Ministerstwo zagraniczne

W ministerstwie zagranicznym,

Pewien facet spontaniczny
Rządzi kraju dyplomacją całą
W niego trzeba wiarę mieć niemałą
Bo on miast pomyśleć już coś rzeknie
Tak, że premier przy nim blednie
Zna on wszystkie państwa świata
Gdzie on nie był, gdzie nie latał
Sam już nie wie bo tak wiele odbył tych podróży
Właśnie z San Escobar wrócił gdzie z kart sobie wróżył
Pewien szaman tam postawił mu pasjansa
I przekonał jego, że jest szansa
Na wygranie stanowiska szefa rady
Pod warunkiem, że wystawi tak dla swady
Swego kandydata rownież z Polski
A najlepiej jakby się nazywał Wolski
„Znam takiego” wrzasnął nasz minister
Po czym szybko złapał za tornister,
Z którym nie rozłącza się od szkoły podstawowej
Ma w nim bowiem odpowiedzi na wszystko gotowe
I w te pędy wrócił do kraju swego stolicy
By z prezesem oraz premierową przy Soplicy
Obgadać swój plan przewrotny i diabelski
I się pozbyć tego co sprawił dramat smoleński
W ten właśnie sposób pan Saryusz – Wolski
Został kandydatem rządu z Polski
Jak skończyła się ta heca, dobrze wiemy
I zapomnieć o niej bardzo chcemy.
A co robi dzisiaj nasz szanowny pan minister?
Właśnie nowa zaczął podróż wraz z tornistrem
By ją skończyć w…….Pacanowie
A co przeżył i co widział, wkrótce rząd wam da odpowiedż

Huayna Picchu czyli Młoda Góra

Jednym z naszych celów w trakcie pobytu w Machu Picchu była wspinaczka na Huayna Picchu czyli Młodą Górę. Wierzchołek jej jest połączony z osadą Inków przełęczą. Góruje on zdecydowanie nad okolicą i zapewnia najlepszy widok na całość. Wejście na górę jest jednak ograniczone do czterystu osób dziennie, z których dwieście zaczyna wspinaczkę o siódmej rano a kolejne dwieście musi czekać do dziesiątej. W związku z tym obowiązują oczywiście bilety i okres oczekiwania. Właśnie dlatego my rezerwowaliśmy naszą wyprawę z wyprzedzeniem bo na bilety na Młodą Górę trzeba czekać od dwóch do trzech miesięcy w zależności od sezonu. Z poziomu Machu, Huayna nie wyglada zbyt zachęcająco. Różnica poziomów miedzy oboma wzniesieniami to około dwieście pięćdziesiąt metrów. O ile jednak wzgórze osady jest relatywnie płaskie o tyle Huayna to wierzchołek, na który prowadzi momentami dość stroma droga po kamiennych schodkach. Patrząc na górę dzień wcześniej nie byłem pewny czy to był dobry pomysł z drugiej strony zgodnie z tym co nam powiedział przewodnik widoki miały być niezapomniane. Nasz bilet na wspinaczkę zdecydowaliśmy by był na godzinę siódmą rano. Oczywiście rezerwacji dokonaliśmy nie znając ani miejsca ani realiów całego przedsięwzięcia. Po pierwszym dniu wiedzieliśmy już, że aby rozpocząć podbój naszego „pagórka” należało najpierw dojechać do Machu z hotelu jednym z autobusów dowożących turystów. Wcześniej jeszcze śniadanie w hotelu. Biorąc to wszystko pod uwagę pobudka musiała być przed piątą rano. Z tym nie było problemów, szybka toaleta, śniadanie i pędem na autobus. I tu zaczęły się problemy bo kolejka do autobusu była juz conajmniej ponad stu metrowa czego nie wzięliśmy pod uwagę. Pomogła moja karta inwalidy ekwadorskiego i zapakowałyśmy się do autobusu bez kolejki. Gdyby nie ona, nie wyjęte pół godziny czekania jeśli nie dłużej. W autobusie byliśmy o 5:30 na górze przed główną bramą wejściową o 6 rano. Kolejka do wejścia zaczynała się wlasnie tworzyć. Po pięciu minutach byliśmy na terenie osady. Widok jaki się przed nami roztaczał aczkolwiek był taki sam jak dzień wcześniej to jednak wszechobecna cisza zdawała się jeszcze bardziej potęgować wrażenie. Machu Picchu teraz dopiero wyglądało jak miejsce z innej planety, majestatyczne, pogrążone w porannej mgle, pełne nieopisanej magii. Staliśmy w bezruchu chwile i w kompletnej ciszy podziwiając to co się przed nami roztaczało. Po chwili ruszyliśmy w kierunku Huayna do wejścia na teren, którego mieliśmy jeszcze chwile czasu. Tam już czekało pare osób, chwile potem otworzono trasę. Najpierw jednak wpis do księgi wejściowej z dokładnymi informacjami personalnymi łącznie z godziną rozpoczęcia wspinaczki. Trasa rzeczywiście jest bardzo urozmaicona pod względem trudności. Są szerokie schody, by za chwile zmienić się w trudne do postawienia jednej stopy. Od czasu do czasu są poręcze jednak w momentach kiedy by się przydały ich nie ma. Podejście jest rownież urozmaicone od prostej dróżki do stromych schodów, których końca nie widać. Byliśmy zdecydowanie najstarszą parą wariatów na trasie, dookoła nas przede wszystkim młodzież bez wyobraźni z aparatami fotograficznymi i telefonami na wysięgnikach do robienia zdjęć samym sobie. Mijali nas tak jak wyścigowe samochody jakiegoś starego gruchota. Nie mieliśmy wyjścia więc często ustępowaliśmy drogi zatrzymując się w miejscach gdzie była ona szersza. Nie będę opisywał całej trasy, powiem tylko, że decyzja o wyjściu była słuszna i warto było trochę zaryzykować bo widoki jakie mieliśmy okazje zobaczyć to te z tych, które nie da się ani wyrazić słowami ani zapomnieć. Dojście na szczyt Huayny zabrało nam ponad godzinę jednak przy zejściu nadrobiliśmy trochę czasu i zmieściliśmy się w przewidywanym limicie czasu dwóch godzin. Powiem jeszcze raz było to przeżycie z rzędu tych, które się nie zapomina do końca życia. Huayna Picchu wygląda groźnie i trzeba być przygotowanym na różne niespodzianki po drodze. To co jednak oferuje to wynagradza trud i trochę lęku. Ze swoich podróży wyjście na ten szczyt i związane z nim emocje mógłbym jedynie porównać z zejściem na sam dół Grand Canyonu tylko, że widoki z dołu kanionu nijak mają się do tego co widać ze szczytu. Widok z dna jest przytłaczający, na górze mając wszystko pod sobą czułem się wolny.

Miejsca, które warto zobaczyć, Grand Canyon

Wiele jest miejsc na świecie, które każdy by chciał odwiedzić. Niektóre z nich to dzieło człowieka, inne zaś to wytwór natury. Każdy kraj ma coś specyficznego, szczególnego czego gdzieś indziej trudno byłoby znaleźć. O tym jednak fakcie wiedzą jednak przede wszystkim mieszkańcy danego kraju oraz garstka ludzi, których nazywamy podróżnikami.  Są jednak miejsca tak niepowtarzalne w swojej urodzie, że zna je niemal każdy człowiek żyjący na naszej planecie. Niewątpliwe jednym z nich jest Grand Canyon. Co roku ciągną tutaj miliony turystów a wielu z nich wraca tu wielokrotnie. Miejsce to jest parkiem narodowym i znajduje się w stanie Arizona. Canyon liczy sobie około 446 km długości a w najszerszym miejscu odległość z krańca na drugi kraniec sięga 29 kilometrów. Grand Canyon to wytwór rzeki Colorado, która wyrzeźbiła go na przestrzeni milionów lat, powodując, że w najgłębszym miejscu odległość z dna kanionu do jego szczytu sięga niemal dwóch kilometrów. Miałem to szczęście być w tym miejscu dwukrotnie i za każdym razem magia tego miejsca robiła na mnie olbrzymie wrażenie. Szczególnym przeżyciem jest oczywiście wschód słońca, który gromadzi na krawędzi kanionu rzesze ludzi bo jest to zjawisko jedyne w swoim rodzaju.  Ciemność spod jakiej minuta po minucie wyłania się czeluść kanionu i ta niesamowita gra kolorów skał nie może nie zrobić wrażenia. Moją pierwsza wizytę w kanionie zaliczyłem razem z moją rodziną i jak to zwykle bywa to właśnie ona zapisała sie głęboko w mojej pamięci. Główną przyczyną tego faktu było przede wszystkim to, że zdecydowaliśmy się, razem z moimi synami zejść do samego dna kanionu. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że zaczęliśmy schodzić zbyt późno, przed czym ostrzegał nas student z Polski, który pracował w sklepie z pamiątkami w ramach wymiany studentów. Oczywiście nie uwierzyliśmy mu i postanowiliśmy udowodnić, że na zejście nigdy nie jest zbyt późno. I tak około godziny jedenastej rozpoczęliśmy naszą przygodę. Z krawędzi do dna kanionu jest nieco ponad dziewięć mil, mniej więcej piętnaście kilometrów. Ściany kanionu są dość strome zatem droga miała charakter zygzakowaty stąd się wziął ten dość długi dystans. Schodzenie na dół to nie jest aż tak wielki problem i zajęło nam to około trzech godzin. Rzeka Colorado nie zrobiła na nas większego wrażenia. Wygladała na brudną i zdecydowanie nie nadawała się do żadnej kąpieli nawet pamiątkowej. Na dole dowiedziałem się, że można na szczyt wrócić krótsza drogą licząca około siedmiu mil czyli jakieś 11 kilometrów. Nikt nam jednak nie uświadomił, że jest to trasa o wiele dziksza niż ta, którą zeszliśmy. Różnica polegała przede wszystkim na braku punktów z wodą, których nie brakowało na szlaku dłuższym. Rozpoczęliśmy naszą drogę powrotną nieco po godzinie drugiej w nadziei, że nawet jeżeli wspinać się będziemy dwa razy dłużej, czyli około sześciu godzin to i tak powinniśmy być na szczycie w granicach dziewiątej. Każdy z nas miał po półlitrowej butelce wody i tak zaopatrzeni ruszyliśmy w drogę powrotną. Po pewnie dwóch godzinach marszu natknęliśmy się na grupę schodzącą na dół w celu przenocowania, co jest dozwolone. Spytaliśmy ich jak jest jeszcze daleko do szczytu, mając nadzieje, że odpowiedź zaskoczy nas pozytywnie. Błąd w rozumowaniu, okazało się bowiem, że w najlepszym przypadku przeszliśmy może milę. Spojrzeli na nas z litością i śmiechem i podarowali nam trochę wody bo już wiedzieli, że nasze porcje nie wystarczyłyby nawet wielbłądowi, który znany jest z możliwości podróżowania po pustyniach i bez wody. Nie będę się rozwodził nad naszymi przygodami w drodze powrotnej, dodam tylko, że po około następnych dwóch godzinach spotkaliśmy parę schodzącą w dół. Ponowiłem pytanie o odległość do krawędzi. Odpowiedź nie była zbyt budująca. I tym razem nasi rozmówcy zaoferowali nam wodę, widząc ile nam jej jeszcze zostało. Najzabawniejsze było to, że rozmawialiśmy po angielsku, ale kiedy dziewczyna zaoferowała nam wodę, niespodziewanie chłopak odezwał się czystą polszczyzną, pytając ją czy jest pewna, że im wody wystarczy. Do krawędzi doszliśmy wreszcie parę minut po dwudziestej trzeciej, czyli po dziewięciu godzinach morderczej wspinaczki, wycieńczeni i szczęśliwi. Jedynym problemem był fakt, że znajdowaliśmy się około siedmiu mil od naszego hotelu ale to już rozwiązała taksówka.

Wróciłem na miejsce przestępstwa po czternastu latach. Tym razem w towarzystwie doświadczonych podróżników: Leszka z Izą i Wojtka z Magdą, którzy postanowili zwiedzić zachodnią cześć Stanów. Nie mogliśmy ominąć Grand Canyon. Leszek z Magdą zdecydowali się na zejście na dół. Chociaż rozpoczęli wcześnie rano od dzikiej strony to i tak cała wycieczka zajęła im cały dzień a do krawędzi dotarli kiedy było już mocno po zmroku. Na drugi dzień Leszek prezentował się dobrze, Magda jednak musiała odpuścić i trochę zwolnić a o dłuższym wspinaniu nie było mowy. Tym razem ja nie dałem się skusić.

Warto wiedzieć wybierając się do Ekwadoru.

Nadszedł juz chyba czas by podzielić się ze wszystkimi, a szczególnie z tymi którzy chcieliby lub planują odwiedzić Ekwador lub Amerykę Południową, informacjami ważnymi z punktu widzenia turysty. Polska jako kraj Unii Europejskiej objęta jest bezwizowym wjazdem do Ekwadoru. Wizę ważną dziewięćdziesiąt dni otrzymuje się na lotnisku i nie słyszałem aby ktokolwiek miał z tym kłopoty. Należy jednak pamietać, że trzeba posiadać bilet powrotny, który mieści się w terminie dziewięćdziesięciu dni. Jeżeli ktokolwiek planuje dłuższy pobyt to musi się liczyć z kosztem $350 za przedłużenie wizy o kolejne dziewięćdziesiąt dni. Nie wiem jak oblicza się długość pobytu w innych krajach, natomiast muszę przestrzec tych wszystkich którzy myślą, że jeśli wyjada po dziewięćdziesięciu dniach z Ekwadoru do na przykład Peru i wrócą zaraz następnego dnia to otrzymają kolejne dziewięćdziesiąt dni, to są w błędzie. Wiza ekwadorska naliczana jest od momentu pierwszego wjazdu do tego kraju. A zatem jesli ktoś przyjechał tutaj powiedzmy sobie pierwszego czerwca i przebywał przez całe dziewięćdziesiąt dni tutaj, to aby otrzymać kolejna bezpłatna wizę można wrócić do Ekwadoru nie wcześniej niż pierwszego czerwca następnego roku. Oczywiście ci którzy wyjechali przed upływem dziewięćdziesięciu dni mogą wykorzystać resztę dni w trakcie następnego pobytu nawet przed pierwszym czerwca następnego roku. Dni te jednak przepadają po upływie tej daty i od nowa przysługuje nam dziewięćdziesiąt dni. Ekwador ma dwa lotniska międzynarodowe. Jedno jest w stolicy kraju Quito a drugie w największym mieście Ekwadoru Guayaquil. Quito jako miasto ma napewno więcej historii i z tego punktu widzenia jest napewno ciekawsze. Ze stolicy można odwiedzić pare bardzo ciekawych miejsc jak choćby Park Narodowy Cotapaxi z wulkanem o tej samej nazwie, który znajduje sie około dwóch godzin jazdy od Quito. W samej stolicy i jej centrum można spędzić całe tygodnie na zwiedzeniu historycznego centrum. Kolejna atrakcja będzie oczywiście równik, który przebiegu w pobliżu Quito a w jego miejscu znajduje sie muzeum i statua reprezentująca centrum kuli ziemskiej. Nie mogę zbyt wiele powiedzieć na temat Guyaquil, jako że nigdy nie spędziliśmy tam zbyt wiele czasu. Miasto to jest jednak bardzo ważnym ośrodkiem i wszyscy którzy przylatują do Ekwadoru przede wszystkim dla oceanu to tu należy rozpocząć swoją wizytę. Właśnie z Guayaquil autobusami można dostać się  prawie w każdy punkt ekwadorskiego wybrzeża. Od Machali na południu po Mantę i Bahia del Caraquez na północy. Ceny biletów autobusowych to około dziesięciu dolarów do Bahia del Caraquez, najdalej oddalonej od Guayaquil, i około pięć godzin jazdy. Jeśli ktoś chce zobaczyć Cuenkę to powinien rownież lecieć do Guayaquil skąd, autobusem w ciagu czterech godzin można dostać sie do Cuenki. Z Europy podobno najlepiej jest lecieć z Madrytu lub Barcelony. Ameryka Południowa i jej mieszkańcy to w jakimś sensie rodzina tych co wyjechali z Hiszpanii. W związku z tym podobno istnieje bardzo dużo połączeń pomiędzy Hiszpanią i wszystkimi krajami tej części świata. Inna opcja jest lot z Amsterdamu liniami holenderskimi, ten jednak podobno jest droższy. Nigdy nie leciałem bezpośrednio z Europy do Ekwadoru zatem są to tylko informacje zasłyszane. Dla tych, którzy lecą ze wschodnich stanów USA istnieją dwie znane mi możliwości. Pierwsza to bezpośredni lot liniami LAN z portu lotniczego JFK w Nowym Jorku a druga to wylot z Newarku z przesiadką w Panamie liniami Copa Airlines. Z Nowego Jorku można rownież lecieć liniami TAME, mam jednak z nimi bardzo złe doświadczenie i dlatego nie polecam. Z uwagi na miejsce zamieszkania w stanach dla nas korzystniej jest latać z Newarku a zatem liniami Copa. Lotnisko w Panamie nie należy do wielkich i bardzo łatwo sie po nim przemieszczać. Zwykle przerwa między  lotami trwa około dwóch do trzech godzin. Walutą obowiązującą w Ekwadorze jest dolar amerykański a zatem ci co mieszkają w stanach nie muszą dokonywać żadnej wymiany. Planujący pobyt w Ameryce Południowej dłużej niż dziewięćdziesiąt dni z przylotem i wylotem z Ekwadoru, muszą okazać się jakimś biletem, choćby autobusowym, że nie zamierzają przebywać tylko w tym państwie. Brak takiego „zaświadczenia” może skutkować w niewpuszczeniu do samolotu. Z niewiadomych mi przyczyn nie wolno wwozić do Ekwadoru kwoty większej niż dziesięć tysięcy dolarów, nie można rownież przekroczyć tejże kwoty przy wyjezdzie. Z innych informacji, ważne jest aby mieć jak najwiecej jednodolarówek oraz pięciodolarówek. Większość zakupów na targowiskach to są kwoty w przedziale od dolara do pięciu. Robiąc zakupy należy tak płacić aby reszta była mniejsza od pięciu dolarów. Banknot ten jest najcześciej podrabianym w Ekwadorze. Uwaga ta oczywiście dotyczy targowisk a nie sklepów. Ponieważ nic innego nie przychodzi mi do głowy, zatem jeśli są jakieś pytania z chęcią na nie odpowiem w ramach swoich możliwości.

Swieta w Ekwadorze, Nowy Rok w Meksyku

Święta  Bozego Narodznia spędziliśmy  w tym roku po raz pierwszy w Ekawadorze. Byliśmy oczywiście ciekawi jak je spędzają przeciętni ludzie. Okazuje się że chociaż Ekwador jest krajem z przewagą  religii rzysmko- katolickiej sposób spėdzania świąt  różni się od naszego. Główną różnicą jest fakt że święta, aczkolwiek mają character rodzinny, to spotkanie te są bardziej traktowane jako przyjėcia z podtekstem religijnym. Ilość prywatek w których biorą udzial ludzie jest bardzo duża i uzależniona od kręgu znajomych. Jedną z takich imprez zoorganizowala znajoma Amerykanka a głównym punktem spotkania byla obserwacja pochodu bożonarodzeniowego. Pochód ten zgromadzil podobno okolo piėćdziesiąt tysięcy uczestników. Cuenca slynie z największej tego typu imprezy w Ekwadorze a większość pochodu jest transmitowana przez telewizje na żywo. Uczestnicy przebierają się za rœżne postacie zwiazane z religią katolicką I tak przebrani maszerują wzdłuż jednej z głównych ulic Cunki którą jest Simon Bolivar. Nasza gospodyni jest włascicielką  apartamentu przy tej ulicy z widokiem na nią tak więc mieliśmy pełny  przegląd sytuacji oraz wszystkiego co się działo. Widowisko było jedyne w swoim rodzaju. Ludzie poprzebierani za postacie historyczne wraz z dziecmi, ktore w wiekszosci byly aniolkami spacerowali wzdluz ulicy sowicie dzielac wszystkich gapiow zyczeniami swiatecznymi. Konie, powozy, platformy samochodowe na ktorych umieszczone byly zywe szopki bozonarodzeniowe to tylko czesc tego wielkiego przedstawienia. Ludzie rowniez maszerowali w strojach reprezentujacych ich przynaleznosc do grup etnicznych w tym przypadku Indian. Swiateczni odmalowani dumni, pogodni oraz roztanczeni w rytm swojej muzyki tak, ze trudno bylo od nich oderwac oczy. Muzyka i rytmy nakladaly sie na siebie bowiem kazdy chcial cos pokazac, kazdy chcial cos zatanczyc I zaprezentowac cos specjalngo na ta okazje. Widowisko rozpoczelo sie o godzinie 11 rano jak dlugo trwalo nie wiem bo po trzech godzinach ogladania musiałem zrezygnowac aby zdążyć na wlasna wigilie. Pierwsza taka noc w kraju gdzie nie ma sniegu a temperature za oknem jest powyzej plus pietnastu stopni. Dziwne uczucie. Myslami bylismy z naszymi dziecmi z ktorymi udalo nam sie zamienic pare slow dzieki skypowi. Myslami bylismy z nasza rodzina w Polsce z ktora przezylismy tyle niezapomnianych wigilii.  Stół wigilijny dzielił z nami Milan, wczesniej poznany Slowak, ktory podobnie jak my postanowil osiedlic sie w Ekwadorze I zostal naszym sasiadem. Wigilia minela w milej atmosferze a cztery dni pozniej bylismy juz w Meksyku a dokladnie Meridzie stolicy stanu Yukatan. To wlasnie tutaj osiedlila sie nasza corka ze swoim mezem. Merida podobie jak Cuenca oraz wiekszosc miast w Ameryce Południowej to historia podboju tego kontynentu przez Hiszpanow. Merida zostala zalozona 6 stycznia przez Francisco Montejo. Akurat nasz pobyt nalozyl sie z obchodami zalozenia miasta dzieki czemu moglismy uczestniczyc w niezliczonej ilosci roznego rodzaju przedstawien, pokazow, koncerow i temu podobnych imprez. Sam Nowy Rok spedzilismy z corka orza w gronie jej znajomych wsrod ktorych byli ojciec z synem z Polski. No moze nie z Polski w sensie przejazdu ale Polacy z pochodzenia. Syn poznal dziewczyne w Meridzie I zdecydowal sie zostac. Mozliwosc rozmawiania po polsku gdzies na koncu swiata z ludzmi, ktorych dopiero co sie poznanlo dodawala calej tej scenerii dodatkowej atrakcyjnosci. Swietowalismy nadejscie Nowego Roku na dachu domku, ktory corka wynajmuje z mezem. Na zewnatrz bylo grubo powyzej plus dwadziescia stopni. Ponownie dosc dziwne uczucie biorac pod uwage, ze wiekszosc imprez noworocznych spedzilismy w miejscach gdzie temperature byla albo ponizej zera, albo w jego okolicach. Wytrwalismy pewnie gdzies do pierwszej nad ranem obserwujac wszech obecne sztuczne ognie poczym poddalismy sie zmeczeniu i udalismy sie na zasluzony odpoczynek. Amelia, nasza corka sluzyla nam za przewodnika po Meridzie I Yuaktanie przez ponad dwa tygodnie naszego pobytu. Bylem I wciaz jestem pod wrazeniem tak I miasta jak I calego stanu. Odwiedzilismy miasta z ruinami po Majach, wybrzeze zatoki meksykanskiej, male miasteczka w okolicach Meridy I musze przyznac ze wielkie jakies biedy nie udalo mi sie zobaczyc. Merida ze swoim zabytkowym centrum zrobila na nas bardzo pozytywne wrazenie. Dalo sie zauwazyc ogromna ilosc turystow a ilosc ludzi kreujacych wrecz tlok po godzinie dziesiatej wieczorem wprawial wrecz w zduminie. Mniejsze I wieksze restauracyjki zapraszjace przechodniow, drobni handlarze oferujacy swoje towary wszystko to o tak poznej godzinie. Po czesci bylo to spowodowane obchodami powstania miasta ale rowniez I temperature sprzyja nocnemu zycia. O tej godzinie wieje chlodny wiaterek a temperature wciaz utrzymuje sie powyzej dwudziestu stopni. Izamal ze swoimi ruinami po Majach oraz klasztorem, ktory odziedzil Jan Pawel II podczas swojej pielgrzymki do Meksyku, Valladolid z restaurowanym centrum oraz zabytkowym klsztorem otoczony przez niezliczona ilosc naturalnych zapadlisk wypelnionych woda I sluzacych jako miejsca do plywania oraz Uxmal z jednym z trzech na swiecie muzeum czekolady to tylko skromna czesc tego co widzielismy.  Meksyk zrobil na nas bardzo korzystne wrazenie dodatkowo mozliwosc spedzenia kilku tygodni z corka I jej mezem bylo dla nas rowniez bardzo wazne. Wszedzie dobrze w domu najlepiej totez wracalismy do Ekwadoru wypoczeci ale z duza doza tesknoty za domem.