Disneyland nad Wisłokiem.

W Rzeszowie wkrótce zdecyduje się przyszłość symbolu miasta, Pomnika Czynu Rewolucyjnego. Stoi na swoim miejscu z górą czterdzieści lat nikomu nie przeszkadzając aż do dzisiaj. Impulsywnym Pieniaczom Namiestnika naszego kraju źle się on jednak kojarzy. Na jego cegłach wypatrzyli czyjeś plamy krwi, najprawdopodobniej kogoś wyklętego, stąd domagają się jego rozbiórki i usunięcia.  Czy im się to uda, ano zobaczymy. Podobno mają już nawet plan zagospodarowania ewentualnej pustki spowodowanej odejściem w niepamięć nieszczęsnego pomnika. Ma w jego miejsce powstać wielka statua….Kaczora Donalda, a Rzeszów przemianują na Disneyland nad Wisłokiem.  To przecież powinno nas zbliżyć do naszego wielkiego brata, a sam postument mógłby się odnosić do naszego władcy i amerykańskiego prezydenta. Trwają podobno pertraktacje na ten temat z właścicielami wizerunku uroczego kaczora. Z Białego Domu dochodzą jednak słuchy, że jego mieszkaniec nie jest zbytnio zachwycony pomysłem. Kojarzenie go z mądrzejszym od niego bohaterem filmu animowanego, nie bardzo mu się podoba. Zachwyca go oczywiście, że chcemy kupić coś przestarzałego, jedynie te imienne podobieństwa nie są mu na rękę. Jego ego jest podobnie wielkie jak i naszego władcy stąd mogą się pojawić niejakie problemy z wprowadzeniem w życie genialnego pomysłu Inspektorów Pozytywnie Nastawionych do tej idei. Donald Waszyngtoński, który nie chce być porównywany do disneyowej maskotki, na szczęście dla sympatycznego kaczora, zaproponował aby ograniczyć postument do kaczego kupra. Disneyland nad Wisłokiem otrzymałby zatem w miejsce popularnej „Wielkiej Cipy”, Kaczy Kuper, co pozwoliłoby utrzymać podobny charakter nowego symbolu miasta. Pomnik oczywiście otrzymałby odpowiednią nazwę, na przykład Braciom Amerykanom w Podzięce, albo coś w tym stylu. Z nieoficjalnych źródeł udało mi się rownież dowiedzieć, że Donald Waszyngtoński miał zażartować, że taki postument doskonale charakteryzuje jego stosunek do naszego kraju. Ku jego uciesze „ mały brat” tego nie chce widzieć. 

Obudziłem się mocno spocony z pompą, która omal nie wyskoczyła mi z piersi, na szczęście to był tylko sen. Głupota polityków w naszym kraju już dawno przekroczyła granice groteski i absurdu, stąd pomyślałem, że podzielę się moim snem z innymi.

Moje miasto

Odwiedziny w kraju zawsze sprawiają mi przyjemność. Aczkolwiek podróż nie należy do miłych, bo jednak trwa chwile i dodatkowo muszę zmienić strefę czasową, pomimo tego wciąż czuję jakbym wracał na własne śmieci. Miastem docelowym mojej podróży jest Rzeszów. Chociaż stąd nie pochodzę to jednak właśnie tutaj miały miejsce najważniejsze dni mojego pobytu na ziemi. Studia, żona, pierwsza praca, dzieci to wszystko miało miejsce właśnie tutaj. Miasto oczywiście zmieniło się bardzo odkąd wyjechałem a wszystko co się tutaj stało, w sensie rozwoju, na mnie robi duże wrażenie. Lubię zatem Rzeszów, choć z powodu długiej nieobecności często czuje się tu trochę zagubiony. Nie w sensie nieznajomości miasta ale w rozmowach na jego temat. Każdy bowiem operuje nowymi nazwami ulic, jako, że wiele poprzednich miało podtekst niepoprawny politycznie. Nie wiem zatem gdzie jest Hetmańska, choć doskonale pamietam gdzie było Obrońców Stalingradu. Poznikało w ten sposób wiele nazw, które wciąż istnieją w mojej świadomości. Nie przeszkadza mi to zbytnio, szczególnie, że prezydent miasta w moim odczuciu robi dobra robotę i Rzeszów zmienia się na lepsze. Bawi mnie jednak bardzo ten niespodziewany wypływ bohaterów nowej rzeczywistości, którzy latami całymi byli zapomniani. W tym kontekście istnienie pomnika Czynu Rewolucyjnego zdaje się być ewenementem. Popularna „Wielka Cipa” stoi wielu jak kość w gardle, zwłaszcza tym, których, gdy ona powstawała, nie było nawet na świecie. Mam nadzieję, że oprze się ona tym pseudo świętym i nawiedzonym  zwolennikom dobrej zmiany. Pomyślałem nawet, że aby się oni odczepili od pomnika, może dobrze by było zainstalować na nim zewnętrzna windę a na jego szczycie umieścić studio lokalne audycji ojca dyrektora. To by wszystkim zamknęło gęby. Ot taki pomysł, może niezbyt mądry, ale jakoś nie wyobrażam sobie galerii Rzeszów z hotelem o tej samej nazwie bez pomnika naprzeciw. Nie o tym jednak chciałem pisać. Otóż któregoś dnia maszerując po jednej z ulic pod wezwaniem, a jakże, nieznanego mi kapłana, zauważyłem, że sporo innych miejsc na owej ulicy ma swoich patronów wywodzących się z tej samej naszej wspólnej wiary. Poczułem się zatem jakbym maszerował jakaś aleją wielu świętych. Szczerze mówiąc akurat miałem coś brudnego na myśli i aż się zarumieniłam ze wstydu. Zmieniłem zatem tok moich myśli na bardziej przystające miejscu i z tą nabożnością kontynuowałem mój spacer, popadając od czasu do czasu w zadumę nad świata zmiennością. I gdy tak rozmyślając szedłem dalej, nie zwracając uwagi na przechodzących obok mnie ludzi, nagle niczym grom z jasnego nieba obiło się o moje uszy coś co zdawało mi się znajome jednak niezbyt pasowało do otoczenia. Spie…aj ku..a, wybiło mnie kompletnie z zadumy. Nie jestem zwolennikiem przeklinania na ulicy, a jednak nie byłem w stanie pomyśleć, że jeszcze do końca nie zwariowaliśmy z tą naszą pseudo świętością. Życie jest ku..a piękne, pomyślałem sobie kontynuując mój spacer.