Dlaczego Cuenca.

W naszą podróż po Ekwadorze wyruszaliśmy z mieszanymi uczuciami. Problemy z agencją spowodowały, że podniecenie wycieczkowe znacznie opadło. Byliśmy jednak już na miejscu więc nie było sensu załamywać rąk tylko korzystać z przyjemności zwiedzania.

Ekwador dzieli się na trzy strefy, wybrzeże, Andy i dżungla. Mój domowy przewodnik skreślił dżunglę jeszcze przed wyjazdem przede wszystkim z powodu klimatu. Pozostały wybrzeże i Andy. W tych rejonach poszukiwania ewentualnych ciekawych miejsc skoncentrowały się wokół Quito, Manty i Cuenki.

Stolicę Ekwadoru, którą mieliśmy okazję poznać w pierwszych dniach naszego pobytu niemal natychmiast odrzuciliśmy. Wielkie, przepełnione miasto z korkami na ulicach nie było zdecydowanie tym czego szukaliśmy.

Około półtorej godziny jazdy na północ od Quito znajdowało się małe miasteczko o nazwie Cotacachi. Zasadniczo nic specjalnego, jednak sporo Amerykanów wybierało to miejsce. Musieliśmy to sprawdzić. Otóż panuje tam dość specyficzny mikroklimat. Otoczone górami w pięknie położonej dolinie, rzeczywiście robiło wrażenie. Niestety, tu Amerykanie budowali swoje domy w ramach zamkniętych enklaw otoczonych murami. My chcieliśmy być częścią tutejszej ludności a nie separować się od niej. Poza tym wielkość miasta nie napawała optymistycznie z punktu widzenia rozrywek wszelkiego rodzaju.

Osobiście mam słabość do wody. Ocean przemawiał do mnie wielkimi literami. Manta jednak nas zawiodła. Okazała się przede wszystkim miejscem imprez i sporej ilości młodzych ludzi z całego świata. W ramach pobytu zabrano nas na wycieczkę małym busem do okolicznego parku narodowego nad oceanem. Przepiękne miejsce, znajdujące się na trasie o zachęcającej nazwie „Droga Słońca”. Wraz z nami było jeszcze pięć osób w wieku od osiemnastu do dwudziestu lat. Czuliśmy się jak rodzice grupy. Okolice Manty i Droga Słońca to wspaniałe miejsca ale i temperatura, i wilgotność też odpowiednia. Znaleźliśmy pare ciekaw miejsc w niedużej odległości od Manty, które ewentualnie mogłyby wchodzić w grę na przyszłość. Przed nami była jeszcze Cuenca.

Żeby dojechać do Cuenki musieliśmy wrócić do Quito. Przyczyna była dość prosta, jeśli ludzie latają w Ekwadorze to tylko do stolicy. Zatem połączenie lotnicze Manty z Cuencą musiało odbyć się przez Quito.

Cuenca nas kompletnie zaskoczyła. Przede wszystkim tempo wolniejsze niż w stolicy i spokojniej niż w Mancie. Ze zdziwieniem też stwierdziliśmy, że pomimo wysokości warunki pogodowe są doskonale. Poznaliśmy okolice z parkiem narodowym w Cajas a stare miasto położone na wzniesieniu bardzo nam przypadło do gustu. To był początek sporego zainteresowania Cuenką przez jedną z najbardziej popularnych stron internetowych propagujących Amerykanom życie poza krajem na emeryturze. Już w owym roku mieszkało w Cuence na stałe pare setek rodzin ze Stanów, Kanady i co ciekawe również z Australii.

Wiedzieliśmy już, że jeśli zdecydujemy się na Ekwador to tylko i wyłącznie na Cuenke. Tylko czy napewno chcemy jeszcze jednej życiowej przeprowadzki.

Na to pytanie miała nam dać odpowiedz kolejna wizyta w Ekwadorze ale już tylko ograniczona do Cuenki.

Wróciliśmy zatem po pół roku na miejsce przestępstwa. Zanim jednak do tego doszło na internecie domowa planistka nawiązała kontakt z Australijką mieszkającą w Cuence, która pracowała dla ekwadorskiego budowlańca. On właśnie odnawiał historyczny budynek w centrum miasta, w którym miało się znajdować osiem apartamentów na sprzedaż. Ceny bardzo przystępne. Po przyjeździe zamieszkaliśmy w hotelu, którego właścicielami okazali się przybysze z kraju kangurów. Oni byli tu już chwile, dzięki czemu ich hotel i restauracja stanowiły miejsce spotkań emigrantów. No i wyobraźcie sobie poznaliśmy małżeństwo on Amerykanin, ona…Polka.

Sponsorem tego wypadu był poznany na internecie budowlaniec. Starał się jak mógł aby nas zainteresować kupnem apartamentu. Nie musiał. Okolica, miasto ilość emigrantów ze Stanów i Kanady no i ta Polka zrobiły swoje.

Została tylko zaliczka i czekać. Wybór stał się ciałem.

Reklamy

Dziewięćset kilometrów w dwadzieścia godzin

Drogę z Quito do Cuenki, nie w całości ale w sporej mierze stanowi tak zwana Aleja Wulkanów. Wiele z nich pozostaje czynnych chociaż nie wykazują żadnej aktywności od dłuższego czasu. Najbliżej stolicy Ekwadoru znajduje się Cotopaxi, którego szczyt sięga niemal pięciu tysięcy dziewięciuset metrów. Wdrapywaliśmy się na niego razem z Luśką i przewodnikiem podczas naszego pierwszego pobytu w Ekwadorze, aż nie do wiary, ale to było już dziewięć lat temu. Nie była to zbyt przyjemna wspinaczka bo zbocze pokryte jest jakimś wulkanicznym popiołem i wspinaczka po nim powoduje, że się cofa, pewnie pół kroku na każdy krok do przodu. Umordowaliśmy się okrutnie. Z parkingu dla samochodów mieliśmy przejść około trzysta metrów do schroniska. Poddaliśmy się po stu metrach mając naszej języki na wierzchu jak zdyszane psy. Chcąc przytoczyć jakaś ciekawostkę na temat tego „pagórka”, rzuciłem okiem na Wikipedię i ku mojemu kompletnemu zaskoczeniu okazało się, że ostatnia erupcja tego wulkanu miała miejsce już po naszej przeprowadzce do tego równikowego kraju bo w sierpniu 2015 roku trwając do stycznia następnego roku. Właśnie z tego względu był on zamknięty dla zwiedzania, dziwne gdyby nie był. Jak mówi Wikipedia od października ubiegłego roku znowu można się na niego wspinać. Mnie tam specjalnie do tego nie spieszno, wspinam się przecież dwa razy w tygodniu do domu i to mi w zupełności wystarczy.

To była nasza pierwsza podróż tym odcinkiem drogi. Rozłożony na tylnym siedzeniu przyglądałem się po kolei wynurzającym i znikającym kolejnym szczytów wulkanicznych pagórków. Na naszej trasie znajdowały się dwa miasta zaliczane do najwiekszych tego państwa: Ambato i Riobamba. O ile z Quito droga do tej drugiej miejscowości robi bardzo pozytywne wrażenie, momentami bowiem w jedną stronę są cztery linie, o tyle z Riobamba do Cuenki to już zupełnie inna historia. W okolicach Riobamba znajduje się Chimborazo, wulkan, którego ciekawostką jest fakt, że jego szczyt, mierzony od środka naszej planety znajduje znajduje się od niego najdalej, dalej nawet niż szczyt Everestu. To jest wulkan podobno juz nieczynny, ale kto go tam wie, skoro matka natura w ostatnich latach płata nam tyle niespodzianek. „Zdechlak” ten to niespełna sześć tysięcy trzysta metrów i podobnie jak w przypadku Cotopaxi jest on częścią parku narodowego. I tu rownież pare lat temu wspinaliśmy się cała rodzinką łącznie z dzieciakami. Udało mi się dotrzeć na wysokość pięciu tysięcy metrów. Luśka polazła sto metrów wyżej, gdzie usytulowane jest jeziorko czy może nawet jezioro. Skoro jednak pływać nie można to dla mnie mało opłacalny byłby to trud. Inna sprawa, że na tej wysokości woda niezbyt do takiej aktywności się nadaje.

Przyglądałem się otaczającemu krajobrazowi z tylnego siedzenia, nie czując się najlepiej po wciąż dokuczającym mi przeziębieniu. Od Riobamba droga zmieniła się kompletnie, bardziej już przypominając to co widzę na codzień. Ekwador to wciąż kraj na dorobku, infrastruktura drogowa każdego roku się polepsza, miejscami jest ona jednak „ciężkostrawna”. Byliśmy już w podróży pewnie z osiemnaście godzin od momentu wyjazdu z domu. Nagle Javier, nasz kierowca, zatrzymał się na środku drogi. Na zewnątrz było już ciemno a po naszej linii w najlepsze ktoś zabrał się do wyprzedzania sporej kolumny samochodów. Nikt go nie chciał wpuścić, zatem kontynuował wyprzedzanie, aż dłużej tego nie mógł robić bo właśnie my stanęliśmy mu na drodze. Na szczęście zatrzymał się tuż przed nami oczekując na możliwość powrotu na swój pas ruchu. Niestety to jest dość normalne w Ekwadorze. Przepisy ruchu drogowego, podwójne ciagle linie, wszelkiego rodzaju znaki drogowe to tylko takie nieistotne bzdury na drodze, które nikogo nie obowiązują i do niczego nie zoobowiązują. Przed nami stał autobus z pasażerami, którego kierowca gdzieś się spieszył wyprzedzając na podwójnej ciągłej i do tego pod górkę. Pewnie sadził, jak kierowcy naszych VIP-ów, że jemu tak wolno. Tym razem obyło się bez kolizji ale uczucie nie było zbyt przyjemne.

Po nieco ponad dwudziestu godzinach, w tym piętnastu jazdy dotarliśmy do domu. Przejechaliśmy prawie dziewięćset pięćdziesiąt kilometrów dla trwającego około pół godziny spotkania, które okazało się nikomu niepotrzebne. Gdyby jednak nie było głupich przepisów, rozporządzeń, ustaw, nakazów to gdzie by pracowała ta banda rządowych nierobów?

Głupota ma się dobrze.

Na nic zdały się próby przełożenia rozmowy imigracyjnej Luśki. Połamany, przetrącony, żeby nie wspomnieć o niewyspaniu, o pierwszej nad ranem zaległem na tylnym siedzeniu próbując nadrobić poprzednią nieprzespaną noc. Plan był prosty; zaliczyć spotkanie z urzędasami i zaraz po nim w drogę powrotną. Samej jazdy tam i z powrotem należało liczyć około piętnastu godzin. Javier, nasz kierowca, wyglądał gotowy i wypoczęty na ten rajd. Nie zwlekając zatem wyruszyliśmy. Z wrażeń turystycznych z drogi do Quito mogliśmy kompletnie zrezygnować bo przecież poruszaliśmy się w godzinach nocnych. Poza tym próbowałem wymusić na sobie chociaż odrobine snu. Ten jednak nie chciał przychodzić bez względu na pozycje jaką przybierałem na tylnym siedzeniu. Szlag mnie trafiał z tego powodu bo czułem się coraz bardziej zmęczony. Zasnąć się zatem nie udało. Dodatkowo hektolitry wypitej witaminy c przed podróżą, teraz domagały się częstych postojów.

Na miejsce naszego spotkania dotarliśmy na dwie i pół godziny przed czasem, czyli ni w to, ni w owo, bo w sumie zbyt mało czasu żeby cokolwiek zobaczyć. Zdecydowaliśmy się zatem czekać w okolicach budynku, przy okazji nasz kierowca mógł sam teraz rozłożyć się w samochodzie i nabierać siły przed drogą powrotną. Quito to taka kicha bardzo długa i jednocześnie wąska. Ku memu zdziwieniu okazało się, że leży ono wyżej niż Cuenca bo na wysokości prawie trzech tysięcy metrów czyli o całe pięćset metrów wyżej. To właśnie w okolicach stolicy Ekwadoru przebiega równik stąd zapewne temperatura była wyższa. Zdjąłem zatem z siebie zatem podkoszulek, nie chcą się przegrzać. Zaraz jednak musiałem po niego wracać. Okazało się bowiem, że stoimy w jakimś dziwnym korytarzu. Na jednym jego końcu słonecznie, na drugim zaś wieje niczym na Grenlandii bo i sam wiatr był stosunkowo zimny. Schowaliśmy się zatem w budynku, w którym mieliśmy odbyć naszą rozmowę kwalifikacyjną. Gmaszysko wielkie i przestronne ale tylko na parterze dla obywateli. Wyższe piętra musowo zajmować musieli jacyś wybrańcy ludu, do których dostępu bronili strażnicy. Godzina naszej rozmowy okazała się picem na wodę. Dobrze, że nasza prawniczka poleciła innemu prawnikowi z Quito aby się nami zaopiekował. W przeciwnym razie ile by to wszystko trwało, Bóg raczy wiedzieć. Żaden z urzędasów nie miał dla nas czasu. Zlecili zatem przeprowadzenie rozmowy z nami, uwaga….naszemu opiekunowi. Zasadniczo to nie była nawet rozmowa tylko konieczność wypełnienia formularza osobno dla mnie osobno dla Luśki, których porównanie miało świadczyć o tym, że pozostajemy w związku małżeńskim. Jeszcze jedna urzędnicza głupota, mająca chyba tylko na celu potwierdzenie zasadności utrzymania na państwowym garnuszku niezłej rzeszy bezdusznych biurokratów. Po wypełnieniu owych kwestionariuszy musieliśmy je podpisać i tu swoją obecnością zaszczyciła nas przepracowana pani, która miała z nami niby rozmawiać ale jakoś nie bardzo miała na to ochotę. Wszystko to zajęło piętnaście w porywach do dwudziestu minut i byliśmy gotowi do drogi powrotnej. Ponad siedem godzin jazdy w jedną stronę dla dwudziestu minut wątpliwej potrzeby rozmowy. No cóż głupota ma się dobrze na całym świecie.

Warto wiedzieć wybierając się do Ekwadoru.

Nadszedł juz chyba czas by podzielić się ze wszystkimi, a szczególnie z tymi którzy chcieliby lub planują odwiedzić Ekwador lub Amerykę Południową, informacjami ważnymi z punktu widzenia turysty. Polska jako kraj Unii Europejskiej objęta jest bezwizowym wjazdem do Ekwadoru. Wizę ważną dziewięćdziesiąt dni otrzymuje się na lotnisku i nie słyszałem aby ktokolwiek miał z tym kłopoty. Należy jednak pamietać, że trzeba posiadać bilet powrotny, który mieści się w terminie dziewięćdziesięciu dni. Jeżeli ktokolwiek planuje dłuższy pobyt to musi się liczyć z kosztem $350 za przedłużenie wizy o kolejne dziewięćdziesiąt dni. Nie wiem jak oblicza się długość pobytu w innych krajach, natomiast muszę przestrzec tych wszystkich którzy myślą, że jeśli wyjada po dziewięćdziesięciu dniach z Ekwadoru do na przykład Peru i wrócą zaraz następnego dnia to otrzymają kolejne dziewięćdziesiąt dni, to są w błędzie. Wiza ekwadorska naliczana jest od momentu pierwszego wjazdu do tego kraju. A zatem jesli ktoś przyjechał tutaj powiedzmy sobie pierwszego czerwca i przebywał przez całe dziewięćdziesiąt dni tutaj, to aby otrzymać kolejna bezpłatna wizę można wrócić do Ekwadoru nie wcześniej niż pierwszego czerwca następnego roku. Oczywiście ci którzy wyjechali przed upływem dziewięćdziesięciu dni mogą wykorzystać resztę dni w trakcie następnego pobytu nawet przed pierwszym czerwca następnego roku. Dni te jednak przepadają po upływie tej daty i od nowa przysługuje nam dziewięćdziesiąt dni. Ekwador ma dwa lotniska międzynarodowe. Jedno jest w stolicy kraju Quito a drugie w największym mieście Ekwadoru Guayaquil. Quito jako miasto ma napewno więcej historii i z tego punktu widzenia jest napewno ciekawsze. Ze stolicy można odwiedzić pare bardzo ciekawych miejsc jak choćby Park Narodowy Cotapaxi z wulkanem o tej samej nazwie, który znajduje sie około dwóch godzin jazdy od Quito. W samej stolicy i jej centrum można spędzić całe tygodnie na zwiedzeniu historycznego centrum. Kolejna atrakcja będzie oczywiście równik, który przebiegu w pobliżu Quito a w jego miejscu znajduje sie muzeum i statua reprezentująca centrum kuli ziemskiej. Nie mogę zbyt wiele powiedzieć na temat Guyaquil, jako że nigdy nie spędziliśmy tam zbyt wiele czasu. Miasto to jest jednak bardzo ważnym ośrodkiem i wszyscy którzy przylatują do Ekwadoru przede wszystkim dla oceanu to tu należy rozpocząć swoją wizytę. Właśnie z Guayaquil autobusami można dostać się  prawie w każdy punkt ekwadorskiego wybrzeża. Od Machali na południu po Mantę i Bahia del Caraquez na północy. Ceny biletów autobusowych to około dziesięciu dolarów do Bahia del Caraquez, najdalej oddalonej od Guayaquil, i około pięć godzin jazdy. Jeśli ktoś chce zobaczyć Cuenkę to powinien rownież lecieć do Guayaquil skąd, autobusem w ciagu czterech godzin można dostać sie do Cuenki. Z Europy podobno najlepiej jest lecieć z Madrytu lub Barcelony. Ameryka Południowa i jej mieszkańcy to w jakimś sensie rodzina tych co wyjechali z Hiszpanii. W związku z tym podobno istnieje bardzo dużo połączeń pomiędzy Hiszpanią i wszystkimi krajami tej części świata. Inna opcja jest lot z Amsterdamu liniami holenderskimi, ten jednak podobno jest droższy. Nigdy nie leciałem bezpośrednio z Europy do Ekwadoru zatem są to tylko informacje zasłyszane. Dla tych, którzy lecą ze wschodnich stanów USA istnieją dwie znane mi możliwości. Pierwsza to bezpośredni lot liniami LAN z portu lotniczego JFK w Nowym Jorku a druga to wylot z Newarku z przesiadką w Panamie liniami Copa Airlines. Z Nowego Jorku można rownież lecieć liniami TAME, mam jednak z nimi bardzo złe doświadczenie i dlatego nie polecam. Z uwagi na miejsce zamieszkania w stanach dla nas korzystniej jest latać z Newarku a zatem liniami Copa. Lotnisko w Panamie nie należy do wielkich i bardzo łatwo sie po nim przemieszczać. Zwykle przerwa między  lotami trwa około dwóch do trzech godzin. Walutą obowiązującą w Ekwadorze jest dolar amerykański a zatem ci co mieszkają w stanach nie muszą dokonywać żadnej wymiany. Planujący pobyt w Ameryce Południowej dłużej niż dziewięćdziesiąt dni z przylotem i wylotem z Ekwadoru, muszą okazać się jakimś biletem, choćby autobusowym, że nie zamierzają przebywać tylko w tym państwie. Brak takiego „zaświadczenia” może skutkować w niewpuszczeniu do samolotu. Z niewiadomych mi przyczyn nie wolno wwozić do Ekwadoru kwoty większej niż dziesięć tysięcy dolarów, nie można rownież przekroczyć tejże kwoty przy wyjezdzie. Z innych informacji, ważne jest aby mieć jak najwiecej jednodolarówek oraz pięciodolarówek. Większość zakupów na targowiskach to są kwoty w przedziale od dolara do pięciu. Robiąc zakupy należy tak płacić aby reszta była mniejsza od pięciu dolarów. Banknot ten jest najcześciej podrabianym w Ekwadorze. Uwaga ta oczywiście dotyczy targowisk a nie sklepów. Ponieważ nic innego nie przychodzi mi do głowy, zatem jeśli są jakieś pytania z chęcią na nie odpowiem w ramach swoich możliwości.

Quito – stolica Ekwadoru

Stolicą Ekwadoru jest Quito drugie co do wielkości miasto Ekwadoru. Oryginalna nazwa miasta to San Francisco de Quito a za datę jego założenia uważa się 6 grudnia 1534 roku. Miasto rozciąga się na powierzchni około 4220 kilometrów kwadratowych na wysokości ponad 2800 nad poziomem morza. Zgodnie z ostatnim spisem powszechnym z 2014 roku miasto zamieszkuje nieco ponad 2 miliony 600 tysięcy ludzi. Ulokowane jest ono w dolinie na wschodnim zboczu wciąż czynnego wulkanu Pichincha, który jest częścią łańcucha Andów. Oryginalnie tereny te zamieszkiwane były przez Indian zwanych Quitu. Szczep ten został pobity i pokonany przez Indian Caras w 980 rok. Niecałe 500 lat później ci z kolei zostali pokonani przez Inków w 1462 roku. W ten sposób Quito stało się integralna częścią królestwa Inków. Nie trwało to jednak długo bo w 1534 Inkowie zostali podbici przez Hiszpanów. Poprzez cały 1534 rok Inkowie wciąż stawiali opór. Gdy jednak ich przywódca Ruminahui został pojmany miasto oficjalnie zostało założone. Za jego twórcę uważa się Sebastiana de Benalcazara. W lutym 1556 roku miasto otrzymało tytuł Wielce Szlachetnego i Lojalnego miasta Świętego Franciszka z Quito a za dzień w którym to nastąpiło uważa sie za początek rozwoju miasta. W 1563 roku zostało stolica dystryktu administracyjnego Hiszpanii i weszło w skład Vice Królestwa Peru. W 1978 Quito wraz z Krakowem zapoczątkowały listę dziedzictwa kultury UNESCO. Centrum Quito wraz z jego najcenniejszymi zabytkami znajduje się około 25 kilometrów na południe od równika, granice miasta sięgają jednak niemalże do samego równika. Centrum miasta zajmuje około 320 hektarów a na nim są niezliczone ilości zabytków, pomników i innych obiektów historycznych. Najbardziej znane z nich to: Corondelet Pałace z którego urzędy sprawuje rząd Republiki Ekwadoru. Znajduje się on w centrum Płaza Grande znanej tez jako Plac Niepodległości. Inne zabytki centrum to; Basilica del Voto Nacional, Cathedral of Quito, Church of La Campania de Jesus, Church of San Francisco, Church of El Sagrario, Church of Santo Domingo. Centrum zabytkowe Quito słynie z największej ilości zabytków pozostawionych niemal w niezmienionym stanie I pod tym względem jest ewenementem na skalę obu Ameryk. W zachodniej części miasta znajduje się wzgórze o nazwie El Penicillo na nim został postawiony w 1976 roku pomnik Maryi Dziewicy, który jest widoczny z każdej części miasta i stal się jego wizytówką. Wewnątrz pomnika znajduje się wieża widokowa z której roztacza się niesamowity widok na miasto. Miejsce to jest niewątpliwą atrakcja turystyczna stad w jego okolicach mnóstwo restauracji oraz mniejszych i większych sklepików z pamiątkami. Wzgórze znajduje się na wysokości ponad 3000 metrów nad poziomem morza. Równie popularna jest powietrzna kolejka linowa zwana TeleferiQo. Kolejka ta przedostaniemy się na wzgórze Cruz Loma, które usytuowane je na wschodniej stronie wulkanu Pichincha na wysokości ponad 4100 metrów.  Znajdują się tutaj niezliczone szlaki dla piechurów oraz wiele innych atrakcji turystycznych. Z uwagi na wysokość należy pamiętać o cieplejszej odzieży. Na tej wysokości jest już o wiele chłodniej niż w samym mieście oraz o wiele wietrzniej. Stąd również roztacza się niezapomniany widok na Quito. Stolica Ekwadoru obok największego jego miasta Guayaquil, to jedyne miasta, które posiadają międzynarodowe połączenia lotnicze. Z tego tez względu z Quito rozpoczyna się większość wycieczek, które przybywają do Ekwadoru. Sam fakt odległości miasta od Centrum Ziemi oraz równika powoduje duże zainteresowanie turystów z rożnych stron świata. W niedużej odległości od Quito znajdują się również termy uważane za jedne z najlepszych w Ameryce Południowej. Wielu turystów udaje się również do znanej ze swych targów miejscowości Otavalo, która znajduje się około dwie godziny jazdy na północ od Quito. Tu znajduje się najbardziej znany targ oferujący rękodzieło w każdej formie charakterystyczne i wyprodukowane tutaj w Ekwadorze. Jeszcze parę minut jazdy na północ i docieramy do miasta Cotacachi, które znajduje się w przepięknej dolinie pełnej słońca i oferuje bardzo specyficzny i ciepły mikro klimat. Miasto słynie z rękodzieła skórzanego i tutaj można kupić wyroby ze skory po prawdopodobnie najlepszych cenach w Ekwadorze. Miasteczko to upodobali sobie emeryci z całego świata. Można tutaj natknąć się na nich niemal w każdej kafejce czy restauracji. Fakt ten jest dodatkowym magnesem przyciągającym coraz to większe rzesze zainteresowany emerytura w Ekwadorze. Quito i jego okolice na pewno zajmą każdemu wystarczająco dużo czasu i na pewno zachęcą aby zobaczyć więcej Ekwadoru. Zaczynamy zatem najpierw od Quito bo naprawdę warto.