Na bosaka

Nasza hacjenda ma dwa wyjścia. To główne przez, które wychodzimy na zakupy i przyjmujemy gości oraz ogrodowe. Z tego ostatniego korzystamy oczywiście częściej bo i więcej czasu spędzamy w ogródku, i po tej stronie domu, niż z jego frontu.

Kiedyś, w czasach słusznie minionych, naszym marzeniem było posiadanie własnego M ileśtam. Chyba tylko dlatego, że tak trudno o nie było. Teraz nam się zmieniło. Dom stał się naszą wręcz potrzebą. Jest to niewątpliwie wymagająca zachcianka, bo jak mówią koło domu zawsze jest coś do zrobienia. Koło mojego wyjątkowo dużo jeśli weźmie się pod uwagę, że moje szczęście ma sokole oczy. Wypatrzy wszystko.

Dom ma jednak swoje zalety. Dla nas najważniejsze jest, że wokół niego mamy sporo prywatności. Kiedyś mieliśmy podobny domek w Stanach. Mieszkaliśmy jednak w zamkniętym osiedlu. No i to okazało się problemem. Niespodziewanie nie mogliśmy zrobić nic bez zgody większości osiedlowej. Jako właściciele domu mieliśmy więcej obowiązków niż praw. Lubiłem dom ale ci ludzie doprowadzali mnie do skrajnej rozpaczy. Nie mogliśmy na przykład wywiesić prania na zewnątrz bo już jakiś nawiedzony Kaczyński czyli ichni Smith mamlał coś o negatywizmie wizualnym. Mógł człowieka szlag trafić z tą bandą. Najgorsi zdecydowanie są właśnie ci mali ludzie gdzieś na dnie władzy. Daj im jej odrobinę a oni potrafią ci tak wleźć za skórę jak mało kto.

Nie mamy tego tutaj. Nikt mi nie mówi co mi wolno czego nie. Zatem wszystko urządzamy sobie tak jak nam się podoba. To było nam bardzo potrzebne.

Otoczenie wycisza i uspakaja a jak jest do tego słoneczko to nie ma jak na bosaka po jeszcze mokrej trawie. Mówią, że to ma efekty lecznicze. Z jednej strony ponoć można się w ten sposób naładować energia ziemską. Z drugiej zaś uziemić swoje negatywne emocje. Nie lubię rozkładać włosa na czworo. Mnie to bose łażenie wyjątkowo dużo przyjemności sprawia. Mogę to robić z każdej strony bo i front porośnięty trawą i zejście do ogródka.

I czego miałbym się spieszyć do miasta? Rozumiem, rozumiem każdy ma inne potrzeby.

Tędy do ogrodu

Tędy na zakupy

Lewą się uziemiam, prawą czerpie energię…albo odwrotnie

I niech mi ktoś powie, że z przyczyn wizualnych nie mogę wietrzyć pościeli.

Rzecz o czytaniu.

Odkąd pamietam, czytanie książek nie wzbudzało we mnie zachwytu. Lektura kojarzyła mi się z czymś nieuzasadnionym. Kombinowałem zatem jak mogłem z tym czytaniem. W którymś momencie powaliła mnie grypa. Tak się złożyło, że wszelkie przeziębienia przechodziłem z reguły dość ciężko co powodowało konieczność ich odleżenia w łóżku. Nudy na pudy. Ktoś podsunął mi książkę z serii przygód Tomka. No i zaczęło się czytanie. Wszystkie Tomki, Winnetou i inne indiańskie wydania pochłaniałem bez pamięci. Nie ograniczałem się tylko do światła dziennego często używając latarki pod pierzyną. Potem przyszła fascynacja kryminałami i tygrysami, jeśli jeszcze ktoś je pamięta.

Lektury jednak to coś innego. Naszym narodowym atrybutem, może nie tylko naszym, jest konsekwentne odmawianie robienia czego pod przymusem. Lektura właśnie do tej kategorii się zaliczała, stąd moja niechęć. Dodatkowo zawsze przerażały mnie te tłuste tomy a ilości kartek do przeczytania były ponad moje możliwości przeznaczenia wolnego czasu na coś takiego. Okoliczności jednak sprawiły, że nie było innego wyjścia bo przecież jakoś trzeba było zaliczyć lekcje z języka ojczystego. Ciężko było ale udało mi się wreszcie przeczytać cała Trylogię, Pana Tadeusza, Quo Vadis i jeszcze pare innych wydań, które powinnismy znać wszyscy. Szczerze mówiąc najgorsze są zawsze pierwsze strony bo gdy akcja się rozwinie nawet przydługie opisy nie są w stanie oderwać od czytania.

Na moim etapie życia mam teraz więcej czasu. Zdecydowałem się go oddać czytaniu. Nie na siłę jadnak, tylko dla przyjemności. I tak wpadła w moje ręce książka na temat życia Ryszarda Kapuścińskiego. Słabo znam jego twórczość i mało byłem świadomy jego osiągnieć i sławy. Nazwisko coś tam mi mówiło ale nie do końca. Nie wiem kto ją kupił, napewno nie ja, dość powiedzieć, że przeglądając rodzinne zasoby literackie postanowiłem wziąć ją do Ekwadoru, ot tak na wszelki wypadek. Wraz z tą pozycja wyemigrowały rownież inne książki. Powoli to wszystko wchłonąłem a książkę o Kapuścińskim odkładałem na pózniej. Znowu zdecydowała o tym jej grubość. Prawie sześćset stron to dość sporo. Tyle samo mieliśmy ostatnio deszczu. Chcąc nie chcąc, wziąłem się za jej czytanie. Prawie kończę ale już mogę powiedzieć, że to był dobry wybór. Nie znam się na literaturze ale doszedłem do wniosku, że czytając o kimś, sprawia mi przyjemność fakt, że oto moje życiowe przemyślenia są niemal kopią tego o czym mówi bohater. Oczywiście nie w każdym punkcie ale powiedzmy sobie, że w większości. Sięgnę zatem po jego pozycje bo zaciekawiła mnie jego postać. Coś więcej, jego dość skomplikowany życiorys potwierdził to, że nie należy krytykować ludzi w oderwaniu od czasów, w których żyli, co u nas jest dość powszechne.

Salsa czyli poczuć Amerykę Południową

Moje do pewnego stopnia zafascynowanie Ameryką Południową zaczęło się pewnie ze dwadzieścia lat temu. Zakład, który był pierwszym moim pracodawca w stanach zatrudniał rownież wielu hiszpańskojęzycznych ludzi. Była to fabryka a na liniach produkcyjnych pracowali przede wszystkich napływowi obywatele całego świata. Było nas szczęściu Polaków wsród tego tłumu z całego świata. Byli Hindusi, Chińczycy albo raczej Azjaci bo ciężko ich było rozróżnić. Największą grupę stanowili jednak hiszpańskojęzyczni a to pewnie z uwagi na Portoryko, ktorego obywatele mieli bezwizowy wjazd do stanów. Cała ta grupa mówiąca językiem hiszpańskim, chociaż pochodzili z rożnych krajów, mieli wiele cech wspólnych. Na mnie szczególne wrażenie zrobiła ich miłość do tańca i zabawy. Mieliśmy w trakcie pracy jedną długą przerwę, na której niemal wszyscy latynosi wychodzili na zewnątrz podstawiali parę samochodów koło siebie, ustawiali radia na tą samą stację i dawaj w tany. Te ichnie rytmy choć nie robiły na mnie zbyt wielkiego wrażenia to jednak taniec już tak. To był taniec z pokaźną dozą erotyzmu ale zawsze czuć było, że są jednak jakieś granice, których napewno nie przekroczą. Sposób tańca, dystans między partnerami a raczej jego brak, wszystko to sprawiało wrażenie, ze partnerzy przetańczyli ze sobą ładnych parę lat. Nic bardziej mylnego taniec to był żywioł tych ludzi, to było coś co pozwalało im zapomnieć o wszystkim czym czuli się zmęczeni. Dla nas taniec to prywatka, to zabawa wiejska, to dancing czy jakaś inna forma spotkania, nie dla nich. Im wystarczyło trochę placu, parę samochodów i ta sama stacja radiowa no i oczywiście przerwa w pracy i tyle. Salsa, która definitywnie dominowała to dość nieskomplikowany taniec, tyle, że trzeba pozwolić biodrom żeby się wyluzowały. Patrząc na tych salsowiczów, nie mogłem sobie wyobrazic, że to tańczą poprostu znajomi, których nic nie łączy poza chęcią zabawy i tańca, tańca, który rozluźnia i pozwala poczuć się jakby w trochę lepszym świecie. Zaszczepili we mnie w ten wlasnie sposób ciekawość ich świata. Będąc w Polsce, szczytem marzeń były Stany, kiedy jednak tu dotarłem wszystko się samo jakoś przewartościowało i nie mogłem przestać myślec o Ameryce Poludniowej. Już wkrótce miało się to spełnić.