Wieczorna niespodzianka

Równikowe położenie Ekwadoru sprawia, że przez dwanaście miesięcy w roku dzień trwa dwanaście godzin i tyleż samo noc. Zaczyna świtać w granicach szóstej a po całym dniu zmierzch rozpoczyna się również około szóstej tyle, że oczywiście wieczorem.

W zależności od zachmurzenia, zrób zapada odrobinę szybciej lub odrobine później. To może sprawiać wrażenie, że niektóre dni są krótsze, inne natomiast dłuższe. Nic z tych rzeczy. Doba podzielona jest równomiernie na dwunastogodzinny ranek z dniem i tyleż samo trwający konkubinat wieczoru z nocą.

Tak tytułem wprowadzenia bo ostatniego wieczoru niebo kompletnie nas zaskoczyło. Dzień był wyjątkowo łaskawy i słoneczny. Chmury próbowały go nam zrujnować od czasu do czasu przysłaniając słońce i odgrażają się deszczem. W pewnym momencie nawet coś zaczęło kapać nam na głowy. To był jednak taki przelotna i kapryśna niebieska próba zepsucia nam dnia.

Zgodnie ze swoim dziennym rozkładem słońce zaczęło chylić się zachodowi w granicach szóstej. Wciąż jednak jeszcze było widno gdy niespodziewanie na niebie pojawiło się to oto cudo.

Zdążyliśmy z naszymi komputero-aparatami wypaść na zewnątrz

Nie trwało to dłużej niż trzy, cztery minuty, po chwili tęcza znikła

W jej miejsce niebo jakby zapłonęły niespodziewanie.

Lecz i ta czerwień po chwili zaczęła łagodnieć.

I nastała noc.

Noworoczne kwiaty czyli okoliczna przyroda

Musieliśmy jakoś zbić kilogramy bożonarodzeniowe. Udaliśmy się zatem na spacerek po okolicznych górkach. Grudzień a zwłaszcza jego końcówka wreszcie wynagradza nam cierpienia związane z pogodą. Słońce przypomniało sobie o zmoczonym Ekwadorze ku pokrzepieniu naszych serc.

Nic tylko spacerek bo to i dla zdrówka dobre no i kalorie po pysznosciach świątecznych też dobrze byłoby zgubić. Zaopatrzeni w telefoniczno-komputerowe kamery wyruszyliśmy przypomńiec sobie okoliczne widoki. Postanowiłem skoncentrować się tym razem na przyrodzie. Oto co z tego wyszło.

Tylko błagam nie pytajcie mnie o nazwy. W tajemnicy powiem wam, że to dla mnie ma jedna wspólną nazwę: Fiotki.

Koliber, ptak lokalny

Jednymi z popularniejszych ptaków w naszej okolicy są koliberki. Jest ich w tej okolicy dość sporo. Są jednak ciężkie do sfotografowania. Chociaż nie całkiem do końca. Sąsiedzi maja specjalny dla nich karmnik, który służy również jako wabiki. W trakcie jednej z moich wizyt u nich udało mi się je złapać na mój telefon.

Wiele o nich nie wiedziałem. Skorzystałem zatem z Wikipedii. Oto najciekawsze informacje:

Są najmniejszymi ptakami świata. Ich wielkość waha się w granicach od 6 do 22 centymetrów a waga od 2 do 20 gramów.

Z uwagi na szybki metabolizm, jedzą dwukrotnie więcej niż ich masa ciała

Ich serce bije od 500 do 600 razy na minutę. Może jednak osiągnąć nawet 1260 uderzeń.

W nocy zwalniają metabolizm, popadając w odrętwienie. Ich serce bije wtedy od 50 do 180 razy na minutę

Samce są większe od samic

Pióra rozszczepiającym światło, nadając ptakom barwny wygląd. Posiadają jednak tylko dwa barwniki: czarny i brązowy

Aby zachowały swoje właściwości, pióra musza namakać, co zapewnia, kąpiel, deszcz lub mgła

Maja bardzo krótkie nogi o czterech palcach

Tempo uderzeń skrzydłami zależy od wielkości ptaka i waha się od 10 do 90 uderzeń na sekundę

Osiągają prędkością do 120 km/godzinę

Potrafią unieść się pionowo i zacisnąć w powietrzu. Latają również na boki

Samica znosi najczęściej dwa jaja

Okres wysiadywania trwa od 14 do 19 dni

Jajo kolibra waży 0.25 grama.

Na drodze.

Nasza droga do autobusu to taka alejka pośród drzew. Liczy sobie ona około pięć kilometrów. W początkowej fazie drzewa znajdują się po obu stronach. Po przejściu około kilometra zaczynają się pastwiska. Teren się bardziej wyrównuje stąd został zaadoptowany na potrzeby bydła. Jednak po przejściu kolejnych dwóch kilometrów wszystko się zmienia. Znowu po jednej ze stron pojawia się przepaść a po drugiej skalista grań, która został obcięta na potrzeby wykonania drogi.

Dojście do autobusu zajmuje nam mniej więcej godzinę. Ponieważ odwiedzamy Cuenkę ostatnio raz w tygodniu to jest to świetny spacer. Bez pośpiechu. Krajobraz miejscami przy pogodnym niebie zapiera oddech w piersi. Powietrze, jak to w górach, w trakcie naszej porannej wyprawy jest dość chłodne o każdej porze roku. Gdy jednak wracamy ociepla się i jest bardzo komfortowo na każdej wysokości. W sumie te pięć kilometrów to różnica około pięciuset metrów w wysokości nad poziomem morza.

Droga powrotna jest oczywiście bardziej wymagająca. Trzeba się teraz wspiąć. Gdy jednak nigdzie się nam nie spieszy i czas nie odgrywa żadnej roli, to można się wspinać, pod warunkiem, że zakupów nie mamy na plecach. Na powrót z zakupami mamy zawsze dwie opcje. Pierwsza to nasz taksówkarz z Cuenki, którego koszt to piętnaście dolców. Druga to nasz pracowity Pepe, który zjeżdża po nas do przystanku autobusowego a potem wywozi nas do góry. W tym przypadku musimy dojechać autobusem z Cuenki z naszymi zakupami. Trochę to uciążliwe ale oszczędzamy całą dychę, bo wyjazd z Pepe kosztuje nas piątkę. Kogo zatrudnimy, często decyduje o tym pogoda i wielkość zakupów.

Moja autostrada

A przy niej różnorodność

Na skałach też coś rośnie.

I jeszcze taki drzewko z widoczkiem

Magiczna taksówka i Isla de la Plata

Drugi i ostatni dzień pobytu w Puerto Lopez mieliśmy zaplanowany na zwiedzanie wyspy o uroczej nazwie Isla de la Plata. W wolnym przełożeniu to Wyspa Pieniędzy. Ponoć sam Drake, znany angielski pirat, miał na niej swoją kryjówkę. Potem ktoś odkrył tam jakieś stare monety stąd owo miejsce nazwano właśnie Isla de la Płata.

W dniu przyjazdu nasz naganiacz przygotował dla nas miejsce na łódce, która miała nas zabrać na oddaloną o czterdzieści dwa kilometry wyspę. Nasz hotel znajdował się dość daleko od przystani, więc zgodziliśmy się na dopłatę ekstra dolara do taksówki na przystań.

Rano w naszym hotelu pojawił się przewodnik, który miał nam towarzyszyć. Razem z nami płynęło jeszcze szesnaście osób, które należało zebrać z różnych punktów i zaprowadzić najpierw do agencji organizującej całe przedsięwzięcie a potem na przystań. To oznaczało oczywiście, że z taksówki będą nici a nasz naganiacz pobrał od nas ekstra prowizje za swoje usługi. Na szczęście były to tylko dwa dolce, przejazd na przystań i powrót z tejże do hotelu. To była taka magiczna taksówka, której nie było.

Reszta, na szczęście odbyła się bez większych przygód. Po nieco ponad godzinie dopłynęliśmy do celu podróży. Ostatnio tak się zdarza, że wśród uczestników eskapad, w których bierzemy udział my jesteśmy najstarsi. Nie inaczej było i tym razem. Dwie studentki z Belgii, paru Ekwadorczyków jeszcze jakaś młoda dziewczyna gdzieś z Argentyny i uwaga, dwie Słowaczki. Próbowałem im sprzedać naszego Milana, bezskutecznie.

W programie wycieczki poza zwiedzaniem było nurkowanie w okularach w okolicach wyspy. Odpuściłem to jednak, bo woda była odrobine zbyt chłodna a ja na plecach, nie wiedzieć czemu odczuwałem jakiś dziwny żar.

Isla de Ła Plata była kiedyś miejscem zamieszkałym. Niestety fenomen El Niño spowodował, że w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku nie spadła tam przez trzy lata nawet jednak kropelka deszczu. To spowodowało ucieczkę wszystkich mieszkańców na stały ląd. Potem kupił tą wyspę były wiceprezydent Ekwadoru i zorganizował sobie na niej miejsce polowań na kozice. Bawił się tak skutecznie, że wybił te zwierzaki co do jednego. Wreszcie i jego stamtąd przepędzono i wyspa stała się parkiem narodowym. I tak jest do dzisiaj.

Miejsce to ma swoją drugą nazwę, Galapagos dla ubogich. Wycieczka na znane wszystkim Galapagos jest dość kosztowna. My za nasza eskapadę zapłaciliśmy cztery dychy od osoby i zobaczyliśmy, podobno, wszystko co jest do zobaczenie na sławnych żółwich wyspach, przy okazji szlifując…słowacki.

Wyspę aktualnie zamieszkuje ptactwo wszelkiej maści i oczywiście żółwie. Te ostatnie widzieliśmy w wodzie. Ptaki natomiast, szczególnie głuptak niebieskonogi niewiele sobie robiły z naszej obecności. Oprócz niego drugim ptakiem, który zdominował wyspę była fregata. To jednak ten o niebieskich łapach okazał się bez bardziej niebezpieczny. Dodatkowo wyszło na to, że właśnie miały miejsce gody owych ptaków i samiec w obronie swojej partnerki był zdolny nawet zaatakować. Były zatem miejsca na trasie, w których na szlaku zabawiała się parka w my musieliśmy im zejść z drogi. Nasz przewodnik cały czas przypominał nam o strefie i czasie erotycznych rozgrywek pomiędzy ptakami. Głuptaki w parze wytrzymują ze sobą siedem miesięcy, to jest dokładnie tyle ile potrzebują na wychowanie i usamodzielnienie się swoich pociech. Potem on w swoją stronę ona w swoją, bez specjalnych kłótni.

Podobnie dzieje się wśród fregat. Tu jednak samica sama sobie wybiera partnera. Jej decyzja oparta jest na wielkości czerwonego wola, im większe tym podobno osobnik rokuje nadzieje na zdrowe potomstwo. Prosta zasada zdająca się pracować. Gamonie z mniejszym wołem po prostu muszą poczekać aż im wole urośnie. Tyle na temat wielkości, wola oczywiście.

Sam żyję wśród dzikiej przyrody, jednak ta wyspa to zupełnie inne przeżycie. Popatrzcie sami.

Isla de la Plata

Pan Głuptak i pani Gluptakowa

Pan Głuptak miał ochotę na wymianę zdań

Ten kaktus a zasadniczo sok z niego ma właściwości lecznicze. Pity w nadmiarze może przenieść chętnego w lala land. I świat wtedy staje się jeszcze piękniejszy

Ten z czerwonym wolem pan Fregata, ma największe szanse u dziewczyn.

Do zobaczenia dzika wyspo, pozostań dzika.

A gdy słońca brak.

W poprzednim moim wpisie zaprezentowałem zdjęcia gdy słonko zagląda nam do okien. Niestety tak się nie dzieje zawsze. Przez ostatnie dwa lata dokucza nam El Niño. To taki klimatyczny ewenement spowodowany wyjątkowo ciepłą wodą w oceanie. Nie każdego roku ma tak silny wpływ na klimat na kontynencie. W ostatnich latach jakby się uwziął na Ekwador i nie ma najmniejszego zamiaru popuścić. Jego głównym efektem są oczywiście wzmożone opady deszczu. Z tego co mówią ludzie odwiedzający wybrzeże, mocno ono ucierpiało z powodu nadmiaru opadów.

Nie inaczej jest i u nas. Nie wiem jak te chmurzyska mnie tu znalazły, ale zdecydowanie mają negatywny wpływ na mój humor. Prawdę mówiąc w tym roku nie mieliśmy zbyt wiele ciepła w tradycyjnie letnich miesiącach czyli styczniu i lutym. Grunt jest tak mocno nasycony wodą, że jej więcej nie może przyjąć. Nie jest to dobre dla roślinności. Przyroda jednak jakoś sobie z tym musi poradzić. Zbliża się maj, który zwykle jest dość mokry. Co będzie w tym roku? Ano zobaczymy.

Jak El Niño potrafi zmienić to co tak pięknie prezentuje się w słońcu?

Ano sami zobaczcie.

To jest cuenkańska strona

To centralna w kierunku lewej

A to na wprost

Niby wciąż zielono, ale czegoś brakuje.

Huraganowe kobitki

Jak niemal każdego roku, wrzesień to termin moich podróży. Znając termin, w którym chcę lecieć, z odpowiednim wyprzedzeniem, poszukuje biletów starając się znaleźć jak najkorzystniejszej ceny. Tak też było i w tym roku. Kiedy jednak pani Irma Huraganowa zaczęła się coraz bardziej rozpędzać, zmierzając w kierunku przez, który będę przelatywać zacząłem mieć obawy co do mojego lotu. Za późno jednak na zmiany. Zatem pełen niepewności wyruszyłem dzisiaj w trasę, która z Ekwadoru wiedzie do Panamy a stamtąd do Stanów. Pierwsza część nie koliduje z podmuchami pani Irmy, zatem wylecę zgodnie z planem. Zgodnie z zapewnieniami obsługi linii lotniczej, drugi lot nie jest rownież zagrożony. Przed wyjściem z domu patrzyłem jeszcze na informacje dotyczące ruchów niebezpiecznej Irmy. Wygląda, że traci impet, tyle że informacje dotyczące prędkości wiatru jak również kierunku, w którym się ona przypuszczalnie będzie poruszać, zmieniają się z godziny na godzinę. W całym tym zamieszaniu i tak mogę mówić o odrobinie szczęścia. Ostatnio bowiem lataliśmy właśnie przez Miami, a tamtejsze lotnisko w związku z huraganem zostało zamknięte. Tegoroczne anomalia pogodowe zdają się zatem kontynuować. W Ekwadorze mieliśmy wyjątkowa ilość opadów deszczu w porze mokrej, nie notowanych od ponad trzydziestu lat. Polskę nie tak dawno nawiedziło tornado, teraz Irma dewastuje Karaiby. Huragany w tej okolicy to nic nowego. Irma jednak swoją siłą, zgodnie z tym co mówią media to najmocniejszy huragan w historii tego rejonu. Kolejne mniejsze i większe wyspy zostają po przejściu Irmy kompletnie zdewastowane a turyści uwięzieni na bliżej nieokreślony czas. Co gorsze Irmę goni nijaki Jose, trochę słabszy ale w kontekście szkód wyrządzanych przez kobitkę może tylko dołożyć do i tak już sporych strat materialnych. I tym razem okazało się, że pieniądze nie zawsze pomagają w kontaktach z naturą. Właściciel linii lotniczy Virgin Airlines, Richard Bronson, który jest posiadaczem jednej z wysepek na trasie huraganu też nie został oszczędzony a on sam wraz ze swoim gośćmi musiał się chować w piwnicy. Nikomu się, na szczęście nic nie stało. Przyroda jednak jeszcze raz udowodniła, że w walce z nią jedyne co możemy zrobić to się przygotować do jej złego humoru i to w zasadzie jest wszystko. Ostatnio tak dużo mówiliśmy o kobietach przy okazji Katriny, która mocno dala się we znaki Nowemu Orleanowi. Irma pewnie nie będzie łagodniejsza. Cóż z dziewuchami lepiej nie zadzierać, zwłaszcza gdy są w złym humorze.

Jaka jest na dzień taki rada

Jaka jest na dzień taki rada

Gdy od rana do wieczora deszcz pada
Jak  nie stracić do wszystkiego smaku
I nie dostać depresji ataku
Gdy z nieba leje się woda 
I nawet okoliczna przyroda
Zdaje się być zniesmaczona
I choć odrobiny słońca spragniona
A ono przez chmury przebić się nie może
Pomóż mu choć trochę Panie Boże.
Bo zaczynam tracić zmysły
A po głowie takie chodzą mi pomysły 
Że aż jestem sobą przerażony
To chyba nie jest normalne – pytam żony
A ona tylko na mnie spojrzała
I serdecznie się roześmiała
Podnosząc krwi mojej ciśnienie
I wywołując we mnie zdziwienie
I tak do mnie moja kobieta rzecze
Odrobina deszczu jest potrzebna przecież
Ale to już tydzień pada
Sfrustrowany tak jej odpowiadam
Od jakiego tygodnia, zaledwie od godzin paru
Zamiast marudzić wziąłbyś się do garów
Ale tobie w głowie tylko są głupoty
A koło domu tyle jest roboty
Ale przecież pada – bronię się jak mogę
No to weź się za podłogę
Dawno już nie była myta
I brudniejsza od świńskiego jest koryta
I juz miałem zacząć swe włosy wyrywać z głowy
Prawie byłem z okna rzucić się gotowy
Gdy nagle przez szybę jakby coś zajaśniało
Jeszcze pomału, jeszcze nieśmiało
Jakby niepewne swego miejsca było na niebie
Słoneczko zrozumiało, że jestem w potrzebie
I choć chmury nie bardzo ustąpić chciały
Rumieńcem wstydu się jednak oblały
Bo to już nie tylko o mnie chodziło
Za słońcem wszystko co żywe tęskniło 
I rozstąpiły się wreszcie ciemne chmurzyska
I cała przyroda znów życiem tryska
Z naturą walczyć się nie da i nie wypada
Taka jest na deszczowy dzień moja rada
Nie szukaj rownież pomocy u swojej żony
Chyba, że pracy jesteś spragniony 

Trzęsienie ziemi w Ekwadorze

Tego artykułu wolałbym nie pisać. Czuje się jednak coraz bardziej emocjonalnie związany z Ekwadorem zatem pominięcie ciszą tego co się stało w sobotę szesnastego kwietnia tego roku nie byłoby w porządku. Matka natura przypomniała o sobie nawiedzając wybrzeże Ekwadoru potężnym trzęsieniem ziemi. Pomimo, że jego epicentrum było około pięćset kilometrów na północ ode mnie to jednak i w Cuence można było poczuć wstrząs. Ponieważ wszystko to stało się w sobotę późnym wieczorem nikt nie zdawał sobie sprawy z ogromu tragedii aż do niedzielnego ranka. Pierwsze informacje docierające z terenów dotkniętych nie napawały żadnym optymizmem. Około 80% wybrzeża Ekwadoru zostało dotknięte kataklizmem w mniejszy lub większy sposób. Najbardziej jednak ucierpiała północna cześć wybrzeża. Jest to okolica, którą wielokrotnie odwiedzałem i którą szczególnie sobie upodobaniem. Słabo skomercjalizowane małe osady rybackie miały w sobie to coś czego szukają ci, którzy pragną odrobiny spokoju i ciszy. Wsród tych małych plaż znajdowała się Canoa spokojne miasteczko, które szczególnie upodobali sobie nastolatkowie na weekendowe wycieczki. Było w tym wszystkim coś niezwykłego co mocno kojarzyło mi się z moimi czasami studenckimi. Szukający luksusu czy programów typu wszystko zapewniamy w cenie wycieczki mogli śmiało zapomnieć o tym miejscu. Oboje z żoną zachwycaliśmy się jednak okolicą, naturą i dzikimi płazami obok tych trochę skomercjalizowanych. Nie ma juz tego miejsca. Canoa, zgodnie z doniesieniami została kompletnie zdewastowana. Fakt bycia tam i możliwość poznania i ludzi, i okolicy powoduje, że odczuwam tą tragedie bardzo personalnie. W niedalekiej Bahii del Caraquez poznaliśmy Edytę i Zbyszka. Przyjechali tu ze Stanów i już zostali. Prowadzą web site Nasz Ekwador, na którym dzielą się swoją wiedzą na temat życia w Ekwadorze. Przez ponad trzydzieści sześć godzin nikt o nich nic nie wiedział. Odnaleźli się wreszcie ku mojej wielkiej radości. Bahia i Canoa to tylko malutka cześć wybrzeża. Kataklizmem zostało dotknięte w granicach osiemdziesięciu procent całej linii brzegowej Ekwadoru. W momencie pisania tego tekstu potwierdzono już 350 ofiar w tym rownież turystów zagranicznych. Nadciąga też pomoc humanitarna z całej Ameryki Południowej i Łacińskiej. Prezydent Ekwadoru będący jeszcze w sobotę we Włoszech juz w niedziele był ponownie w swojej rezydencji a wieczorem wizytował miejsca dotknięte kataklizmem. W Cuence powstają miejsca, które zbierają wszystko co się może przydać dotkniętym nieszczęściem. To bardzo budujący obrazek, tylko dlaczego musimy czekać na nieszczęścia żeby być razem? 

Trzęsienie ziemi zachwiało spokojem i ciszą jakie są tutaj moim udziałem i które sprawiały mi tyle radości. Mam wiele respektu i szacunku dla przyrody i natury. Chociaż są one w swoich prawach czasami bezwzględne to wolę je niż prymitywną ludzką nienawiść. Zostanę tutaj, przynajmniej na razie.