Był sobie las

Był kiedyś las

W nim trawa po pas

I drzewa radosne

Nie tylko na wiosnę

Szumiące wesoło

I sarny wokoło

I zwierz wszelaki

Rodzące krzaki

I grzybów tysiące

A ptaki na łące

Śpiewały donośnie

Co dzień to głośniej

To solo, to chórem

A gdybyś chciał piórem

To ująć w papierze

To powiem ci szczerze

Dla mnie zbyt trudne

Bym piękno tak cudne

Opisać był w stanie

Próżne gadanie

I tak w symbiozie

W gorącu i w mrozie

Płynęło tu życie

Aż kiedyś o świcie

O wschodzie słońca

Dobiegła końca

Jak zbita szklanka

Owa sielanka

Bo przyszła szarańcza

Co wszystko wykańcza

Niszczy bezmyślnie

Zniknęły już liście

Ogarnął płacz drzewa

I ptak już nie śpiewa

Już nikt nie pamięta,

Że żyły zwierzęta

W tym leśnym kraju

Podobnym do raju

Zły król szarańczy

Swych tylko niańczy

Dzięki tej tłuszczy

Nie ma już puszczy

Zostały wyboje

I każdy o swoje

Walczy jedzenie

Zaszczute jelenie

Szukają strawy

Lecz nie ma już trawy

Rosnącej bujnie

Szarańcza czujnie

I ją zniszczyła

Gdy się bawiła

W rządzenie lasem

Pomyśl więc czasem

Krajanie drogi

Jak bardzo srogi

Los nam szykuje

Kto nie buduje

Lecz niszczy zawzięcie

On gorszym zwierzęciem

Niż ta szarańcza

Co wszystko wykańcza

Reklamy

Trawa i roślinki.

Pomino środka ekwadorskiej zimy dominującym kolorem w przyrodzie jest zielony. W nocy temperatura potrafi spaść poniżej pięciu stopni, w dzień jadnak słońce, nawet jeśli nie jest widocznie daje wystarczająco dużo ciepła aby roślinność żyła i się rozwijała.

Zostawiliśmy nasze małe gospodarstwie rolne na sześć tygodni. Niby dużo, niby mało. Gdy glebie nie brakuje wody to korzystają na tym oczywiście wszystkie roślinki te dzikie i te hodowane. Trawie nic nie przeszkadza. Tempo w jakim rośnie i narzuca swoją obecność innym zielonym towarzyszom jest wręcz nie do opisania. Żyjąc na terenie definitywnie nierównym, nie mogę używać typowej kosiarki do trawy. Jedyna, która się nadaje to żyłkowa. Kupiłem nawet jedna taką ale niestety mieszanie benzyny z olejem skończyło się zatarciem silnika. Mechanikę mam w sobie, nie ulega wątpliwości.

Zmuszony jestem zatrudniać faceta do koszenia trawy. Z tym, że koszenie u nas to nie taka hop, hop sprawa. Luśka sadzi gdzie jej oko mówi, że tu będzie fajnie. Potem tylko ona wie gdzie to draństwo rośnie. Już pare razy przeżyłem wojnę polsko polska na tle ogrodowym. Dla mnie wszystko ma ten sam kolor czyli zielony. Jak kosić to kosić jak obrońcy w piłce nożnej, wszystko jak leci równo z glebą. Człowiek się naharuje, we łbie brzęczy silnik, który drze się wniebogłosy akurat na wysokości ucha, ramiona też sponiewierane od trzymania tej wrednej maszyny, no i oczekiwałby człek jakiejś pochwały. A tu skosiłeś mi to, skosiłeś tamto, Chryste panie do kitu z taką robotą.

Na szczęście zawarłem ten silnik i teraz przychodzi fachura ze swoją maszyną. Gość jest pracowity ale w jego wieku lekko przyślepawy. Kosi tez równo z glebą. To znaczy raz tak skosił ale ja oczywiście wysłuchałem. On i tak po naszemu ani, ani. Teraz on kosi, ja łażę krok w krok za nim i tylko mu pokazuje, tu nie wolno, w tą stronę nawet nie patrz. Raz jednak gamonia spuściłem z oczu i po chwili było już za późno. Coś tam wyciął, do dziś nie wiem co, bo to było i tak zielone ale do uszu i tak mi wpadło pare miłosnych wyznań.

W piątek przychodzi fachura do koszenia, ten przyślepawy oczywiście. Będę robił za nadzorcę. Przeszedłem z Luśką całe nasze gospodarstwo i chyba wiem gdzie wolno a gdzie nie. Stresa będę jednak czuł na plecach bo te kur..skie poziomki są wszędzie i ni grzyba ich nie widać. Trawa pochłonęła wszystko, co się próbuje odbić od gleby.

Dam sobie radę, źle nie będzie. Na wszelki wypadek trzymajcie kciuki. 😂😂😂

Dyniowe potyczki.

Nasza nieobecność w domu trwała nieco ponad cztery miesiące. I dużo to, i mało. My jednak wyjechaliśmy w okresie kiedy na półkuli południowej nadchodziła wiosna a więc pora dla ogrodowych zapaleńców najważniejsza. Moje ślubne szczęście to nie tylko ogrodowy zapaleniec ale wręcz szaleniec do potęgi ntej. Nie wiem ile ma książek na tematy ogrodnictwa, ile przeczytała artykułów w internecie, dość powiedzieć, że niemal każdego dnia coś sadzi a coś innego przesadza. Zbiera też nasionka wszelakie i rozsypuje je gdzie się da tak z ciekawości żeby zobaczyć co z tego wyrośnie.

W jednej z Angor, których nawiązałem multum, wyczytałem artykuł na temat lenistwa. Okazało się, że jest ono naturalne bo nasz mózg preferuje brak aktywności. Od razu polubiłem moje centrum myślenia jeszcze bardziej.

No ale jak tu leniuchować, kiedy kobitka lata z kilofem po grządkach. Nawet jako zimny drań nie mogę na to spokojnie patrzeć. Tak więc przed wyjazdem przygotowaliśmy nasze poletko tak aby było koło niego jak najmniej pracy dla osoby, którą poprosiliśmy o doglądanie. Nie wzięliśmy oczywiście warunków pogodowych pod uwagę. A te przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Dużo opadów i sporo słońca czyli wymarzona pogoda dla roślinek wszelakich.

Gdy wróciliśmy nad ranem nie mogliśmy oczywiście sprawdzić stanu naszej działki. Jednak juz po krótkiej drzemce, Luśka pierwsze kroki skierowała, nie trudno zgadnąć, do ogrodu. Obawiałem się tego ale wyszło gorzej niż się spodziewałem.

Po pierwsze okazało się jak kiepski jest mój hiszpański. To ja bowiem tłumaczyłem naszemu pomocnikowi co może a czego mu nie wolno. No i zgadnijcie? Dokładnie zrobił wszystko to czego mu nie kazałem. Luśka stosuje metodę, o której wyczytała gdzieś w mądrych książkach. Częścią tej metody jest rozkładanie na ziemi wokół roślinek ściętej trawy tak aby ona przeszkadzała chwastom przebicie się do światła. I tak to tłumaczyłem moim hiszpańskim. Tyle, że gdzieś musiałem popełnić błąd bo cała trawa została pięknie sprzątnięta.

Po drugie. Gdzieś tam jednak z tym moim polhiszpan musiałem dotrzeć do głowy naszego pomocnika. O ile trawę potraktował niezgodnie z moim życzeniem to już wszystko inne z sobie wiadomych przyczyn postanowił nie dotykać.

Przed wyjazdem Luśka na naszych patiowych grządkach posadziła dynie. Po czterech miesiącach naszej nieobecności dynia odebrała nam patio. Zarosła je od wschodu na zachód i od południa na północ. Dla nas zostało zero miejsca. Jeszcze tego samego dnia stoczyliśmy krwawą bitwę o nasze miejsce relaksu z zielskiem. Wygraliśmy, chociaż nie było łatwe. Swoimi czułkami dynia oplotła fotele i wszystko co stało jej na drodze. Po bitwie poczuliśmy się wreszcie jak w domu. Patio znowu było nasze.

Purkle i penqo

Nasz pomocnik domowy do spraw koszenia trawy czy innych prac natury budowlano-ogrodniczych poznał nas juz dość dobrze a zwłaszcza Luśki inklinacje do naturalnych metod leczenia i medycyny ludowej. Jeśli coś nam zatem dolega z chęcią dzieli się z nami swoją wiedzą. Kolano mojej małżonki w dalszym ciagu sprawia jej sporo problemów. Już raz starał się jej pomoc nasz Jose przynosząc jakieś płynne mazidło do nacierania, które Luśka nawet stosowała i nawet dostrzegała pozytywne efekty jego działania. Ostatnio Jose przyniósł jednak napój, który starał mi się wytłumaczyć z czego został zrobiony, a który miał mieć szerokie zastosowanie lecznicze miedzy innymi przy bólach stawowych. Użycie zewnętrzne to jedno, połykanie to drugie. Luśka zarządała zatem konkretnych informacji na temat rośliny, z której rzekomy napój miał być zrobiony. Przy najbliższej sposobności napadłem zatem na naszego „dostawce” domagając się konkretnych informacji. Don Pepe, jak go tutaj rownież nazywamy, oczywiście nie wzbraniał się z udzieleniem mi pełnych odpowiedzi na moje pytania, z tym jedynie, że rozmawiamy w dwóch kompletnie odmiennych językach a moja wiedza medyczna po hiszpańsku ma się tak jak pięść do nosa. Tak czy inaczej udało mi się ustalić, że ów napój nazywa się purkle a sporządzony został z rośliny o nazwie penqo. Nie miałem nic do pisania musiałem zatem polegać na wymowie i na tej podstawie domyślić się formy pisemnej. Mój rozmówca jednak podkreślał, że penqo pisze się przez „q”. Po powrocie do domu podzieliłem się swoją wiedzą z naczelnikiem i w ruch ruszyła wyszukiwarka Google. Co tam na niej nie było, trudno wszystko wyliczyć, nic jednak nie podchodziło pod medycynę naturalna ani nawet nie wskazywało na jakąś okoliczną roślinę. Ponieważ Google podpowiadał nam inne rozwiązania piśmiennicze, podążaliśmy i tym tropem wciąż jednak bijąc głową w mur. Pomyślałem w końcu, że być może pisownia jest inna niż ta, którą sugerował nam nasz dostawca i wcale nie zawiera nieszczęsnego „q”. Przy penko znowu było pudło jednak penco niespodziewanie okazało się…..agawą. Rzeczywiście syropy, napoje i inne produkty medycyny ludowej z tej rośliny są bardzo popularne w Ekwadorze a nawet niektóre specyficzne tylko dla tego kraju. Pijemy zatem to dobrodziejstwo oboje, bo jak się okazało ma i na moje dolegliwości zastosowanie, a co z tego wyjdzie, ano zobaczymy.