Obsługa klienta.

Jedna z anglojęzycznych blogerek umieściła bardzo zabawny wpis. Polega on na śmiesznym zestawieniu znaczenia jednego słowa. Gdy jednak przyjrzymy się praktyce to to zestawienie chociaż wciąż jest śmieszne to jednak jest w nim wiele prawdy.

Owo słowo to service czyli po naszemu obsługa. Miejsc gdzie oferują tego typu działalność jest bez miary. My oczywiście najbardziej przyzwyczailiśmy się do obsługi klienta, którą zapewnia niemal każdy urząd, zakład pracy czy inna instytucja mająca do czynienia ze sprzedażą jakiegoś artykułu czy usługi. Ma ją zatem ZUS, urzędy miejskie, powiatowe, wojewódzkie, urząd skarbowy i temu podobne. Obsługa klienta to też pani za ladą w sklepie, informacje telefoniczne, pracownicy instytucji finansowych czy wreszcie kancelarie adwokackie. Przykładów można by mnożyć.

Na anglojęzycznej wersji Wikipedii wyjaśniają, że ludzie pracujący w tych komórkach mają obowiązek odgrywać służebną rolę wobec klienta. To oni mają się do niego dostosować a nie odwrotnie.

Jest to chyba ogólnie przyjęte rozumienie tego stanowiska pracy.

Ja też tak myślałem aż do przeczytania owego wpisu na blogu, który uświadomił mi, że tę definicję obsługi klienta wielu w niej zatrudnionych widzi trochę inaczej.

Pewnego dnia ktoś podsłuchał rozmowę dwóch rolników. Jeden z nich chwalił się drugiemu, że właśnie kupił byka aby ten mógł obsłużyć jego jałówkę.

Eureka, wreszcie podsłuchujący gość zrozumiał sedno słowa obsługa, które mniej więcej sprawdza się do tego jak wydymać klienta.

Z mojego doświadczenia sprawdza się to dziewięćdziesiąt pięć razy na sto.

Ciekaw jestem innych opinii.

Reklamy

Ekwadorskie realia

Nasz dom i nasza posesja znajdują się u podnóża Andów. Dokonując wyboru lokalizacji braliśmy pod uwagę przede wszystkim odległość od Cienki, od której nie chcieliśmy być zbyt daleko. Miejsce to ujęło nas ze względu na ciszę, walory krajobrazowe oraz wypływająca z gór rzekę, która stanowi granice naszej posesji. Cena nie była wygórowana, Cuenca na rzut kamieniem wszystko to ostatecznie doprowadziło do podjęcia decyzji o zakupie tej działki i budowie domu. Nasza decyzja była w miarę spontaniczna a kiedy w grę wchodzą emocje często przysłaniają one pewne niedociągnięcia czy tez braki zakupowanego towaru, jeśli tak to można określić. Większość naszej działki, chociaż nie całość to jednak łagodne zbocze. Moja żona to zapalony ogrodnik a zatem aby mogła się spełnić w swoim hobby musieliśmy coś zrobić aby teren przysposobić do ogrodnictwa. Rozwiązaniem okazało się budowanie murów zaporowych, które umożliwiły wyrównanie terenu na potrzeby Alicji. W górach na brak kamieni nie możemy narzekać zatem z pół-produktem muru nie było problemów. Długo jednak szukaliśmy wykonawców i to nie dlatego, że jest ich brak ale dlatego, że mało który z tych ludzi posiada samochód żeby do nas dojechać. Uruchomiliśmy wszystkie nasze znajomosci i ostatecznie znaleźli się chętni. Budowany przez nich mur wyglądał jednak dość podejrzanie co zmusiło nas do zmiany obsady. Okazało się bowiem, że lokalny budowlaniec właśnie skończył gdzieś tam coś tam i był gotów podjąć się kontynuacji naszego przedsięwzięcia. Natychmiast było widać różnice w wiedzy toteż ze spokojem oczekiwaliśmy zakończenia robót. Tak sie złożyło, ze mur ów budowany był na parę tygodni przed naszym wyjazdem zatem jego sprawdzenie nastąpiło już po naszym powrocie. Kiedy ponownie dotarliśmy do naszej oazy spokoju mur wciąż stał co było dobrym omenem, niestety pękło mu się i zgodnie ze zdaniem znawców tematu czy wcześniej czy pózniej owo cacko miało się zawalić, chyba że zdecydujemy się go wzmocnić. Cóż było robić. Znaleźliśmy trzecia ekipę, ustaliliśmy cenę i już następnego dnia ekipa stawiła się do pracy. Ekipa była w składzie dość niespotykanym, mąż, żona oraz najstarszy syn. Wzięli się jednak ostro do pracy bo tym razem zatrudniliśmy ich na umowę na całość wykonania robót. Żona wykonawcy nosiła deski szalunkowe, panowie przygotowywali wszystko pod betonowanie. Praca przy betonowaniu to ciężki kawałek chleba i wiem co mowię bo miałem możliwość popróbować jak to smakuje. Cała trojka pracowała od ósmej rano gdzieś do dziewiątej wieczorem. Panowie w pewnym momencie dali kobiecie wolne. Na zewnątrz było dość chłodno a ona siedziała na schodach wiodących z patio na zewnątrz naszego domu. Nie mogliśmy na to patrzeć i zaprosiliśmy panią do środka. Zaczęliśmy nawet prowadzić z nią najprostszą z prostych rozmów. Pani okazała się piećdziesięciojednoletnią osobą, matką dziewięciorga dzieci. Najstarszy syn miał dwadzieścia siedem lat a najmłodsza córka to dziewięciolatka. Tydzień pózniej ojciec przyszedł aby zdemontować szalunek. Do pomocy przyprowadził ową dziewięciolatkę i starszą o parę lat siostrę. Dziewczęta znosiły deski szalunkowe do pomieszczenia gospodarczego, w którym chcieliśmy żeby były zmagazynowane. Ekwador to wciąż kraj na dorobku. Obecny prezydent stara się zachęcić wszystkich do nauki widząc w tym lepszą przyszłość dla kraju. Podziały społeczne są jednak bardzo widoczne. W centrum Cuenki wciąż można spotkać czyścibutów i drobnych handlarzy oferujących co się da za jedynego dolara. Ma to wszystko swoją specyfikę i urok. Pomimo ciężkiej sytuacji niektórych warstw nie wyczuwa się przygnębienia a wręcz odwrotnie bo każdy dzień może przynieść jakąś pozytywna zmianę. I to mi się podoba najbardziej.

Czas życia w dniu dobrych wiadomości 

Jeden z blogerów na portalu społecznościowym uświadomił mi wczoraj, że ósmy września  to dzień niejako o podwójnym znaczeniu. Pierwszy to dzień dobrych wiadomości a drugi to dzień marzeń. Oba te znaczenia mają pozytywny przekaz i to w sumie dobrze bo w natłoku złych informacji serwowanych nam przez wszelkiego rodzaju media masowe to te kalendarzowe daty tchną lekkim optymizmem. Dzięki wpisowi owego blogera spróbowałem i ja dzisiaj spojrzeć na ten dzień trochę bardziej optymistycznie pomimo, że wczorajsza data nie ma dla mnie takich konotacji. Oryginalnie miał to być krotki wpis dotyczący znaczenia pozytywnych informacji w dzisiejszym świecie, jednak ładunek emocjonalny związany z wczorajszym dniem jest zbyt duży aby go zawrzeć w paru słowach. Dokładnie rok temu ósmego września życie jednego z członków mojej najbliższej rodziny uległo diametralnej zmianie. Rozległy udar w ułamku sekundy z osoby pełnej życia uczynił ją zależną od pomocy innych. Natychmiastowa pomoc, karetka pogotowia, szpital, prześwietlenia i diagnoza, wszystko to zajęło około dwóch godzin. Potem rozmowa z lekarzem, który starał się być tak delikatnym jak to tylko możliwe w takich sytuacjach jednak zgodnie z jego wiedzą nadszedł dla nas czas pożegnania. Minuty przeradzały się w godziny, godziny w dnie, dnie w tygodnie. Wbrew wszystkim znakom na ziemi i niebie przeżyła bo tak pewnie postanowił jej kreator i stwórca. Doszliśmy do wniosku, że coś ma jeszcze do załatwienia na tym ziemskim padole. Życie jej nie oszczędzało, użyję tu scenariusza innego z blogerów, który pisał na swoim blogu na temat czasu życia. W wieku szesnastu lat kiedy młodość daje nam w ofierze to co najpiękniejsze, dla niej to był czas wojny. Znalazła się w strefie zajętej przez Rosjan. Dwa lata pózniej jej rodzina została wysiedlona przez Rosjan w porozumieniu z banderowcami na Sybir. Doświadczyła wszystkiego tego co nasi wspaniali dzisiejsi politycy nazywają czystkami etnicznymi na Ukrainie a ona wciąż uważała i uważa, że to było ludobójstwo o szczególnie bestialskim charakterze. W podróży na Sybir zginał ojciec oraz zmarł brat, który był jeszcze dzieckiem. Na nią, jako na najstarszego, poza matką, członka rodziny spadł obowiązek utrzymania siebie młodszego brata i siostry. Sześć lat ciężkiej pracy w tajdze przy wyrębie drzewa w warunkach urągających człowieczeństwu. Przeżyli bo chcieli wrócić do wolnej Polski. Aby tego dokonać musieli najpierw pokonać dwieście kilometrów na piechotę do najbliższej stacji. Wróciła chociaż jej dom był już gdzie indziej ale tu była Polska. Następne lata to już praca i rodzina, gorsze i lepsze dni ale u siebie, w swoim kraju, chociaż dzisiaj uważają, że zniewolonym. Czas płynął dzieci dorosły, przyszły wnuki. Znowu upłynęło parę lat, umęczony organizm zaczął pomału przypominać o sobie i swoich potrzebach. Wola życia i ciekawość zmian jakie wokół niej następowały pomagały w utrzymaniu zdrowia. Wzloty i upadki jak w każdym i każdego życiu aż przyszedł ten feralny dzień w ubiegłym roku, który wszystko znowu zmienił. Przykłóta do wózka ma znowu lepsze i gorsze dni, nie narzeka. Chociaż niebardzo wiemy co, to rozumiemy, że ma coś do spełnienia. Ta osoba to moja teściowa, po dziewięćdziesięciu z górą przeżytych latach każdy następny dzień to dobra wiadomość, może nawet i ma jakieś marzenia póki co nie wiemy ale kto wie.