Rzecz o kotach..czarnych.

Koty prawdopodobnie udomowili Egipcjanie, którzy widzieli w nich sprzymierzeńca w walce z gryzoniami pożerającymi ich zbiory. O początkach tej przyjaźni opowiada „Mit Oka Słońca”, którego tekst datowany jest na około 1500 lat p.n.e.!

Zgodnie z nim Ra, bóg słońca, znurzony oglądaniem bratobójczych wojen dziesiątkującego Egipcjan, wysłał na ziemię swoją córkę – Oko Słońca. Ta na nubijskiej pustyni przybrała postać krwiożerczej lwicy Furii, a w końcu zmieniła się w mroczną boginie Sechmet, która nadal siała zniszczenie. Ra zmusił więc Boga wojny Onurisa i ten zamienił lwicę w delikatną kotkę. Tak wlasnie narodziła się bogini Bastet.

Bastet przedstawiano jako kotkę ( koniecznie z biżuterią ) lub kobietę o głowie kocicy. Kot, bez względu na kolor sierści, był świętym zwierzęciem, którego zabicie karano śmiercią.

Jednak już w tych odległych czasach czarnym kotom powinęła się noga. W VII wieku p.n.e. stał się symbolem nieszczęścia. Powody były dwa. Czerń uważano w Egipcie za symbol nieszczęścia i kojarzono z Sethem ( bóg zła i piekieł ). A dodatkowo ciemnoskórzy Etiopczycy najechali Egipt.

Koty z Egiptu dotarły do Grecji, a pózniej do Rzymu. Tu traktowane byle z pełną rewerencją. Ostatecznie skutecznie chroniły zapasy żywności. Zresztą w Rzymie koty znowu trafiły do boskiego panteonu – skojarzone z księżycową boginią Dianą.

Kocia karta odwróciła się w średniowieczu. Wtedy czarny kot został sługą diabła i nieodłącznym towarzyszem czarownic. Jego los przypieczętowała w 1223 roku bulla „Vox in Rama” Grzegorza IX.

Bulla opisuje rytuał przyjęcia nowych członków do sekty. Kandydat najpierw miał pocałować ropuchę, która czasami była niewielka, czasami zaś „ogromna jak pięć”. Potem pojawiał się blady mężczyzna o czarnych oczach i tak chudy, że widać było jedynie kości powleczone skórą. Całując go, adept odczuwał wielki chłód, po czym zapominał wiary katolickiej. No i pojawiał się czarny kot, gasło światło i….zaczynała się homoseksualna orgia. Na koniec z ciemnego kąta wyłaniał się człowiek od pasa w górę jaśniejący jak słońce, a od pasa w dół kosmaty jak kot. Jemu to mistrz heretyków wręczał część ubrania nowo przyjętego, mówiąc: „Dobrze mi służyłeś, będziesz służył więcej i lepiej; twojej opiece powierzam to, co mi dałeś”, po czym znikał.

Koty łączona tez z pogańskimi bogami. W Skandynawii święcie wierzono, że Freja, która z bogini zamieniła się w czarownicę, jeździ rydwanem zaprzężonym w koty. Etruska Diana, bogini ciemności i nocy, miała związać się z Lucyferem, któremu towarzyszył czarny kot. Z tego związku narodziła się Aradia, którą rodzice wysłali do świata śmiertelnych, by nauczała ludzi czarnej magii. W tym procederze towarzyszył jej .. czarny kot.

Kot stał się więc sługą szatana, a czasem nawet jego wcieleniem. Pewien brytyjski duchowny, jeszcze na początku XVII wieku twierdził, że podczas sesji satanistycznych Lucyfer ukazywał się wyznawcom pod postacią wielkiego, czarnego kota, którego przenikliwe spojrzenie gasiło wszystkie światła.

Duchowni byli zgodni – czarne koty trzeba niszczyć! No chyba, że na ich futrze ( wokół szyi i na piersiach ) znajdą się białe plamy. Takie plamy nazywano „palcem bożym” lub „śladem anioła”.

Prześladowania tych zwierząt usankcjonował papież Innocenty VII. Palono je, zrzucano z kościelnych wież, grzebano żywcem, rozczłonkowywano, a nawet wieszano. We Francji w wigilie św. Jana wznoszono stosy, na których palono koty zamknięte w koszach. W Paryżu na placu de Greve pierwszy stos podpalał…król. I tak było do końca XVIII wieku. Prześladowane stworzenia zaznały nieco spokoju za panowania Ludwika XV, który koty kochał i wydał zakaz tradycyjnego ich palenia podczas wigilii św. Jana.

Koty powoli wracały do łask; zaprzyjaźnili się z nimi nawet papieże – Leon XII miał pręgowanego buraska, którego nazwał Micette. Należne sobie miejsce odzyskały za sprawą artystów. A na początku XIX wieku zaczęto je przedstawiać jako zwierzęta romantyczne, niezależne, eleganckie i tajemnicze.

Widomym znakiem, że koty, szczególnie te czarne, zostały zrehabilitowane, było otwarcie kabaretu Czarny Kot na wzgórzu Montmartre w 1881 roku. Dekadę wcześniej zorganizowano w londyńskim Crystal Palace pierwsza wystawę kotów, nie tylko czarnych. Dzisiaj czarnego kota możemy zobaczyć na afiszach, grafikach, nie tylko użytkowych kartkach pocztowych, neonach, ubraniach, a nawet na porcelanie.

Dla niektórych czarny kot wciąż przynosi pecha. Dla innych coś jest w plo5kach o jego koneksjach z szatanem. Jak inaczej stałby się symbolem Halloween na równi z nietoperzom i czarownicą? Na Florydzie schroniska dla zwierząt odmawiają adopcji czarnych kotów tuż przed Halloween, a niektóre dodatkowo w każdy piątek trzynastego.

W Anglii uważany jest za talizman szczęścia, według chińczyków chroni

Rzędu złymi duchami, a w Kambodży uważa się, że zwiastuje deszcz po długiej suszy.

Przepisując ten artykuł po mój komputer ktoś, coś się podłączyło. Musiałem go wyłączyć by kontynuować. Może to temat o czarnym kocie?

A wy co myślicie w tym temacie.

Tekst: Ten straszny czarny kot i piekielna sowa. Angora nr. 41, 14 października 2018 r.

Reklamy

Lekarstwo na susze

Odkąd wróciliśmy do Ekwadoru pogoda jakby domyślała się czego nam było potrzeba. Od rana do wieczora słoneczko nie skąpiło nam swojego ciepła. Po relatywnie chłodnym październiku w Polsce i przeciętnej pogodzie w Stanach, ekwadorskie słońce poprawiło nasze nastroje. Nie ma co ukrywać bez niego samopoczucie większości z nas nie jest takie same. Naszej radości nie podzielali jednak okoliczni mieszkańcy bo jak się okazało nadmiar słońca spowodował braki wody w rzekach co odbiło się na zapasach wody pitnej. Chociaż nie odbiło się to w jakiejś drastycznej formie to jednak czuć było niepewność wynikającą z braku opadów deszczu. Ja wciąż zachowywałem spokój mistrza patrząc z niewątpliwym uwielbieniem w stronę słońca. Jednak moja życiowa partnerka, zapalona ogrodniczka powoli zaczynała odczuwać ciężar codziennego podlewania wszystkiego co posadziła. Nie da się rownież ukryć, że to podlewanie w końcowym efekcie spowodowało, że i moje nastawienie w kierunku rozpalonej kuli na niebie powoli ulegało zmianie. Deszcz podobnie jak słońce rownież jest potrzebny do życia. Coraz to suchsze rzeki i i wypalona gleba zdawały się krzyczeć i wołać o pomoc. Ta jednak nie nadchodziła, niebo zdawało się o nas zapomnieć. Wsród miejscowej ludności istnieje przekonanie, że jeśli spowoduje się pożar to, ten przyniesie deszcz. Kiedyś czytałem o tym w książkach indiańskich lecz nie sądziłem, że ta wiara jest wiecznie żywa. Przekonałem się, że tak jednak jest bo oto po przeciwnej stronie naszej rzeki na szczycie góry pewnego dnia pojawił się dym. Początkowo dość nieśmiały i nie zwiastujący niczego szczególnego. Brak wody odbił się rownież i na drzewach, które wyschnięte do granic wytrzymałości chętnie podtrzymywały powoli rozprzestrzeniający sie ogień. Patrząc z dala nie można było oprzeć się wrażeniu, że oto jesteśmy świadkami pożaru. Na niebie pojawiły się helikoptery a po okolicznych drogach nagle można było zauważyć wzmożony ruch zwiastujący nieciekawą sytuacje. Rzeczywiście drugiego dnia z dymu przypominającego smugę z komina nagle pojawiły się jęzory ognia rozprzestrzeniając się  w linii prostej. Z naszego patio widok na to wszystko był tak jakbyśmy siedzieli w teatrze w pierwszy rzędzie. Po zachodzie słońca łuna ognia rozświetlały cała okolice.  Pożar stawał się być coraz bardziej śmiały i bezczelny a na domiar złego okolice, w których się zadomowił uniemożliwiały akcje ratunkową z uwagi na mocne zbocze. Akcja lania wody z góry tez sprawiała problemy z uwagi na wiatr, który uniemozliwiał dokładnie trafienie z wody. Naszym zdaniem gdyby akcja zaczęła się wcześniej to prawdopodobnie udałoby się zniszczyć siedlisko pożaru w zarodku. Jak to zwykle jednak bywa najpierw są debaty a potem akcja. Po trzech dniach wydawało się że kataklizm został zażegnany i wszyscy mogliśmy odetchnąć z ulgą. Niestety w południe następnego dnia ponownie na widnokręgu pojawiła się smuga dymu i dało się słyszeć charakterystyczny głos palonego drzewa. Tym razem w ciagu godziny pojawiły się helikoptery z bombami wodnymi niemal natychmiastowo. Po części udało się sparaliżować ogień i wtedy z pomocą  przyszła matka natura. Rzęsisty deszcz, na który wszyscy czekaliśmy wreszcie spadł gasząc wciąż tlące się w oddali drzewa. Deszcz był potrzebny nie tylko ze względu na pożar ale rownież z uwagi na pogarszająca się sytuacje wodną. Przyszedł zatem oczyszczając rozgrzane powietrze i niespokojne ludzkie umysły. Pojawił się jednak w cztery dni po rozpętaniu pożaru w parku narodowym Cajas, który pozostawił po sobie brunatna plamę w krajobrazie parku. Władze potwierdziły, ze ogień został podłożony celowo prawdopodobnie przez kogoś z okolicy oczekującego opadów. A skoro padało przez najbliższe trzy dni to jak nie wierzyć Indianom, że lekarstwem na susze jest pożar? Mnie przekonali.