Gringo tax i „przyjaciele”.

Z każdym dniem życia w Ekwadorze coraz lepiej poznaje sposób myślenia tutejszych ludzi i ich styl bycia. Tutejsze społeczeństwo ma zdecydowanie charakter klasowy chociaż o tym nikt nie mówi. Wbrew pozorom bardziej do mnie przemawiają ludzie, których życie dalekie jest od tych zwanych uprzywilejowanymi. Podobno są kantony w tym kraju, w których panuje bieda. To stwierdzenie nie dotyczy jednak Cuenki i prowincji Azuay. Poziom życia jest napewno bardzo zróżnicowany ale trudno mówi o biedzie. Polityka państwa mocno jest nakierowana w Ekwadorze na pomoc tym najbiedniejszym. Nie zawsze się to podoba klasie lepiej sytuowanej. Tak czy inaczej od kilku kadencji krajem rządzi partia reprezentująca i mająca wpływy w dolnych warstwach społeczeństwa ekwadorskiego. Największą zmorą kraju jest wszechobecna korupcja we wszystkich jednostkach władzy. Walczą z nią kolejne rządy i kolejny prezydent jednak skutków większej poprawy nie widać. Nie o tym jednak chciałem pisać. Mając trochę kontaktów z ludźmi żyjącymi na różnych poziomach doszedłem do wniosku, że najbardziej odpowiadają mi ludzi prości. Najmniej natomiast mam szacunku dla tych, którzy coś tam mają, chcą jednak więcej, i chcą to osiągnąć nie przebierając w środkach. Amerykanie i obywatele innych krajów wywodzący się z państw tak zwanych zamożnych, którzy zdecydowali się osiedlić w Ekwadorze są w tym względzie doskonałym celem tych ludzi. Już wielokrotnie miałem okazje przekonać się, że pod pozorem pomocy potrafią wykorzystać maksymalnie sprzyjającą im sytuacje. Nie jest to zapewne problem tylko Ekwadoru ale skoro się na ten kraj zdecydowałem to właśnie to mnie drażni najbardziej. To wykorzystywanie osiedlających się tutaj przybyszów z bogatszych krajów doczekało się nawet swojego własnego określenia-Gringo tax. Przejawia się to przede wszystkim w wyższych cenach niemal na wszystkie usługi dla tych ludzi, w porównaniu z cenami dla Ekwadorczyków. I tu jest właśnie główna przyczyna dla, której moje serce znosi ów podatek bez porównania lepiej gdy nalicza mi go robotnik niż chętny pomocy właściciel firmy czy, ukrywający się pod postacią przyjaciela, lepiej sytuowany Ekwadorczyk. Dniówka robotnika to wydatek około dwudziestu dolarów. Owa dniówka to osiem godzin czasami ciężkiej pracy. Nie pilnuje go jednak gdy takowego zatrudniam. Wiem, że będzie próbował mnie oszukać, jeśli to można tak określić, ilością godzin przepracowanych. Jeśli nawet przepracuje tylko siedem godzin to wciąż jego stawka dzienna jest tak mała, że trudno mieć do niego jakiekolwiek pretensje. Inaczej sprawy mają się w przypadku „pałających rządzą pomocy” wszelkiej maści pośredników. Większość z nich mówi biegle po angielsku, byli gdzieś w świecie, coś widzieli a teraz przyszedł dla nich czas aby ta wiedzę przekuć na dochody. Wyjątkowo niesympatyczna grupa. Aby to jednak zrozumieć trzeba tu chwile pomieszkać by poznać miejscowe ceny. Dociera do mnie powoli fakt jak często przepłacałem za niektóre usługi, kierując się naiwną wiarą, że jestem czyimś przyjacielem. Okazało się bowiem, że ci z szeroko otwartymi dla mnie ramionami mają równie głębokie kieszenie. W tej grupie zdarzy się od czasu do czasu ktoś uczciwy, jednak bardzo rzadko. Wszyscy za coś, kiedyś tam zapłaciliśmy lub płacimy frycowe, stąd nie ma do tych „przyjaciół” większej pretensji bo za naukę trzeba płacić, niestety.

Reklamy

Podatek od bycia gringo

Kolejne lata spędzone w Ekwadorze pozwalają mi na coraz lepsze poznanie okolicznych ludzi i ich zwyczajów. Dochodzę powoli do wniosku, że świat w podstawowych sprawach i aspektach życia mało się różni. Ekwador jest krajem na dorobku. Widoczne są duże podziały społeczne. Ludzie, którzy reprezentują tutejszą średnią klasę muszą mieć pomoc domową bo wręcz nie wypada aby kobieta zajmowała się domem nawet jeśli ma na to czas. Amerykanin albo ktoś pochodzący z zagranicy, próbujący się tutaj osiedlić jest postrzegany jako bezdenny worek z pieniędzmi.  Nie jest to oczywiście generalna zasada ale można ją odczuć niemal na każdym kroku. Co ciekawe na bycie bez skrupułów wykorzystanym narażają nas przede wszystkim ci lepiej sytuowani często starający wkraść się w nasze łaski. Jest to bardzo łatwe bo ta grupa ludzi zna język angielski co umożliwia im łatwe nawiązywanie kontaktów z przybywającymi do Ekwadoru Amerykanami, których większość nie ma pojęcia nawet bladego o języku hiszpańskim. Polegają zatem często na reklamowanych przez swoich znajomych mówiących po angielsku tubylcach. Pojęcie podatek od bycia gringo jest bardzo powszechny wsród przybywających do Ekwadoru. Wielu z nas nie ma problemu z płaceniem wyższych cen na prywatne usługi bo płace robotników są tak niskie, że pare dolarów więcej na dniówce nie robi większej różnicy dla przeciętnego amerykańskiego portfela. Sam wykorzystujė do prac koło domu miejscowego robotnika i chociaż mamy dżentelmeńską umowę co do wynagrodzenia mój pomagier często spóźnia się i wychodzi wcześniej. Fakt jednak pozostaje faktem, że pracuje bardzo cieżko a gdy zwracam mu uwagę na jego brak punktualności śmieje się do mnie rozbrajająco co  wywołuje i na mojej twarzy uśmiech i jutro jest to samo. Przyzwyczaiłem się  już do tego zwłaszcza, że wkłada w to co robi dużo serca i stara się to zrobić jak najlepiej, a że przy okazji nie pracuje umówionej ilości godzin przestało mieć większe znaczenie. Inaczej sprawy mają się z tymi niby mądrzejszymi bardziej wykształconymi tzw znajomymi, którzy często uważają siebie za naszych przyjaciół. Większość z nich jest opętana przez chciwość i pozbawiona wszelkich skrupułów. Pamietam jak jeden z tej właśnie grupy ludzi na spotkaniu z amerykańskimi inwestorami mówił jak bardzo go martwi fakt, że jesteśmy wykorzystywani przez cwanych Ekwadorczyków a po chwili rzucał w nas takimi cenami, że nawet w najdroższym stanie w USA z a podobna usługę tyle by nikt nie zapłacił. Z tego typu postawą spotkałem się tutaj wielokrotnie aczkolwiek daleki jestem od generalizowania. Wszyscy rozumiemy, źe tutejsze koszty utrzymania są dla nas w porównaniu z życiem w Stanach czy Polsce o wiele niższe. Wielu z nas płaci podatek od bycia gringo z uśmiechem. Jest jednak różnica pomiędzy sposobem w jaki nam naliczają ów podatek robotnicy i ci tzw przyjaciele. Chciwość wszędzie ma taki sam kształt i wygląd. Mam wiele respektu dla tych, którzy cieżko pracując starają się troszeczkę „nabrać” swojego pracodawcę. Na chciwców jedyna rada jest jak najszybsza nauka języka z czym walczę każdego dnia. Idzie jak po grudzie ale ja im jeszcze pokaże.