Pożegnanie z Peru

Ostatnim etapem naszej peruwiańskiej wyprawy była Lima. Stąd zaczynała się nasza przygoda tyle, że wtedy tylko zmieniliśmy samoloty bez wypadu do miasta. Tym razem  mieliśmy w programie zaplanowane zwiedzanie miasta. Do Limy przylecieliśmy samolotem z Juliaci, która chociaż mniejsza od Puno to jednak z uwagi na dolinne położenie tego ostatniego to właśnie w Juliace znajduje się lotnisko łączące tą cześć Peru z resztą państwa. Lotnisko zaskoczyło nas swoją czystością i przestronnością biorąc pod uwagę niezbyt miły wygląd samego miasta. Po niecałej godzinie lotu wylądowaliśmy w Limie. Olbrzymi jak na warunki południowo – amerykańskie budynek przepełniony ludźmi świadczy o tym, że Lima jest ważnym miejscem tranzytowym dla podróżnych krajowych jak i turystów z całego świata. Wylądowaliśmy na terminalu krajowym. To jest jednak bez znaczenia bo oba terminale znajdują się w tym samym budynku. Krajowe loty to oczywiście o wiele mniej skomplikowane wydostanie się na zewnątrz, wystarczy odnaleźć bagaż i to w zasadzie wszystko. Zatem relatywnie szybko znaleźliśmy się w lotniskowej hali powitań. Nikt nas nie uprzedził czy ktoś na lotnisku będzie na nas czekał, toteż gdy znaleźliśmy się na zewnątrz i nie udało nam się zlokalizować tablicy z naszym nazwiskiem przez chwile nie byliśmy pewni co mamy robić. Alicja w takich momentach zwykle sięga po czarne kolory i dawaj malować w nich naszą najbliższą przyszłość. Na ogół to się nie sprawdza tyle, że czasami proces niesprawdzania trwa dłużej. Po dobrych dziesięciu minutach znaleźli się nasi przewodnicy i wszystko znowu wróciło do normy. Ponieważ odlatywaliśmy do Ekwadoru następnego dnia zatem jedyną możliwością zwiedzenia Limy było zaraz po przylocie. Lima to jedenastomilionowa metropolia. Lotnisko znajduje się poza miastem. Dojazd do centrum to istna droga przez mękę. Przepełnione samochodami ulice dojazdowe spowodowały, że do serca miasta dotarliśmy po dwóch godzinach jazdy. Peru liczy sobie około trzydziestu dwóch milionów mieszkańców zatem ponad jedna trzecia mieszka w aglomeracji Lima. Szans na dokładniejsze zwiedzenia miasta nie mieliśmy żadnych z uwagi na skromny czas. W centrum znajduje się jednak, oprócz pałacu prezydenckiego, rownież bazylika wybudowana przez Hiszpanów, z której dzwonnicy można obejrzeć Limę i jej okolice. Skorzystaliśmy zatem z tej okazji, spodziewając się jednocześnie turystów i tłoku. Nic z tych rzeczy. Lima to bardziej miejsce odwiedzane dla Pacyfiku i plaż niż ze względu na swoje walory historyczne. Byliśmy jedynymi turystami na dzwonnicy z naszym przewodnikiem, który chyba był najsłabiej przygotowanym do pełnienia tej funkcji ze wszystkich, których do tej pory mieliśmy. Jego rodzina pochodzi z Japonii, rodzina aktualnego prezydenta Peru pochodzi z Polski, mieszka tu sporo Niemców i innych obywateli Europy. To wszystko każe sądzić, że po drugiej wojnie światowej sporo ludzi przyjechało tutaj,  i nie tylko tutaj, z rożnych powodów czasami pewnie nawet związanych z byciem nie po tej stronie co trzeba po zakończeniu wojny. Lima nie robi wielkiego wrażenie pewnie właśnie z uwagi na korki, ścisk, uliczny tłok. Być może warto w niej spędzić więcej czasu jednak ta opcja będzie musiała poczekać do następnego razu. Opuszczaliśmy Limę bez większego żalu. Lotnisko było dla nas rownież drogą przez mękę. Mieliśmy jednak wystarczająco dużo czasu aby połapać się w tej gęstwinie ludzi. Na szczęście loty do Stanów mamy już za sobą. Pisze o tym dlatego, że odlatujący do „raju na ziemi” są kontrolowani ze szczególną starannością. Nie wystarczy to, że byli juz prześwietlani, sprawdzani i kontrolowani. Przed wejściem do poczekalni bramy, z której odlatuje samolot do kraju Trumpa jeszcze jedna kontrola bagażu podręcznego i obmacywanie wszystkich pasażerów na wypadek gdyby przyszło im do głowy niespodziewanie wysadzić się w powietrze, czego nie udało się zdeterminować w trakcie poprzednich prześwietleń. Życzyłem wszystkim podróżującym do Stanów szczęśliwej podróży, ciesząc sie jednocześnie, że ja tym razem tam nie lecę. 

Reklamy

Z Cusco do Puno czyli droga nad jezioro Titicaca

Zwiedzanie Cusco i okolic było ostatnim etapem naszej wycieczki w tą cześć Peru. Czas na jezioro Titicaca. Nasz program przewidywał, że tą trasę pokonamy autobusem turystycznym. Wyruszyliśmy zatem w niemal czterystu kilometrową podróż z samego rana a z nami jeszcze piętnastu innych turystów w większości spoza Peru. Nasza przewodniczka była młodą dziewczyną, która chociaż nigdy nie była w kraju anglojęzycznym bardzo dobrze władała tym językiem. Na pokładzie autobusu znajdowali się jednak turyści, którzy znali tylko hiszpański zatem zmuszona była opowiadać na przemian używając obu języków. Na trasie mieliśmy sześć przystanków związanych przede wszystkim z ruinami  inkaskimi. Naszym punktem docelowym było oczywiście jezioro ale miastem, do którego mieliśmy dotrzeć było Puno, z którego wyruszają wszystkie wycieczki w podróż po jeziorze od strony Peru. Droga nam się specjalnie nie dłużyła bo przystanki w trakcie podróży były ciekawym urozmaiceniem. Czterysta kilometrów dało nam rownież możliwość poznania Peru z perspektywy drogi. Od momentu wyruszenia z Cusco wspinaliśmy się w górę, jezioro Titicaca jest bowiem położone na niemal czterech tysiącach metrów nad poziomem morza i jest największym akwenem wodnym na tej wysokości. Nasze przystanki były związane zwykle z czymś szczególnym. Mieliśmy zatem możliwość obejrzenia mostu wiszącego nad miejscową rzeką a zbudowanego z lian i drzewa. Obok niego wybudowano inny most z typowego kamienia charakterystycznego dla tej okoliczny. Mogliśmy przejść po tej huśtającej się konstrukcji co było swego rodzaju atrakcją. Kolejny przystanek to jeden z najstarszych kościołów w tej okolicy. Wybudowany przez jezuitów przejęty przez dominikanów by wreszcie stał się ponownie własnością jezuitów. Sporo ciekawych opowiadań, którymi raczyła nas bardzo dobrze przygotowana przewodniczka. Następny postój to ruiny w miasteczka, które było na granicy rożnych plemion Inków. Miasto to miało charakter spichlerza, do którego na wypadek klęsk żywiołowych obie grupy etniczne odkładały produkty. Obowiązywał swego rodzaju podział bo to co rosło u jednych nie rosło u drugich uzupełniając się nawzajem. Inkowie rozumieli potrzebę współpracy i obowiązywały w ich świecie normy, które nakazywały dbanie o sąsiadów ale i rownież o dobro ogółu. Mam wrażenie, że naszym politykom przydałby się powrót w tamte czasy. W najwyższym punkcie trasy mogliśmy dojrzeć szczyt pokryty lodowcem. Wraz z wspinaczką krajobraz za szyba zmieniał się z każdym kilometrem by na wysokości czterech tysięcy metrów przypominać już typowo górski z minimalną ilością karłowatych drzew i krzaków. Nie to jednak uderzało najbardziej. Ta cześć Peru zdecydowanie odbiega zamożnością od miejsca, z którego wyruszaliśmy rano. Puno i Juliaca oba miasta liczące ponad dwieście tysięcy mieszkańców oddalone są od siebie o około godzinę jazdy. Puno to port nad jeziorem a Juliaca to miasto, w których wybudowano lotnisko dla tej okolicy bo leży ono w przeciwieństwie do Puno na w miarę równym terenie. Oba miasta są jednak bardzo zaniedbane i w ich budowie nie widać żadnej wizji. Obecny prezydent Peru Pedro Pablo Kuczyński przyrzekł doinwestować te tereny. Co z tego wyjdzie czas pokaże bo największa bolączką Peru jest korupcja. Po ponad dziesięciu godzinach jazdy dobiliśmy do hotelu i chociaż mieliśmy jeszcze w planie spacer to jednak zdecydowaliśmy się pozostać i odpocząć. Na drugi dzień wychodząc z hotelu pani z recepcji oznajmiła, że ma dla nas prezent. Trochę zdziwieni patrzyliśmy na nią jak na kosmitę ale wkrótce wszystko się wyjaśniło. Dzień wcześniej Alicja obchodziła urodziny. Licząc na to, że wyjdziemy na zewnątrz przygotowano dla niej prezent. Zawiedliśmy jednak ich oczekiwania nie wychodząc, stąd prezent od hotelu dzień pózniej. Nie będę ukrywał, że było szczególnie mojej małżonce bardzo miło. A przed nami wyprawa na jezioro.

Huayna Picchu czyli Młoda Góra

Jednym z naszych celów w trakcie pobytu w Machu Picchu była wspinaczka na Huayna Picchu czyli Młodą Górę. Wierzchołek jej jest połączony z osadą Inków przełęczą. Góruje on zdecydowanie nad okolicą i zapewnia najlepszy widok na całość. Wejście na górę jest jednak ograniczone do czterystu osób dziennie, z których dwieście zaczyna wspinaczkę o siódmej rano a kolejne dwieście musi czekać do dziesiątej. W związku z tym obowiązują oczywiście bilety i okres oczekiwania. Właśnie dlatego my rezerwowaliśmy naszą wyprawę z wyprzedzeniem bo na bilety na Młodą Górę trzeba czekać od dwóch do trzech miesięcy w zależności od sezonu. Z poziomu Machu, Huayna nie wyglada zbyt zachęcająco. Różnica poziomów miedzy oboma wzniesieniami to około dwieście pięćdziesiąt metrów. O ile jednak wzgórze osady jest relatywnie płaskie o tyle Huayna to wierzchołek, na który prowadzi momentami dość stroma droga po kamiennych schodkach. Patrząc na górę dzień wcześniej nie byłem pewny czy to był dobry pomysł z drugiej strony zgodnie z tym co nam powiedział przewodnik widoki miały być niezapomniane. Nasz bilet na wspinaczkę zdecydowaliśmy by był na godzinę siódmą rano. Oczywiście rezerwacji dokonaliśmy nie znając ani miejsca ani realiów całego przedsięwzięcia. Po pierwszym dniu wiedzieliśmy już, że aby rozpocząć podbój naszego „pagórka” należało najpierw dojechać do Machu z hotelu jednym z autobusów dowożących turystów. Wcześniej jeszcze śniadanie w hotelu. Biorąc to wszystko pod uwagę pobudka musiała być przed piątą rano. Z tym nie było problemów, szybka toaleta, śniadanie i pędem na autobus. I tu zaczęły się problemy bo kolejka do autobusu była juz conajmniej ponad stu metrowa czego nie wzięliśmy pod uwagę. Pomogła moja karta inwalidy ekwadorskiego i zapakowałyśmy się do autobusu bez kolejki. Gdyby nie ona, nie wyjęte pół godziny czekania jeśli nie dłużej. W autobusie byliśmy o 5:30 na górze przed główną bramą wejściową o 6 rano. Kolejka do wejścia zaczynała się wlasnie tworzyć. Po pięciu minutach byliśmy na terenie osady. Widok jaki się przed nami roztaczał aczkolwiek był taki sam jak dzień wcześniej to jednak wszechobecna cisza zdawała się jeszcze bardziej potęgować wrażenie. Machu Picchu teraz dopiero wyglądało jak miejsce z innej planety, majestatyczne, pogrążone w porannej mgle, pełne nieopisanej magii. Staliśmy w bezruchu chwile i w kompletnej ciszy podziwiając to co się przed nami roztaczało. Po chwili ruszyliśmy w kierunku Huayna do wejścia na teren, którego mieliśmy jeszcze chwile czasu. Tam już czekało pare osób, chwile potem otworzono trasę. Najpierw jednak wpis do księgi wejściowej z dokładnymi informacjami personalnymi łącznie z godziną rozpoczęcia wspinaczki. Trasa rzeczywiście jest bardzo urozmaicona pod względem trudności. Są szerokie schody, by za chwile zmienić się w trudne do postawienia jednej stopy. Od czasu do czasu są poręcze jednak w momentach kiedy by się przydały ich nie ma. Podejście jest rownież urozmaicone od prostej dróżki do stromych schodów, których końca nie widać. Byliśmy zdecydowanie najstarszą parą wariatów na trasie, dookoła nas przede wszystkim młodzież bez wyobraźni z aparatami fotograficznymi i telefonami na wysięgnikach do robienia zdjęć samym sobie. Mijali nas tak jak wyścigowe samochody jakiegoś starego gruchota. Nie mieliśmy wyjścia więc często ustępowaliśmy drogi zatrzymując się w miejscach gdzie była ona szersza. Nie będę opisywał całej trasy, powiem tylko, że decyzja o wyjściu była słuszna i warto było trochę zaryzykować bo widoki jakie mieliśmy okazje zobaczyć to te z tych, które nie da się ani wyrazić słowami ani zapomnieć. Dojście na szczyt Huayny zabrało nam ponad godzinę jednak przy zejściu nadrobiliśmy trochę czasu i zmieściliśmy się w przewidywanym limicie czasu dwóch godzin. Powiem jeszcze raz było to przeżycie z rzędu tych, które się nie zapomina do końca życia. Huayna Picchu wygląda groźnie i trzeba być przygotowanym na różne niespodzianki po drodze. To co jednak oferuje to wynagradza trud i trochę lęku. Ze swoich podróży wyjście na ten szczyt i związane z nim emocje mógłbym jedynie porównać z zejściem na sam dół Grand Canyonu tylko, że widoki z dołu kanionu nijak mają się do tego co widać ze szczytu. Widok z dna jest przytłaczający, na górze mając wszystko pod sobą czułem się wolny.

Witaj Cusco, Peru

Po trzech godzinach jazdy taksówką, dwu i pół godzinach lotu i czterech godzinach wyczekiwania na lotniskach dotarliśmy do Cusco. Wylatywaliśmy z Guayaquil o 8:30 ale z powodów bezpieczeństwa musieliśmy być na lotnisku trzy godziny przed wylotem. Jeśli dołożymy do tego ponad trzygodzinny dojazd do lotniska to się okaże, że musieliśmy wyjść z domu o drugiej na ranem. Zerwana noc nie sprzyja podróżowaniu. Lot do Limy i Cusco odbył się dla mnie na wpół we śnie na wpół na jawie. Spanie na siedząco w samolocie to żaden odpoczynek i powoduje że zmęczenie się tylko nawarstwia a co za tym idzie i napięcie. Lot do Limy nie miał zasadniczo nic nadzwyczajnego w sobie. Stolica Peru leży nad Pacyfikiem toteż widoki przy lądowaniu były całkiem niezłe. Lotnisko nas zaskoczyło swoją wielkością, dodatkowo, ponieważ lot do Cusco był lotem krajowym, musieliśmy odebrać nasze bagaże. Zatem w pierwszej kolejności kontrola paszportowa, następnie odbiór bagaży, transfer na terminal krajowy, kolejne sprawdzanie naszych bagaży, zdanie bagaży na kolejny lot wreszcie kontrola bagaży podręcznych i przejście przez kolejny aparat do prześwietlania ludzi. Zmęczeni goniliśmy jak zmaltretowane psy a ponieważ lotnisko zaskoczyło nas swoim rozmiarem poczuliśmy trochę presji bo do odlotu mieliśmy tylko nieco ponad godzinę. Udało nam się jednak zdążyć na kolejny samolot bez większych problemów. Zgodnie z planem z Limy do Cusco powinnismy lecieć półtorej godziny a skończyło się na niecałej  godzinie. Podejście do lądowania było o wiele bardziej emocjonujące niż to pierwsze w Limie. Miasto leży bowiem w dolinie, było w związku z tym pare ostrych skrętów, szybsze niż zwykle opadanie i to wszystko na trochę większej prędkości. Widać gościu za sterami miał w tym doświadczenie bo usiadł na płycie bez najmniejszych problemów. Wylądowaliśmy jednak pół godziny wcześniej i musieliśmy odczekać te pare minut na naszego przewodnika. Chociaż nie trwało to długo to jednak zmęczenie powoduje, że wszystko nabiera o wiele większych rozmiarów. Relatywnie szybko dotarliśmy jednak do hotelu gdzie poczęstowano nas herbatą z liści koki, której wypięcie jest niemal koniecznością z uwagi na wysokość na jakiej się znajduje miasto. Muszę przyznać, że to podziałała. W dniu przybycia do Cusco agencja turystyczna nie miała dla nas nic zaplanowanego. Mogliśmy zatem lęgnąć po podróży jak dwa wykończone koty. Herbata z koki dodała nam jednak sił i wyruszyliśmy w miasto. W pierwszej kolejności wymiana waluty i tu kolejne zaskoczenie. Sol, peruwiański złoty ma się lepiej do dolara niż złotówka i za jednego zielonego otrzymaliśmy tylko 3.36 sola. Stówa, która wymieniliśmy tak jakby miała nogi i zanim się spostrzegliśmy już było po niej. Nie dlatego, że w Peru jest drogo bardziej z powodu tutejszego rękodzieła, które chociaż do tanich nie należy to zrobiło na nas olbrzymie wrażenie i dokonało spustoszenia w naszych kieszeniach. Byliśmy jednak na to przygotowani. Następnego dnia dobraliśmy się do następnej kasy tyle, że tym razem postanowiliśmy być ostrożniejsi. Cusco to przede wszystkim turyści z całego świata, którzy tu przybywają dla Machu Picchu. Miasto jednak ma bardzo wiele do zaoferowania sądząc tylko po pobieżnych oględzinach. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu na jego odkrywanie bo nazajutrz rano wyjeżdżaliśmy już w kierunku ruin po Majach. Wrócimy do Cusco za trzy dni wtedy będę miał więcej informacji. Teraz czas na Pisac, Urubamba i Ollantaytambo.