Dobra zmiana czy prywatna wojna?

Od dawna Polska nie miała tak złej prasy. Odkąd do władzy doszła partia wielkiego małego człowieka zmiany jakie wprowadza budzą zdziwienie jak świat długi i szeroki. Swoista nomenklatura stanowisk, usuwaniem wszystkich, z którymi władzy nie po drodze, od spółek z udziałem skarbu państwa po stadniny koni, rozdawanie stanowisk bez uwzględnienia kwalifikacji to wszystko, chociaż wciąż kompromitujące, nie miało bezpośredniego wpływu na nasz wizerunek poza granicami kraju. Prezes z uporem maniaka wmawia wszystkim, że wszystko co robi ma służyć dobrej zmianie i bronić naszej suwerenności. Nie chce się przyznać, że nie chodzi mu ani o dobro kraju, ani o nasz wizerunek byle tylko wyrównać swoje prywatne rachunki. Jego mściwość już dawno przeszła granice zdrowego rozsądku. Dla podbudowania własnego autorytetu w prymitywny sposób gra na najniższych uczuciach ludu, który jest przeświadczony o  miłości prezesa do niego. Nic bardziej mylnego. Wielki Wódz od dawna załatwia prywatne porachunki, rzucając biednym od czasu do czasu jakiś ochłap w postaci nie swoich pieniędzy. Te wydaje się łatwo i można za nie kupić zadowolenie i przyzwolenie do prowadzenia własnej wojny. Korzysta zatem z tego niszcząc kolejne autorytety, które kiedyś miały czelność stanąć mu na drodze. Wałęsa, Rzepliński, Tusk to ofiary jego choroby maniakalnej. W normalnych warunkach żadnemu z nich nie dorasta osiągnięciami tylko, że taki stan rzeczy już dawno przestał funkcjonować w naszym kraju. Chorzy na wielkość pod płaszczykiem nierówności społecznych, korzystając z przyzwolenia ludu, załatwiają swoje prywatne porachunkami z przeszłości. Ostatnia odsłona tej kompromitującej dobrej zmiany to rozliczenie się z Donaldem Tuskiem, który już od dawna wodzowi stoi kością w gardle. Nie jestem zwolennikiem byłego premiera bo to co mamy dzisiaj to w wielkiej mierze zasługa jego zadufania w sobie. Jest mi obojętne czy uda mu się utrzymać jego pozycję w Unii Europejskiej. Byłoby jednak lepiej gdyby głównym jego przeciwnikiem nie był rząd kraju, z którego pochodzi. Tak jednak nie jest. Wystawienie przez nasze władze polskiego kontrkandydata, który z racji braku doświadczenia w pełnieniu odpowiedzialnych funkcji nie ma szans na wybór jest tylko potwierdzeniem, że tu chodzi o prywatę prezesa a nie jakieś wyimaginowane przez jego poddanych z rządu dobra dla demokracji w Polsce. Wojna polsko-polska trwa zatem w najlepsze i nie widać jej końca. Nieco ponad trzydzieści lat temu nasz kraj był na ustach całego świata dając przykład w walce z systemem autorytarnym. Solidarność zapoczątkowała rozpad bloku socjalistycznego i stała się symbolem walki o wolność. Z tego wizerunku nie pozostało już wiele, jeśli cokolwiek.

Bankowe przemyślenia.

Ekwador nie jest krajem bogatym. Równać mu się z Polską w zakresie dochodu narodowego byłoby wielkim nieporozumieniem. Łatwo tez tutaj zauważyć spore różnice klasowe. Wielu naszych ekwadorskiego znajomych po osiagnięciu pewnego pułapu w dochodzie musi zatrudniać pomoc domową bo to przecież nie przystoi pracować w domu samemu. Wbrew pozorom ludzie ci nie są milionerami ale należą już do innej klasy a tam obowiązują inne wymagania. Cały czas poznaje specyfikę tego kraju i od czasu do czasu coś mnie zaskakuje. Wiedziałem, że banki są pod ścisłym nadzorem państwa, biorąc jednak pod uwagę potrzeby rządu na wydatki socjalne, byłem mocno zaskoczony odsetkami oferowanymi przez te instytucje w Ekwadorze. Podczas gdy w Stanach, podobno najbogatszym kraju na świecie, pomarzyć można o odsetkach na poziomie większym od jednego procenta to tutaj w kraju trzeciego świata banki oferują odsetki na kontach długoterminowych powyżej sześciu procent. Mając zatem sto tysięcy, dla łatwiejszego obliczania, po roku można zarobić ponad sześć tysięcy odsetek. Koszt utrzymania w Ekwadorze to mniej więcej od czterystu do pięciuset dolarów miesięcznie zakładając, że mamy swoje mieszkanie. Zatem z owych odsetek można jakoś przeżyć. Nie będzie to oczywiście hulaszczy tryb życia ale można żyć spokojnie. To tylko tak na marginesie. Jak to się dzieje, że banki w bogatych krajach zwijają się z bólu przy naliczaniu odsetek swoim klientom a tutaj ni stąd ni zowąd w biednym Ekwadorze takie odsetki? Osobiście nie widzę innego wytłumaczenia niż zwykła chciwość. System bankowy to mocno sprywatyzowany świat, w którym zysk i chciwość są celem nadrzędnym. Systemu tego bronią jak czegoś świetego skorumpowani politycy, którzy też na tym zarabiają. Prezesi zachodnich banków i ich dyrektorzy konsumują większą cześć zysków. Wydatki na reklamę i patronat nad imprezami sportowymi to kolejny sposób okradania ludzi z tego co im się należy. Nie mam nic przeciwko temu aby sportowcy zarabiali ile tylko mogą, jeżeli jednak dla nich nie brakuje pieniędzy to jak to się dzieje, że dla tych co odkładają brakuje na lepszą stopę procentową. System bankowy dzisiejszego świata napawa mnie obrzydzeniem. Podejrzewam, że nie tylko mnie. Nie znam dokładnie sytuacji w Polsce w tym zakresie, sądzę jednak, że jest tak jak wszędzie w krajach gdzie światowe banki rządzą. Nie wiem tez jak długo Ekwador będzie się bronił przed inwazją światowej finansjery. Póki co wole sam zarabiać na swoich pieniądzach niż wypychać kieszenie bankowym hienom.

Polityczne opcje i punkty widzenia

Jeszcze do niedawna pozostawałem pod wrażeniem, że jeśli chodzi o sposób patrzenia na to co się dzieje w krajowej polityce to istnieją trzy punkty widzenia.

Tradycyjne dwa najbardziej oczywiste to opcja prorządowa i opcja opozycyjna. Trzecia opcja to Ci, którzy pozostają kompletnie obojętni i nie są ani za jednym nurtem ani za drugim. Pojawił się jednak nowy światopogląd, który niby jest obojętny jednak ma w sobie dodatkową cechę. Jest to nadzieja, że zarówna opozycja jak i rząd w swojej tępocie wykończą się nawzajem dzięki czemu społeczeństwo uwolni się od znienawidzonych polityków. Ten punkt widzenia przekonuje mnie bo muszę szczerze przyznać, że ani wsród aktualnie rządzących ani wsród opozycji nie widzę prawdziwego lidera, dla którego zdrowy rozsądek byłby wartością najwyższą. 
Ostatni raz z tępotą jaka zawładnęła naszym życiem politycznym miałem do czynienia w dzieciństwie kiedy to doprowadzaliśmy do szału, razem z siostrą naszych rodziców, zwalając winę za coś co rodziców zdenerwowało, ona na mnie a ja na nią. Rodzice jednak nie zamierzali rozstrzygać naszych sporów stając po jednej bądź po drugiej stronie. Musieliśmy się nawzajem przeprosić albo pożegnać z wyjściem na podwórko. To Salomonowe rozwiazanie zmuszało nas do wyciagnięcia do siebie ręki bo niemożliwość wyjścia na zewnątrz była dla nas nie do zaakceptowania. 
Jestem zatem za opcją czwartą a nawet jej przeciw, niech się te bałwany tłuką ile popadnie i gdzie popadnie bo w ich zapyziałym zacietrzewieniu nawet Solomon nie byłby w stanie znaleźć dobrego dla obu stron rozwiązania. Ta opcja ma jednak pewną wadę. Zakładając nawet, że nasi pieniacze wkrótce stracą swoje autorytety w społeczeństwie opluwając się bezkrytycznie nawzajem, to czy istnieje ktoś lub coś na scenie politycznej komu moglibyśmy zaufać i powierzyć władze? Być może coś uszło mojej uwadze ale osobiście nie widzę ani osoby ani orientacji, która mogłaby przywrócić jedność wsród ludzi. Obecni rządzący coraz bardziej alienują się od społeczeństwa jako całości, kierując się w swoim rządzeniu jedynie słuszną prawdą czyli ich prawdą. Opozycja oczywiście ma swoją słuszną prawdę. To wszystko przekłada się na coraz większe podziały wsród ludzi. Podziały te są dzisiaj już tak duże, że znalezienie wspólnego punktu wydaje się mało prawdopodobne. Potraciliśmy w swojej niechęci i nienawiści zdrowy rozsądek. Ślepa prywata stała się ważniejsza niż dobro ogółu. Zgadzam się, niech to badziewie wytłucze się i pozwoli nam żyć w spokoju, tylko żebyśmy przy okazji nie wytłukli się nawzajem.