Brawo Naomi.

Od minionej soboty trwa w mediach dyskusja na temat finału US Open kobiet. Mecz o mistrzostwo mężczyzn przeszedł bez echa, odbył się i tyle. Lubię tenis i wolę go w wydaniu kobiet. Pewnie jestem seksistą, według mamy o nazwisku Serena Williams. A ja po prostu wolę go dlatego, że zwycięzca, w przeciwieństwie do mężczyzn, tutaj jest mało przewidywalny. Są faworytki oczywiście ale to mało w tej chwili znaczy. Era sióstr Williams powoli dobiega końca co powoduje, że każda zawodniczka może wygrać najsilniej obsadzony turniej. I to mi właśnie odpowiada. Z nadzieją patrzę na falę naszych zdolnych tenisistek z Igą Świątek na czele, która zapewne już wkrótce minie w rankingach przemęczoną tenisem Agnieszkę Radwańską.

W Nowym Jorku przedstawicielka tej nowej fali mocno wlazła za skórę niezwykłej przegrywać, zwłaszcza w finale, Serenie Williams. Zawodniczka z kraju kwitnącej wiśni, o dziwo tego samego koloru skóry co jej przeciwniczka, nie pozwoliła na zbyt wiele gasnącej gwieździe tenisa amerykańskiego, a tej krew się musiała mocno gotować w żyłach. Nerwy wreszcie puściły gdy została upomniana o niedozwoloną pomoc trenera z trybun. Nawiasem mówiąc to jakaś paranoja, że w trakcie meczu tenisista nie może otrzymywać wskazówek od swojego trenera. To chyba jakiś debilny przeżytek tylko w tej dyscyplinie sportu. Tak czy inaczej, przepis jest przepisem. Status gwiazdy i gra przed własną publicznością, według Sereny, powinien dawać jej tylko jej zrozumiałe przywileje. Wydarła się zatem na „bezczelnego” sędziego oskarżając go o rożne różności z seksizmem, rasizmem, złodziejstwem na czele. Ona, matka córki, którą stara się wychowywać w poszanowaniu najwyższych wartości, nie mogła się na takie zachowanie arbitra zgodzić. Sytuacja wyglądała wręcz groteskowo, zwłaszcza, że do udziału włączył się patriotyczny tłum kibiców, wygwizdując niewinnego arbitra. Gwoli bycia fair, nie dziwię się kibicom, zapewne w każdym innym kraju sytuacja byłaby podobna gdyby sędzia ukarał faworytkę tłumów. Zastanawiam się jednak na kogo by buczeli kibice gdyby sytuacja się odwróciła i to Japonka opluwała by sędziego stekiem wyzwisk? Tłum rządzi się jednak swoim prawami, do których zapewne nie należy obiektywizm. Tak było, tak jest i tak będzie.

Serena została ukarana za swoje zachowanie co powinno świadczyć, że jednak było ono conajmniej niestosowne jeśli nawet nie chamskie. I co z tego? Do głosu doszły „mądre głowy” o znanych nazwiskach, stając murem po stronie tego czego bronić się nie powinno czyli pospolitego chamstwa. Koronnym ich argumentem jest przymykanie oczów na męskie chamstwo wsród tenisistów. Może i to ma miejsce. Czy to jednak może być usprawiedliwieniem zachowania Amerykanki? Mądre głowy nie mają nic przeciwko męskiemu pluciu pod warunkiem, że będzie na to przyzwolenie kobietom. Miast domagać się wyrugowania chamstwa z kortu tenisowego bez względu na płeć zawodników, wolą równouprawnienie. Seksizm i rasizm to dzisiaj bardzo mocne karty jeśli nie najmocniejsze w całej talii poprawnie politycznych zachowań. Nawet jeśli bronią tak karygodnych zachowań jak to Sereny Williams z sobotniego finału.

Na tym tle Naomi Osaka, pogromczyni gniewnej tenisistki ze Stanów, wyglądała jak jakiś dziwoląg, wykonując tradycyjny japoński ukłon pod każdego adresem z Sereną Williams na czele, choć ta niewątpliwie bezkrytycznie zgnoiła ten wielki dzień w jej karierze. Brawo Naomi.

Reklamy

Status gwiazdy

Koniec sierpnia i początek września to tradycyjnie termin wypełniony imprezami sportowymi. Nie wiem czy to tylko jest tak w tym roku czy zawsze. Trwają mistrzostwa Europy w siatkówce, rozpoczęły się w koszykówce, eliminacje do mistrzostw świata w piłce nożnej, rozgrywki ligowe, kolarstwo w Hiszpanii i oczywiście jeden z największych turniejów tenisowych, cześć wielkiego szlema, czyli US Open. W rym roku bez Sereny Williams, która została właśnie matką. Po raz pierwszy od ponad roku pojawiła się za to inna jego gwiazda Maria Szarapowa. Rosjanka nie cieszy się zbyt wielką sympatią wsród zawodniczek. Złapana na dopingu, straciła nie tylko sporo pieniędzy ale rownież i respekt wielu tenisistów. Wzbudza wiele krytyki szczególnie za sposób w jaki jest traktowana przez organizatorów wszelkich turniejów. Nie grając od ponad roku jej miejsce w klasyfikacji powoduje, że powinna brać udział w eliminacjach przedturniejowych. Tak się jednak nie dzieje bo na ogół otrzymuje od każdego dziką kartę. Nie jest to oczywiście dobry przekaz dla innych zawodników, szczególnie dla tych co zaczynają dopiero sportową karierę. Status gwiazdy, pozwolił zatem Szarapowej na udział w US Open bez eliminacji. W tym roku w turnieju na nagrody przypada ponad pięćdziesiąt milionów zielonych, z tego na zwycięzców w turnieju indywidualnym po trzy miliony siedemset tysięcy na twarz. Reklamodawcy płacą krocie za swoje wizytówki na kortach i zapewne chcą aby były one widoczne na każdym kroku. Kort centralny znany jako Arthur Ashe to najdroższe miejsce. Może pomieścić ponad dwadzieścia tysięcy kibiców. Ci natomiast lubią gwiazdy, nawet jeśli kiedyś się szprycowały. Tak więc Szarapowa nie dość, że dostała dziką kartę, to występuje ekskluzywnie na właśnie korcie centralnym. Skrytykowała to Caroline Woźniacki, ale mało kogo to obchodzi. Status gwiazdy, jakim cieszy się Rosjanka przyciąga kibiców a im jest ich więcej tym bardziej prawdopodobny jest sukces reklamodawcy. Pieniądze konsekwentnie psują sport, niestety od tego nie ma ucieczki, bo wyczyn dzisiaj kosztuje. Szkoda jednak, że niszczone są przy okazji dobre obyczaje, jeśli w ogóle to określenie jest dzisiaj rozumiane. Promowanie kogoś kto walczy nieczysto jest złym przykładem dla każdego i powinno być piętnowane. Za parę lat ci ludzie, którzy klaszczą Szarapowej na trybunach będą się dziwić skąd ich dzieci biorą złe przykłady. Zysk stał się kluczem do wszystkiego i ja to rozumiem, byle tylko nie za wszelka cenę. Nasi tenisiści niestety kompletnie zawiedli. Radwańska sprawia wrażenie zmęczonej swoją karierą i przyjeżdża bardziej chyba po wypłatę niż żeby gdziekolwiek w turnieju dojść. Przegrała o wejście do szesnastki z tenisistką, która gra singla, debla i w grze mieszanej. Na korcie to jednak Radwańska wyglądała bardziej zmęczona. Nie wyszedł debel ani Kubotowi, ani Matkowskiemu. Pozostały nam jeszcze dwie pary w grze mieszanej i juniorzy, wśród których Maja Chwalińska wygląda bardzo obiecująco. Na koniec jeszcze słowo o „wyciu” na korcie. Wszystko zaczęło się od Moniki Seles, która doprowadzała przeciwniczki do białej gorączki swoimi wrzaskami. Próbowano walczyć, ale na niewiele się to zdało. Wrzaski, sapanie, mruczenie, jęki to dzisiaj norma. I tu muszę wrócić ponownie do Szarapowej, bo to jej z pełnej piersi ni to okrzyk, ni to jęk jest wręcz nie do zniesienia. Obserwując w zwolnionym tempie jej uderzania i patrząc na jej twarz odnosi się wrażenie, że ma to zabarwienie swego rodzaju złości, która zostaje wyładowana na piłce. Podobno na te jej sapanie dał się złapać jeden z muzyków znanej rockowej kapeli, licząc na podobne emocje w chwilach intymnych. Zawiódł się jednak srogo, bo miast egzaltacji poczuł Sound of Silence.