Latanie na wesoło.

Ten blog rozpocząłem kierując się dwoma swoimi potrzebami. Ważniejsza oczywiście była ta aby nawiązać kontakty z innymi ludźmi i podzielić się z nimi swoimi spostrzeżeniami na różne tematy. Większość moich wpisów ma właśnie taki charakter. Są jednak i notki wynikające z potrzeby pozbycia się złych emocji. Opisanie i zdefiniowanie ich pozwala mi na rozliczenie się z nimi i o nich zapomnienie. Klawiatura przyjmie wszystko, zatem czemu nie.

Taki więc będzie charakter tego wpisu. Przy okazji zamknę temat mojej podróży do kraju.

Większość z nas w dobie internetu kupuje swoje bilety w wirtualnych agencjach podróżnych. Ja tak robię od lat. Mam parę tych, które zawsze sprawdzam. Niezależnie od tego przeglądam oferty innych biur, bo cena biletu dla mnie jest dość ważna. Tak się więc stało, że mój ostatni bilet zakupiłem na portalu pod nazwą Justfly. com, kierując się przede wszystkim ceną. Nie było zresztą w niej żadnych ograniczeń, które mogłyby mieć dla mnie jakieś znaczenie. Zanim jednak ja dokonałem zakupu, linie lotnicze, zapewne w poszukiwaniu większych zysków, wprowadziły do swojej oferty nową taryfę. Jest ich już tyle, że z niecierpliwoscią czekam na bilet w ofercie na stojąco. Nowa taryfa, cenowo zbliżona do ofert klasy ekonomicznej z ubiegłego roku, oferuje latanie bez bagażu. I tak zaczęła się moja przygoda. Nie świadom nowych rozwiązań, zjawiłem się na lotnisku z walizkami. Kto w końcu lata przez Atlantyk bez tychże? A tu masz babo placek. Sześćdziesiąt zielonych za mój bagaż i żony i możemy go zabrać. Musu nie ma, można go oddać odprowadzającym. Polska przecież od momentu upadku PRL-u zaopatrzeniowo nie różni się od innych państw. Zatem majtki, skarpety, podkoszulki to wszystko można już kupić na miejscu. Skalkulowaliśmy szybko i zdecydowaliśmy się pokryć koszt bagażu. Zapomniałem już o tym gdy potwierdzałem nasz odlot z Polski. No i masz, od nowa Polska Lusowa. Dwie walizki w cenie sześć dych zielonych jeśli chcemy je zabrać ze sobą. Cóż było robić? Przyzwyczaiłem się do swoich majtek a i Luśka lubi swoją bieliznę. Bilet tam i z powrotem kosztował nas w tym momencie o sto dwadzieścia dolarów więcej. Teoretycznie mogę mieć pretensje tylko do siebie. Zadam jednak ponownie pytanie: kto lata przez ocean, zwłaszcza gdy jest to podróż paromiesięczna, bez bagażu? No chyba tylko ci co mają prywatne samoloty i chaty po całym świecie, umeblowane, z szafą pełną ubrań. Ja się do nich jeszcze nie zaliczam, dlatego szuka qu…a jak najtaniej. To był komentarz przeznaczony do JustFly.com, może przeczytają. Chociaż nawet jeśli to zrobią, sądzę, że przy najbliższej okazji też będą chcieli mi wcisnąć coś co dobrze wyglada licząc na moją głupotę. Słuchajcie zatem gamonie z JustFly.com, od was już nigdy nic nie kupię. Odrazu poczułem się lepiej jak im mogłem tak nawrzucać.

Z innych fascynujących przygód na trasie mojego powrotu spieszę donieść, źe było w sumie fajnie. Straty, poza kasą, objęły rownież walizkę podręczną, którą musiałem nadać na trasie z Rzeszowa do Monachium. Oddali mi ją bez rączki. Zachowali się przy tym bardzo fair, bo rączkę położyli obok walizki tak na wszelki wypadek na pamiątkę lotu chyba, naprawić tego bowiem się nie da. Lufthansa to takie fajne chłopy z poczuciem humoru. Ponieważ nie miałem nawet siły na jakiekolwiek kłótnie, w nagrodę wyznaczyli mnie do wyrywkowej kontroli bagażu. A, że ciągnąłem swoją walizeczkę i Luśki a na plecach jeszcze jeden bagaż, to rozpakowanie tego wszystkiego było super zabawą. Zaglądnęli też wyrywkowo do moich butów. Zaoferowałbym im striptease tyle, że czasu było mało. No i wreszcie dostało się mojemu bagażowi, temu za który musiałem zapłacić. Albo obsłudze w Monachium albo w Waszyngtonie moja walizka nie przypadła do gustu. Odebrałem ją w stolicy USA tylko na trzech kółkach. I tym razem to musiał być ktoś z poczuciem humoru bo kółko leżało tuż obok walizki. Też pewnie na pamiątkę. No i na koniec Newark, cel mojej podróży. Tu goście jeszcze chyba świętowali po ostro zakrapianej imprezie. Nasze walizy wywalili na karuzelę, na której miały znajdować się bagaże samolotu, który przyleciał z Minnesoty. Dobrze, że karuzele były obok, dzięki czemu zupełnie przypadkowo udało nam się je namierzyć.

No mówie wam fajnie było. Dawno się już tak dobrze nie ubawiłem. Tylko latać.

Reklamy

Rzecz o czytaniu.

Odkąd pamietam, czytanie książek nie wzbudzało we mnie zachwytu. Lektura kojarzyła mi się z czymś nieuzasadnionym. Kombinowałem zatem jak mogłem z tym czytaniem. W którymś momencie powaliła mnie grypa. Tak się złożyło, że wszelkie przeziębienia przechodziłem z reguły dość ciężko co powodowało konieczność ich odleżenia w łóżku. Nudy na pudy. Ktoś podsunął mi książkę z serii przygód Tomka. No i zaczęło się czytanie. Wszystkie Tomki, Winnetou i inne indiańskie wydania pochłaniałem bez pamięci. Nie ograniczałem się tylko do światła dziennego często używając latarki pod pierzyną. Potem przyszła fascynacja kryminałami i tygrysami, jeśli jeszcze ktoś je pamięta.

Lektury jednak to coś innego. Naszym narodowym atrybutem, może nie tylko naszym, jest konsekwentne odmawianie robienia czego pod przymusem. Lektura właśnie do tej kategorii się zaliczała, stąd moja niechęć. Dodatkowo zawsze przerażały mnie te tłuste tomy a ilości kartek do przeczytania były ponad moje możliwości przeznaczenia wolnego czasu na coś takiego. Okoliczności jednak sprawiły, że nie było innego wyjścia bo przecież jakoś trzeba było zaliczyć lekcje z języka ojczystego. Ciężko było ale udało mi się wreszcie przeczytać cała Trylogię, Pana Tadeusza, Quo Vadis i jeszcze pare innych wydań, które powinnismy znać wszyscy. Szczerze mówiąc najgorsze są zawsze pierwsze strony bo gdy akcja się rozwinie nawet przydługie opisy nie są w stanie oderwać od czytania.

Na moim etapie życia mam teraz więcej czasu. Zdecydowałem się go oddać czytaniu. Nie na siłę jadnak, tylko dla przyjemności. I tak wpadła w moje ręce książka na temat życia Ryszarda Kapuścińskiego. Słabo znam jego twórczość i mało byłem świadomy jego osiągnieć i sławy. Nazwisko coś tam mi mówiło ale nie do końca. Nie wiem kto ją kupił, napewno nie ja, dość powiedzieć, że przeglądając rodzinne zasoby literackie postanowiłem wziąć ją do Ekwadoru, ot tak na wszelki wypadek. Wraz z tą pozycja wyemigrowały rownież inne książki. Powoli to wszystko wchłonąłem a książkę o Kapuścińskim odkładałem na pózniej. Znowu zdecydowała o tym jej grubość. Prawie sześćset stron to dość sporo. Tyle samo mieliśmy ostatnio deszczu. Chcąc nie chcąc, wziąłem się za jej czytanie. Prawie kończę ale już mogę powiedzieć, że to był dobry wybór. Nie znam się na literaturze ale doszedłem do wniosku, że czytając o kimś, sprawia mi przyjemność fakt, że oto moje życiowe przemyślenia są niemal kopią tego o czym mówi bohater. Oczywiście nie w każdym punkcie ale powiedzmy sobie, że w większości. Sięgnę zatem po jego pozycje bo zaciekawiła mnie jego postać. Coś więcej, jego dość skomplikowany życiorys potwierdził to, że nie należy krytykować ludzi w oderwaniu od czasów, w których żyli, co u nas jest dość powszechne.

Tony Macho.

W jednym ze swoich poprzednich artykułów pisałem na temat dbałości Hetmana Koronnego o jego sprawność fizyczną. Przyszło mi w związku z tym do głowy, że jego idolem zapewne musi być John Rambo. Bycie bowiem kimś podobnym do Einsteina raczej mu nie grozi, chociaż wyrazem twarzy może mu być bliżej do zwariowanego fizyka. Jego dbałość o kondycję połączona z wielkim patriotyzmem uzmysłowiła mi, że my nie mamy nikogo podobnego do amerykańskiego Rambo czy angielskiego Bonda i najwyższy czas aby tę lukę wypełnić. Owszem mieliśmy Borewicza, ale to przede wszystkim komunistyczny agent a i swoją działalnością ograniczał się do terytoriom naszego kraju. Nam trzeba kogoś o zasięgu międzynarodowym, żeby każdy mógł zobaczyć, że my nie jesteśmy tylko amerykańskimi popychadłami. Szogun niestety zniszczył naszą agenturę, ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Przecież on sam może odegrać główną rolę w naszej produkcji o super agencie. Jeśli nawet tego nikt nie kupi to przecież w TVP napewno pokażą. Należałoby jednak zacząć od wymyślenia jakiego pseudonimu dla naszego bohatera bo ze swoim obecnym nazwiskiem byłoby cieżko przebić się do pamięci kinomanów. Nie wchodzą w grę oczywiście jakiś Jan Kowalski czy Józef Nowak, z całym szacunkiem dla świetnego aktora. Brzmiałoby to trochę lokalnie. Nam trzeba kogoś o mocnym i jednocześnie krótkim imieniu kojarzącym się z silną osobą. Biorąc pod uwagę dane osobowe Hetmana, przyszło mi do głowy aby je wykorzystać, trochę skrócić i tak oto powstał Tony Macho, krótkie jak James Bond czy John Rambo a jednocześnie podkreślające silną osobę, z którą nie warto wchodzić w konflikty. Mam nawet pomysł na pierwszy odcinek przygód naszego bohatera. Dowiaduje się on, źe na terytorium imperium zła doszło do katastrofy lotniczej, którą przeżyło trzy osoby i teraz są przetrzymywane w jednym z łagrów w krainie białych niedźwiedzi. Zaprzeczają temu winowajcy, którzy, istnieje bowiem takie podejrzenie, przyczynili się do tego wypadku. Wysyłamy zatem Toniego Macho najpierw do sąsiedniego kraju Gruzji, z którym pozostajemy w bardzo bliskich stosunkach odkąd nasz prezydent uratował jego niepodległość. Stamtąd, przy pomocy siatki opozycjonistów walczących z imperium zła Tony przedostaje się nielegalnie do krainy wiecznego mrozu. Towarzyszy mu piękna córka, która jest wynikiem miłości, Polaka zesłanego tutaj w czasie ostatniej wojny światowej i Gruzinki. Wychowywana w niechęci do okrutnego sąsiada aż garnie się aby pomoc Toniemu w odnalezieniu łagrów, w których przetrzymywani są obywatele naszego kraju. W trakcie poszukiwania zaginionych,  można by było wkomponować parę scen patriotyczno-ideologicznych jak choćby odnalezienie innych Polaków zesłanych na te tereny, którzy chcą wrócić do ojczyzny ale zapomniał o nich poprzedni rząd. Taka gra na emocjach może zawsze przecież się przydać przy następnych wyborach. Niestety poszukiwanie przetrzymywanych kończy się fiaskiem bo jednak okazuje się, że katastrofy nikt nie przeżył. Tony odnajduje jednak kilku wyklętych żołnierzy i postanawia ich ocalić. W imperium zła dowiadują się jednak o próbie odbicia więźniów i wysyłają swoją elitarną jednostkę aby udaremnić plan ucieczki Toniego. Trup będzie teraz padał gęsto ale nasz bohater ze wszystkiego wychodzi obronną ręką. W finałowym pojedynku zrywa swój podkoszulek w narodowych barwach pokazując swoje kulturystyczne ciało. W pojedynku na wszystkie sztuki walki pokonuje a raczej wręcz demoluje ichniego mistrza. Kiedy jednak udaje się na miejsce, z którego ma zostać odebrany wraz z uratowanymi więźniami okazuje się, że nasz prezydent, który od dawna chciał go usunąć z funkcji nadzorcy wojska, zdecydował się wykorzystać moment i zdradził naszego bohatera. Na naszego niezłomnego agenta nie ma jednak siły, porywa samolot i wraz z uratowanymi i piękną pomocnicą wraca do kraju, po drodze lądując w miejscach martyrologii narodu polskiego oddając hołd ofiarom i zabierając pątników. W kraju oczywiście dochodzi do sceny pomiędzy prezydentem a Tonym, w której bierze udział Król Wszechpolski wygłaszając płomienną, patriotyczną mowę. Zażegnuje konflikt dla dobra kraju, oskarżając jednocześnie opozycję o brak pamięci dla wyklętych bohaterów, których uratował Tony. Oczywiście mój scenariusz należy trochę rozbudować ale główne tezy moim zdaniem są warte ich utrzymania. Martwi mnie jedynie aspekt erotyczny, bez którego ciężko dziś ściągnąć widza do kina. Tony reprezentujący nasze jedynie słuszne wartości musiałby jednak trochę sobie pofolgować, zwłaszcza, że bez pięknych kobiet, biorących udział w tych scenach, mało mamy dzisiaj filmów wzbudzających zainteresowanie tak zwanej kultury masowej. Sądzę jednak, źe mała donacja w pewnym kierunku mogłaby zapewnić dyspensę, zwłaszcza, że przecież chodzi o niedające się przeliczyć na pieniądze korzyści wizerunkowe dla naszej ojczyzny. Oczami wyobraźni już widzę kolejne odcinki z udziałem Toniego, który własnoręcznie doprowadza do upadku ostatni bastion komunizmu czyli królestwo Dzongów by w trzecim odcinku rozprawić się z krainą ISIS. Wystarczy tych banałów z Bondem i Rambo nadchodzi czas Toniego Macho. Czekam na pomysły i scenariusze.

Podróż z przygodami

Po sześciu tygodniach pobytu w Polsce, dwóch w Stanach wróciliśmy wreszcie do domu. Aby wrócić do domu potrzebujemy czterech lotów: dwóch z Polski do Stanów i dwóch ze Stanów do Ekwadoru. W tym roku dodatkową atrakcją pobytu w USA był ślub starszego syna. Dzięki temu spotkaliśmy się całą rodziną bo i córka zjechała na tę uroczystość z Meksyku. Mieszkamy w tylu zakątkach świata, że takie spotkania należą do rzadkości toteż tym większa była z tego faktu frajda. Oczywiście najważniejszym akcentem tego pobytu był ślub, który pomimo relatywnie krótkiego czasu, jeśli chodzi o jego przygotowanie, wypadł znakomicie. Pobyt w Stanach umożliwia nam zawsze łagodniejsze przestawienie się na inna strefę czasową. Podróż przez Atlantyk zabiera nam dziewic godzin a gdybyśmy chcieli lecieć bezpośrednio to lot trwałby około czternastu godzin. Korzystniej dla nas jest zatem podzielenie powrotu na dwa etapy zwłaszcza, że dobrze jest spotkać się z oboma synami i naocznie stwierdzić jakie zmiany zaszły od naszego ostatniego pobytu. Ponieważ wszystko synom układa się zgodnie z ich planami toteż opuszczaliśmy Stany bardzo zadowoleni i wypoczęci po pierwszym etapie. Drugi etap miał być o wiele łatwiejszy bo przecież lecieliśmy w ramach tej samej strefy czasowej z przesiadką w Miami. Nic nie zapowiadało zatem, że będzie jednak o wiele gorzej niż z lotem z Polski. Po wylądowaniu na Florydzie mieliśmy nieco ponad godzinę na przesiadkę. Okazała się ona wystarczającym czasem na zmianę samolotów. Siedząc już w samolocie do Ekwadoru czuliśmy niemal zapach naszego domu. Jeszcze jeden lot i już za parę godzin nareszcie u siebie. Odlot się jednak opóźniał bo jak poinformował nas kapitan cargo w samolocie było nierównomiernie rozłożone. „Proszę się jednak nie martwić za maksymalnie piętnaście do dwudziestu minut problem zostanie usunięty i będziemy w drodze”. Nie ma sprawy to przecież drobne opóźnienie. Kiedy jednak upłynęło pół godziny a my dalej staliśmy przed bramą zaczęliśmy się lekko denerwować, zresztą nie tylko my. Zauważyła to obsługa i po chwili kolejny komunikat. „Z przykrością zawiadamiamy, że załoga samolotu przekroczyła dozwolony czas pracy i nie może wykonać tego lotu. Proszę się jednak nie martwić jesteśmy w kontakcie z alternatywną załogą i już wkrótce lot będzie kontynuowany. Okey tylko co to znaczy wkrótce? Przekonaliśmy się o tym po następnej pół godzinie. Nie udało się jednak skompletować załogi i lot został przełożony na rano następnego dnia. Opuszczamy zatem samolot i udajemy sie do stanowiska linii lotniczych po kupony na jedzenie i hotel. Docieramy do niego o pierwszej nad ranem. Szybka toaleta i buch do łóżka bo za cztery godziny pobudka. Na lotnisku mamy być z powrotem o szóstej a samolot odleci o ósmej. Jak tu zasnąć i jeszcze się do tego wyspać? Mowy nie ma. To bała raczej drzemka niż sen ale nic to jeszcze parę godzin i będziemy przecież w domu. Podekscytowani zjawiliśmy się na lotniku zgodnie z czasem. Jeszcze tylko odprawa bagażowa, bo przecież opuściliśmy poprzedniego dnia lotnisko, i hop do samolotu. Tyle, że samolot nie odleci o ósmej tylko o trzynastej trzydzieści. Ponad sześć godzin do odlotu a my niewyspani, z oczami przypominającymi zombich staraliśmy się panować nad emocjami. Oto podróż, która miała trwać około dziesięciu godzin razem z przesiadką i dojazdem do domu wydłużyła się o czternaście godzin. Otrzymaliśmy dodatkowe kupony na jedzenie ale ileż można szwędać się po lotnisku? Nie bardzo wiem jak to przetrzymaliśmy ale wreszcie zaczęto nas wpuszczać na samolot. Jeszcze cztery godziny lotu, taksówka i dom. Kiedy tak sobie marzyliśmy z zamkniętymi oczami nagle zdaliśmy sobie sprawę, że godzina odlotu minęła a samolot wciąż przed bramą. Po około dwudziestu minutach nowy kapitan oznajmił nam, że w trosce o nasze bezpieczeństwo muszą dokonać poprawek w przedziale cargo bo bagaż nie jest rozłożony równo. WHAAAAAAAAAT? W powietrzu dało się poczuć tykającą emocjonalną bombę. Mi do głowy przyszły wszystkie niecenzuralne słowa jakie znam we wszystkich językach, z których fuck, biorąc pod uwagę jego akceptację w Stanach, wydaje mi się jedynym możliwym do przytoczenia. Bezsensowna pobudka o piątej rano po trzech godzinach drzemki jeszcze bardziej kumulowała negatywne emocje. Poczucie bezsilności w takich sytuacjach nie wpływa pozytywnie na ogólny nastrój. Upływały kolejne minuty wpływające niewątpliwie destrukcyjne na poziom mojego ciśnienia, które mało co nie przekształciło się w tak popularną parę z uszu. I pewnie ten moment wkrótce by nastąpił gdyby nie kapitańska wiadomość, że oto wszystkie problemy zostały usunięty i przystępujemy do odholowania samolotu od bramy. I rzeczywiście po paru minutach poczuliśmy drgniecie kolosa oznajmiające jego ruch. Okey jeszcze cztery godziny lotu, taksówka i dom. Tym razem się spełniło. Po ponad trzydziestu godzinach w podróży otwarliśmy drzwi naszego domu…….i wszystko poszło w zapomnienie.