tak bardzo w kość jak kolejna podróż tym razem z zachodu na wschód. Nie ulega watpliwości, że chociaż miałem dwudniowy odpoczynek po pierwszym etapie wycieczki, to jednak odczuwałem trochę zmęczenia przed kolejnym odcinkiem samolotowych wyzwań. Spanie z katarem nie należy do przyjemności, przynajmniej w moim przypadku. Z lekko zmordowanymi oczami zająłem zatem miejsce w samolocie Lufthansy, który zmierzał do Europy. Spanie w samolocie zawsze słabo mi idzie. Taka pochlastana natura. Jak każdy podróżujący wie, przemieszczanie się wzdłuż równoleżników powoduje walkę ze strefami czasowi. Słońce przecież nie może być na okrągłej ziemi w tym samym czasie w każdym jej zakątku. Zakatarzony, niewyspany, coraz bardziej zmęczony dotarłem wreszcie do celu mojej podróży. Tam skąd wyleciałem był wczesny poranek, tu gdzie dotarłem południe. Adrenalina spowodowana przybyciem do ojczyzny zabiła jednak wszystkie niedogodności. Dzisiaj wreszcie się wyśpię, pomyślałem zapominając o katarze. Dotrwałem niczym zombie do końca pierwszej połowy „fascynującego” meczy Realu z kimś z Cypru, po czym padłem niczym rażony czymś mocnym w okolice mojej głowy. W Stanach była godzina siedemnasta, tutaj dwudziesta trzecia. Z zatkanym nosem obudziłem się jednak dość szybko. I sam już nie wiem, która to jest godzina, w jakiej strefie czasowej jestem ja a gdzie moje ciało. Dziwne uczucie. Spróbuje się jeszcze przespać, może to mi wszystko wyjaśni.

Powrót do oazy spokoju.

Dzień podróży to chyba dzień najbardziej męczący i taki, który zda się ciagnąć w nieskończoność. Dzisiaj moja kolej na lot do domu. Stany zostały zaliczone. Spotkaliśmy wszystkich naszych najbliższych znajomych a dodatkowo mieliśmy okazje spotkać się z kuzyna córka, która wraz z mężem przyleciała za wielką wodę w odwiedziny. Spędziliśmy sympatyczne prawie dwa tygodnie. Wszystko co jest miłe i fajne na ogół nie trwa  długo, tak więc Luśki wakacje dobiegły końca w niedziele a od poniedziałku przejęła stery polskiego okrętu. Ja obejmę nadzór nad naszym ekwadorskim statkiem z konkretnym zadaniem aby nie doprowadzić do zniszczenia tego co z takim uporem sadziła Luśka w przydomowym ogródku. Mam do tego talent bo prace działkowe napewno nie należą do moich silnych punktów. W tym roku postanowiliśmy zatem powierzyć grządki ogrodowe okolicznej znawczyni roślin wszelkich. Już pierwszy dzień jej pracy, jeszcze w trakcie obecności mojej ogrodniczki w domu, przekroczył nasze oczekiwania. Jej wiedza na temat roślinek jest niewątpliwie lepsza od mojej, problem jednak, że ogranicza się do okolicznej zieleniny. To co posadziliśmy a raczej co posadziła Alicja a co ma korzenie polskie okazało się dla naszej pomocy chwastem, który należało usunąć. Dostało się zatem poziomkom, które nie zrobiły na niej żadnego wrażenia. Efekt jej pracy był ogólnie jednak na tyle zadowalający, że dostała angaż do pielęgnacji przydomowej gleby. Niby mam to nadzorować. Obawiam się, że z moją wiedzą z jej niechęcią do wszystkiego co nie jest ekwadorskie możemy stanąć przed konkretnym problemem po powrocie ogrodowego szefa. Życie bez ryzyka byłoby nudne zatem nie będę przed nim uciekał. Zanim jednak do tego dojdzie muszę przeżyć ten dzień podróży, który powinien trwać w porywach do szesnastu godzin od wyjścia z domu syna do otwarcia drzwi w mojej twierdzy. Do Stanów przylecieliśmy przez Miami, wracać będę przez Panamę. Lotnisko tam jest mniejsze co z punktu widzenia przesiadki każdemu pewnie bardziej odpowiada. Tam, po półtorametrową godzinie  oczekiwania kolejny samolot. Lat z Panamy to juz tylko niecałe dwie godziny. Jak wszystko dobrze pójdzie nad ranem w środę będę w domu, w mojej oazie spokoju. 

Znowu w podróży

Kontynentalne przemieszczanie stało się ostatnio częścią naszego życia. Dobrze, że mamy punkt zaczepienia w Stanach i nie musimy lecieć z Ekwadoru do Polski non stop. Taka podróż trwa dość długo i niewątpliwie byłaby bardziej uciążliwa. Nadszedł właśnie czas wyprawy do rodzinnego kraju. Zgodnie z naszym harmonogramem postanowiliśmy, że spędzimy parę dni z dzieciakami zanim nasze drogi rozdzielą się na parę miesięcy. Luśka wiedząc, że przez chwile będzie nieobecna musiała doprowadzić i zostawić dom w stanie, który uważała za satysfakcjonujący. Na tym punkcie różnimy się trochę w opiniach podejrzewam jednak, że nie tylko my. Nasza podróż do New Jersey ma w sobie zawsze przesiadkę. Najlepszą drogą jest lot do Panamy gdzie zmieniamy samolot do Newarku. Tym razem z uwagi na fakt, że Luśka leciała na bilecie powrotnym musieliśmy się przesiać w Miami. Tuż przed wylotem American Airlines wysłał mi wiadomość, że z uwagi na przewidywane złe warunki atmosferyczne panujące na wschodnim wybrzeżu Stanów powinnismy się spodziewać opóźnień w locie. Z naturą nie wygra. Licząc się zatem z konsekwencjami rozpoczęliśmy podróż z Guayaquil do Miami zgodnie z planem. Jedyną przygodą była konieczność pokazania ekwadorskim pogranicznikom co wywozimy bo prześwietlenie naszych bagaży im się nie spodobało. W takich wypadkach wywołują pasażera przez lotniskowy system nagłaśniający. Nigdy nie otwierają bowiem bagażu bez obecności jego właściciela w przeciwieństwie do procedur w Stanach gdzie bagaż otwierają mając w poważaniu jego późniejsze w miarę przyzwoite spakowanie. Amerykańscy celnicy mają karteczkę, która pozostawiają na pamiątkę w bagażu, na której powołują się na jakieś bzdury o bezpieczeństwie wymyślone przez tropiciela diabłów niejakiego Busha Juniora. W Ekwadorze robi się przegląd w sposób bardziej cywilizowany. Najpierw drą się przez megafony, że taki a taki terrorysta ma się skontaktować z obsługą bramki. Biorą potem takiego bandziora, w tym przypadku mnie, do miejsca z bagażami gdzie spisują personalia osobnika a potem każą mu otworzyć bagaż. Widać na ich twarzach, że lubią to grzebanie bo to prawie jak striptease pasażera. No ale taka ich praca. Rzadko coś znajdują, przynajmniej jednak pomagają się ponownie spakować. Nic oczywiście przy nas nie znaleziono a my przy okazji mieliśmy choć odrobine czasu wypełnianą w oczekiwaniu na samolot zamiast siedzieć bezczynnie. Do Miami dolecieliśmy zgodnie z planem. Tu rownież wyglądało wszystko w porządku do momentu rozpoczęcia wpuszczania pasażerów na pokład samolotu. Oops, nie dolecimy na czas bo w Newarku warunki atmosferyczne mogą nie pozwolić na lądowanie. Pomyślałem więc, że wyślę wiadomość tekstową do naszego synala aby go uprzedzić o naszym opóźnieniu. Miami daje półgodzinny darmowy dostęp do internetu. Dorwałem zatem mojego kompa i wysłałem wiadomość. Mając to za sobą pomyślałem, że jeszcze trochę poserfuje sobie po internecie. Moje pół godziny prawie dobiegało końca gdy nagle przez skype nasz syn zaczął się do nas dobijać. Połączyliśmy się bez problemów ale jego pierwsze pytanie niemal zwaliło nas z nóg. „Kiedy wy przyjeżdżacie”? Jak to kiedy, jesteśmy już w Miami i za chwilę odlatujemy i do New Jersey. „A ja byłem przekonany, że to jutro”. Nieoczekiwane opóźnienie okazało się zatem zbawienne, bez niego pewnie po przylocie czekałaby nas nieprzewidywana „niespodzianka”. Skończyło się bez niej bo wszystko dzieje się z jakiejś przyczyny. W Newarku warunki atmosferyczne wcale niebyły takie tragiczne. Opóźnienie samolotu było zaplanowane abym wykonał to połączenie, którego nie planowałem. Przeznaczenie i tyle.  

.  

Podróż z przygodami

Po sześciu tygodniach pobytu w Polsce, dwóch w Stanach wróciliśmy wreszcie do domu. Aby wrócić do domu potrzebujemy czterech lotów: dwóch z Polski do Stanów i dwóch ze Stanów do Ekwadoru. W tym roku dodatkową atrakcją pobytu w USA był ślub starszego syna. Dzięki temu spotkaliśmy się całą rodziną bo i córka zjechała na tę uroczystość z Meksyku. Mieszkamy w tylu zakątkach świata, że takie spotkania należą do rzadkości toteż tym większa była z tego faktu frajda. Oczywiście najważniejszym akcentem tego pobytu był ślub, który pomimo relatywnie krótkiego czasu, jeśli chodzi o jego przygotowanie, wypadł znakomicie. Pobyt w Stanach umożliwia nam zawsze łagodniejsze przestawienie się na inna strefę czasową. Podróż przez Atlantyk zabiera nam dziewic godzin a gdybyśmy chcieli lecieć bezpośrednio to lot trwałby około czternastu godzin. Korzystniej dla nas jest zatem podzielenie powrotu na dwa etapy zwłaszcza, że dobrze jest spotkać się z oboma synami i naocznie stwierdzić jakie zmiany zaszły od naszego ostatniego pobytu. Ponieważ wszystko synom układa się zgodnie z ich planami toteż opuszczaliśmy Stany bardzo zadowoleni i wypoczęci po pierwszym etapie. Drugi etap miał być o wiele łatwiejszy bo przecież lecieliśmy w ramach tej samej strefy czasowej z przesiadką w Miami. Nic nie zapowiadało zatem, że będzie jednak o wiele gorzej niż z lotem z Polski. Po wylądowaniu na Florydzie mieliśmy nieco ponad godzinę na przesiadkę. Okazała się ona wystarczającym czasem na zmianę samolotów. Siedząc już w samolocie do Ekwadoru czuliśmy niemal zapach naszego domu. Jeszcze jeden lot i już za parę godzin nareszcie u siebie. Odlot się jednak opóźniał bo jak poinformował nas kapitan cargo w samolocie było nierównomiernie rozłożone. „Proszę się jednak nie martwić za maksymalnie piętnaście do dwudziestu minut problem zostanie usunięty i będziemy w drodze”. Nie ma sprawy to przecież drobne opóźnienie. Kiedy jednak upłynęło pół godziny a my dalej staliśmy przed bramą zaczęliśmy się lekko denerwować, zresztą nie tylko my. Zauważyła to obsługa i po chwili kolejny komunikat. „Z przykrością zawiadamiamy, że załoga samolotu przekroczyła dozwolony czas pracy i nie może wykonać tego lotu. Proszę się jednak nie martwić jesteśmy w kontakcie z alternatywną załogą i już wkrótce lot będzie kontynuowany. Okey tylko co to znaczy wkrótce? Przekonaliśmy się o tym po następnej pół godzinie. Nie udało się jednak skompletować załogi i lot został przełożony na rano następnego dnia. Opuszczamy zatem samolot i udajemy sie do stanowiska linii lotniczych po kupony na jedzenie i hotel. Docieramy do niego o pierwszej nad ranem. Szybka toaleta i buch do łóżka bo za cztery godziny pobudka. Na lotnisku mamy być z powrotem o szóstej a samolot odleci o ósmej. Jak tu zasnąć i jeszcze się do tego wyspać? Mowy nie ma. To bała raczej drzemka niż sen ale nic to jeszcze parę godzin i będziemy przecież w domu. Podekscytowani zjawiliśmy się na lotniku zgodnie z czasem. Jeszcze tylko odprawa bagażowa, bo przecież opuściliśmy poprzedniego dnia lotnisko, i hop do samolotu. Tyle, że samolot nie odleci o ósmej tylko o trzynastej trzydzieści. Ponad sześć godzin do odlotu a my niewyspani, z oczami przypominającymi zombich staraliśmy się panować nad emocjami. Oto podróż, która miała trwać około dziesięciu godzin razem z przesiadką i dojazdem do domu wydłużyła się o czternaście godzin. Otrzymaliśmy dodatkowe kupony na jedzenie ale ileż można szwędać się po lotnisku? Nie bardzo wiem jak to przetrzymaliśmy ale wreszcie zaczęto nas wpuszczać na samolot. Jeszcze cztery godziny lotu, taksówka i dom. Kiedy tak sobie marzyliśmy z zamkniętymi oczami nagle zdaliśmy sobie sprawę, że godzina odlotu minęła a samolot wciąż przed bramą. Po około dwudziestu minutach nowy kapitan oznajmił nam, że w trosce o nasze bezpieczeństwo muszą dokonać poprawek w przedziale cargo bo bagaż nie jest rozłożony równo. WHAAAAAAAAAT? W powietrzu dało się poczuć tykającą emocjonalną bombę. Mi do głowy przyszły wszystkie niecenzuralne słowa jakie znam we wszystkich językach, z których fuck, biorąc pod uwagę jego akceptację w Stanach, wydaje mi się jedynym możliwym do przytoczenia. Bezsensowna pobudka o piątej rano po trzech godzinach drzemki jeszcze bardziej kumulowała negatywne emocje. Poczucie bezsilności w takich sytuacjach nie wpływa pozytywnie na ogólny nastrój. Upływały kolejne minuty wpływające niewątpliwie destrukcyjne na poziom mojego ciśnienia, które mało co nie przekształciło się w tak popularną parę z uszu. I pewnie ten moment wkrótce by nastąpił gdyby nie kapitańska wiadomość, że oto wszystkie problemy zostały usunięty i przystępujemy do odholowania samolotu od bramy. I rzeczywiście po paru minutach poczuliśmy drgniecie kolosa oznajmiające jego ruch. Okey jeszcze cztery godziny lotu, taksówka i dom. Tym razem się spełniło. Po ponad trzydziestu godzinach w podróży otwarliśmy drzwi naszego domu…….i wszystko poszło w zapomnienie.