W poszukiwaniu prawdy historycznej.

Jedną z najbardziej obrzydliwych instytucji jakie powstały po odzyskaniu przez nasz kraj tak zwanej wolności jest, według mnie oczywiście, Instytut Pamięci Narodowej. Nazwa jakże wzniosła, cele jakże płytkie. Nie ma to oczywiście nic wspólnego z żadnym instytutem, bo w takiej organizacji pracują ludzie z dużym doświadczeniem w danej dziedzinie, w tej natomiast historycy z łapanki. Nie ma ten twór nic wspólnego z pamięcią, raczej z niechęcią tylko i wyłącznie do pewnego okresu w naszej historii. Słowo Narodowy też jest zakłamaniem bo w nim mieszczą się tylko tak zwani wyklęci. Chociaż niekoniecznie, są w tym pojęciu również ci przeklęci, którzy zrozumieli swój historyczny błąd i teraz ze szczególnym oddaniem próbują go naprawić. Jakby jednak dobrze przyjrzeć się co się kryje pod pojęcie narodu to okaże się, że jest w nim dość skromny odsetek prawdziwych patriotów, reszta to budowniczy socjalistycznej ojczyzny czyli tak zwany gorszy sport.

Oczywiście kto jest kto, decyduje paru inkwizytorów z rzeczonego Instytutu. Niby miał to być twór o zabarwieniu historycznym. Stał się jednak narzędziem opresyjnym w rękach ludzi bez twarzy, nieuków i oportunistów.

Nie mam wątpliwości, że głównym zadaniem pracujących tam „naukowców” nie jest rzetelne badanie historii i warunków w jakich przyszło naszemu krajowi egzystować zaraz po wojnie. Cel nadrzędny to wyszukiwanie haków, mszczenie się na wszystkich i wszystkim co wpadnie do łba choremu z nienawiści namiestnikowi kraju. Stąd moja nowa nazwa tej organizacji, Inkwizytorzy Pomylonego Namiestnika.

Najśmieszniejsze w tym zakładzie jest to, że na tych historycznych dokumentach pierwszy położył łapy pewien Antoni. Pozamiatał co dla dzisiejszych włodarzy nie wygodne, zostawił to co było po jego chorej linii rozumowania i na tej podstawie czereda nawiedzonych histeryków bawi się w historie. Tosiek natomiast żongluje teczkami aktualnych watażków, tak na wszelki wypadek gdyby ktoś chciał się go pozbyć.

Co gorsza, ów Instytut rozrósł się do wielkości Urzędu Marszałkowskiego. Wydziałów w nim już nie sposób zliczyć. Na czele każdego jakiś dyrektor, podwładni i oczywiście sekretarka. Powstał też zmyślny twór o nazwie pion prokuratorski. Ci goście mają dopiero klawe życie. Zbyt tępi by pracować w prokuraturze ale z odpowiednim przygotowaniem nienawistno-propagandowym, tutaj sprawdzają się doskonale. Kiedyś na towary, które nie nadawały się na eksport mówiono buble albo odrzut, to mniej więcej tej samej klasy ludzie pracują w owym pionie. Jak się wkurwią na jakiś pomnik o znaczeniu socjalistycznym to ma on przejebane, dosłownie.

Na czele tej wykreowanej, chyba tylko na potrzeby zatrudnienia oddanym świętej wojnie histerykom, stoi człek o jakże właściwym imieniu i nazwisku, Jarosław Szarek. Podobnie do lotnika z Sejmu i ten gość wydedukował, że z racji zajmowanej pozycji należą mu się określone przywileje. Jak podaje Angora za Faktem w 2016 roku na bilety lotnicze IPN wydał 108 tysięcy złotych. Rok później już 425 tysięcy złotych, a w trzech kwartałach 2018 roku ekipa Szarka przeleciała 423 tysiące złociszy. Nie mam wątpliwości, że tak fruwają w pogoni i z potrzeby odnalezienia historycznej prawdy. Pan Szarek z podziwu godną determinacją szuka jej w Krakowie, do którego w powyższym okresie przeleciał się 112 razy. Aż strach pomyśleć co on tam znalazł i wciąż znajduje. Na wszelki wypadek, gdyby sytuacja była podbramkowa i nie latały awiony to prezesunio ma złota kartę Intercity na okaziciela za jedyne 23 kawałki.

Okazało się również, źe komunistyczni przestępcy dali nogę do USA i Kanady. Trzeba było sprawdzić wszystko na miejscu. Peerelowska zaraza spędza sen z powiek biednego prezesa i jego świty. Ponoć razem z Waszczykowskim oczyszczają z niej San Escobar. Nie ich kasa. Lud rozumie jak ważna jest walka z przeciwnikami dobrej zmiany.

A propos naszego byłego ministra spraw od zagranicy. Po wyborze do europarlamentu poleciał na San Escobar w poszukiwaniu … Brukseli.

Źródło: Angora nr 49 z 9 grudnia 2018 roku.

Reklamy

Spięcia i pudełka czyli mózgowe różnice.

Kiedyś, bardzo dawno temu, oglądałem skecz na temat różnicy pomiędzy mózgami kobiet i mężczyzn. Często o nim myślę.

Rozmawiamy z moją dziewczyną na przykład na temat jakiegoś filmu. Nagle coś tam jej gdzieś połączyło się z pracą w ogródku i ni stąd ni zowąd rzecze coś do mnie w tym temacie. Ja wciąż tkwię w filmie i czuje się kompletnie zgubiony. Mało tego, zielonego pojęcia nie mam o czym ona teraz gaworzy.

Otóż to. Podobno męski mózg jest poukładany. Znajdują się w nim całe szeregi rożnych pudełek dokładnie opisanych. Jest pudełko dla sportu, rozrywki, filmów, sprzątania, kolegów, itd, itp. Mężczyzna lubi być w konkretnym momencie w konkretnym pudełku. Jeśli chce się zmienić temat, należy dać nam czas na zamknięcie jednego pudełka, otwarcie i przejście do kolejnego. Jesteśmy wtedy przygotowani na zmianę tematu.

Czy widzieliście kiedyś mapę dróg i autostrad jakiegoś kraju? Polecam. Tam te wszystkie drogi przecinają się gdziekolwiek i bez najmniejszego sensu. Ronda, krzyżówki, zjazdy, wjazdy. Totalny galimatias, chociaż logicznie poukładany.

Tak mniej więcej wyglada mózg kobiety. Tysiące myśli biegnie w tym samym czasie w rożnych kierunkach. Przecinają się, krzyżują, co jednak najgorsze walą z prędkością większa od światła. Teściowa, dzieci, dom, zakupy, mąż, obiad, praca, to wszystko biegnie w rożnych kierunkach powodując wielofunkcyjność w myśleniu tej boskiej istoty, za którą my istoty brzydkie nie jesteśmy w stanie nadążyć.

Od czasu do czasu dochodzi jednak do spięcia na tych krzyżówkach arterii myślowych. Takie spięcie jest najgorsze, bo pozostawia po sobie ślad w pamięci naszych dam. Możesz być pewien, że kiedyś niespodziewanie ci przypomni ten moment, który być może dla ciebie nie był ważny jednak w mózgu twojej dziewczyny tkwi, jakby to miało miejsce wczoraj a nie dwadzieścia lat temu.

Mężczyzna na liście swoich pudełek ma jedno, które uwielbia najbardziej. To mała skrzyneczka nazywa się „nic”. Chłopy uwielbiają w nim przebywać. Podobno najcześciej w tym pudełku są wędkarze. Stając z patykiem nad brzegiem rzeki, nie wiedzą kompletnie co się wokół nich dzieje. Podobno podłączono do jednego z takich czujniki życia. Wykazały one, że chłop powinien być martwy, a jednak żył.

My uwielbiamy to pudełko, ale jest ono najbardziej znienawidzonym przez nasze partnerki. To ono najcześciej kreuje spięcia w arteriach myślowych naszych dam. Dotrzeć do nas w tych momentach przecież niepodobna.

Będę kończył. Muszę opuścić pudełko „blog”. Czuję na sobie nic dobrego niewróżące spojrzenie. Wlaśnie zdałem sobie sprawę, źe mogę doprowadzić do kolejnego spięcia.

Po paru komentarzach zdecydowałem się na umieszczenie linku do tego skeczu, który jest po angielsku. Kto zatem „spikuje” polecam odrobine śmiechu.

Niezwykły, zwykły dom.

Gdzieś tam przebywająca w krainie wiecznych łowów Babcia, tu na ziemi pozostawiła po sobie dom. Przypadł on, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami rodzinnymi, wnukowi. Co on zdecyduje zależy już tylko od niego.

Spacerując ulicą pewnie ten dom niczym specjalnym się nie wyróżnia. Może poza szpicem anteny telewizyjnej, pamiętającej czasy dwóch programów. Nikt już nie ma takiej anteny, sięgającej niemal do nieba. Trzeba było tak wysoko ją zainstalować by można było odebrać sygnał. Przymocowana do komina ma się wciąż dobrze, chociaż niczemu już nie służy.

Otynkowana na szaro z zewnątrz dwupiętrowa konstrukcja sprawia wrażenie zmęczonej i domagającej się odrobiny zainteresowania. Minęło bowiem pare lat od ostatnich ulepszeń a dom jak dom zawsze jest coś do zrobienia koło niego. Ma już w granicach sześćdziesięciu lat a czasy, w których był budowany nie znały obecnych technologii.

Wnętrze też potrzebuje zainteresowania bo i tu ślad czasu odcisnął swoje piętno. Skrzypiące podłogi, zmarszczone linoleum, poblakłe ściany to tylko początek. Stosunkowo łatwy. Co zrobić ze zbyt stromymi schodami na piętro, zbyt wąskimi do piwnicy i garażu? Jak ją poprawić aby można się było wyprostować? Parter to kuchnia i dwa pokoje. Do tego łazienka z oknem wychodzącym na drzwi wejściowe, ku uciesze wścibskich i ciekawskich. Piętro już raz zostało przerobione ale i tu daleko od komfortu. Cokolwiek i ktokolwiek zdecyduje się tu coś robić, potrzeba będzie konkretnych nakładów.

Patrzę na ten dom i widzę te jego wszystkie słabości, ułomności i braki.

A jednak nie potrafię o nim zapomnieć. Mieszkałem tu niby tylko dwa lata. Były to jednak lata, które wbiły mi się mocno w pamięć.

To stąd wyjeżdżaliśmy do Urzędu Stanu Cywilnego a tydzień pózniej do kościoła. To tu rodzice nas błogosławili. To tu było moje pierwsze łoże małżeńskie. Tu powitaliśmy naszą córcię. To właśnie tutaj padły jej pierwsze słowa: mama, tata.

To tu, chociaż nie wewnątrz, uczyłem się „operować” kosą. W moich rękach było to narzędzie służące do wszystkiego z wyjątkiem koszenia trawy. Kosiłem jednak bo chciałem zaimponować teściowi. Pudło okrutne, ale przynajmniej dostarczyłem mu trochę zdrowia, bo śmiał się bezgraniczne obserwując moją walkę i z kosą, i z trawą.

To tu zjeżdżaliśmy z dzieciakami, razem ze szwagra rodziną by pod wieczór udać się do kart. A graliśmy zawzięcie i bez pamięci w ferbla, którego nauczył nas teściu. Zawsze przed grą zaklinał nas abyśmy grali ostrożnie czyli na małe stawki. Sam potem podkręcał tempo.

To wreszcie tu miały miejsce wszystkie święta bożego narodzenia z niezapomnianą kuchnią teściowej. Szczerze mówiąc w ich tradycji był biały barszcz z grzybami a ja z domu barszczu czerwonego z uszkami. Nic to, bo wypieki teściowej nie miały równych sobie.

Zwykły dom. A jednak niezwykły. Tyle, że tylko dla mnie.

Słowo o babci

Dzisiaj będzie wspomnieniowo. Nie może być inaczej, bo to choć smutny, to dzień specjalny i taka sama data.

Dokładnie rok temu moja teściowa opuściła nas i z ekspresu „życie” wysiadła na stacji wieczność. Wsiadła do tego pociągu w marcu dwudziestego czwartego roku ubiegłego stulecia, by dobić do ostatniego przystanku, na tej drodze zwanej życiem, dokładnie rok temu.

Nigdy nie lubiłem słowa teściowa. Jest w nim coś pejoratywnego, wynikającego zapewne z tysiąca kawałów na ten temat. Uogólniamy i generalizujemy, taka nasza natura. Tymczasem teściowa teściowej nierówna. Będę zatem używał określenia babcia bo zdaje mi się mieć odrobine więcej ciepła, na które moja teściowa zasłużyła.

Babcia niewątpliwie była „charakterna” o silnej osobowości. Ale jakże może być inaczej. Jako szesnastolatka znalazła się na Syberii, wcześniej doświadczając okrucieństw zbrodni znanej pod określeniem Wołyń. Widziała na własne oczy to wszystko co starał się na pokazać film na ten temat. Bazując na jej opowiadaniach to film nie do końca pokazał barbarzyństwo tych zdarzeń.

Potem siedem lat w przenikliwym mrozie, wykonując prace ponad swoje siły i możliwości. Pomimo tego zawsze powtarzała, że więcej zła doznała od ukraińskich sąsiadów niż ruskich strażników. Niezbyt to brzmi politycznie poprawnie, babcia jednak mówiła to co czuła.

Wróciła do kraju, którego istnieniu dzisiejsza władza zaprzecza, w czterdziestym siódmym roku. Jak wszyscy po wojnie wzięła się i ona do odbudowy. Nie wiedziała przecież wtedy, że to ją zakwalifikuje do gorszego sortu. Napewno gdyby się tego spodziewała to i tak by wszystko zrobiła po swojemu. Potem jak to w każdym życiu, przyszła rodzina i dzieci.

Postanowili wybudować dom gdy dziewczyna mojego życia była jeszcze dzieckiem. Budowali go razem z dziadkiem sami. Oczywiście mieli paru fachowców ale gros pracy w budowę, to praca ich własnych rąk. Luśka, czyli żona, mówi, że sami wypalali cegły. Niepojęte.

Nie była zachwycona moim pojawieniem. Dzisiaj nawet się nie dziwię. Byliśmy po drugim roku studiów. Obawiała się zatem, że Luśka ich nie skończy. Skończyła i to w terminie. Zdążyła nawet zostać matką w międzyczasie. Wtedy nikt nie pytał o pięćset plus.

Tęskniła za nami gdy wyjechaliśmy ale jak to ona zacisnęła zęby i pogodziła się z faktem, odwiedzajac nas za wielkim stawem wielokrotnie.

Dobiła w całkiem niezłym zdrowiu do dziewięćdziesiątki. Byliśmy wtedy w kraju i razem to świętowaliśmy przy okazji wydając naszą córcię. Długo odmawiała pomocy, bo taka właśnie była.

Ostatnie czternaście lat swojego życia była sama. Czuła się najlepiej u siebie, wsród sąsiadów, z którymi razem budowali swoje domy. Aż przyszedł ten feralny dzień we wrześniu cztery lata temu. Rozległy udar zmienił jej życie w jeszcze większy koszmar od tego, który już przeżyła. Gdy staliśmy przy niej na intensywnej terapii, lekarz radził nam się z nią żegnać. Widać to nie miał być jednak ten dzień. Choć już nigdy nie powiedziała słowa i nie była w stanie nic zrobić o własnych siłach to była z nami jeszcze przez trzy lata. Była w innym świecie. Nie wiedzieliśmy ile i czy cokolwiek rozumie. Kiedyś jednak mocno zezłoszczony na coś co mi wypadło z rąk warknąłem do siebie „do dupy”. Babcia wybuchnęła takim śmiechem, że zdaliśmy sobie sprawę, że gdzieś tam walczy ze swoimi słabościami. Taka została w mojej pamięci.

Pójdę już, by zapalić świeczkę.

https://www.youtube.com/watch?v=yFXs2XSloEA&feature=share

Moje ku pamięci.

Każdego roku o tej porze, jak media długie i szerokie układają one dla nas listę pod nazwą In Memoriam. A na niej największe znamienitości, które pożegnały naszą planetę i przeniosły do innego wszechświata. Z przerażeniem i smutkiem przeglądam owo zestawienie bo wielu z tych ludzi to przecież idole mojej młodości. Wspaniali aktorzy, nie mylić z celebrytami, którzy odcisnęli swoje piętno na moim sposobie odbierania sztuki filmowej. To pokolenie powoli odchodzi z godnością bez pchania się na „ścianki”.

Gdy w ubiegłym roku odszedł Witold Pyrkosz, uświadomiłem sobie, że to ostatni Janosik. Gdzieś tam już niemal wszyscy czekali na niego. Kręcą zatem kolejne odcinki serialu, choć już nie ku naszej uciesze, to ku radości tych, którzy wraz z nimi przenieśli się w bezkres wieczności. Bawią i rozśmieszają ich wszystkich do łez, tak jak to robili z nami podczas swojej ziemskiej wycieczki.

Gdzieś tam obok nich w innym teatrze Ketling, Wołodyjowski i Zagłoba przy gąsiorku miodu pitnego deliberują na temat wojny z Tatarami rozsyłając wici i zwołując swoje chorągwie.

Gdzieś tam kobieta pracująca poucza inżyniera Karwowskiego na tematy wszelkie od chłodzenia koniaku po miłosne zauroczenie. Maliniak utrudnia mu życie na budowie a Wardowski, dyrektor Zjednoczenia, wpada na okresowe niezaplanowane wizyty piętnując marnotrawstwo materiałów. Teść zapewne uczy naszego niezapomnianego inżyniera jak posługiwać się bronią na polowaniu. Dołączył do nich ostatnio inżynier Gajny, czas już przecież był aby ktoś zajął się jakością wody gdzieś tam w tym równoległym świecie.

Nie mam watpliwości, że i talent kapitana Klossa w tamtym wymiarze jest wykorzystywany dla dobra ogółu w walce ze złem.

Nie wiem jak jest tam odbierany pokrętny Nikodem Dyzma ale czy można mieć do niego pretensje, że wykorzystał nadążającą się sytuacje. Pozwoliła mu na to naiwność i ślepota otaczających go ludzi.

Mam nadzieję, że nie ma już płota pomiędzy posesjami Kargula i Pawlaka a oni i bez niego powodują we wszystkich niekontrolowane wybuchy śmiechu. Jakże mogłoby być inaczej?

I jeszcze serialowa „Lalka”. Być może gdzieś tam w tym bezkresie, Wokulskiego miłość do panny Izabeli Łęckiej spotkała się z jej wzajemnością ku zadowoleniu pana Ignacego Rzeckiego.

Gdzieś tam odgrywają rownież swoje role niezapomniany Hetman Sobieski i jedyny w swoim rodzaju wręcz kultowy Czereśniak.

To tylko kilku genialnych twórców swoich ról, którzy przyszli mi na myśl. Nie sposób spamiętać ich wszystkich.

Zamykam oczy i widzę ich wszystkich. I aż się nie chce oczów otwierać.

Bo pamięć jest najważniejsza

Unoszący się zapach wosku czy to parafiny i igieł sosnowych a może z jodły to moje najodleglejsze wspomnienia Wszystkich Świętych. Świeczki w szklanych różnokolorowych obudowach rozkładaliśmy na grobach a wieniec z gałęzi drzewa iglastego zawieszało się na krzyżu, do którego przymocowana była tabliczka z informacjami o pochowanym. Grób to był na ogół kopczyk, czasami obetonowany dookoła, czasami nie. Zapewne były i grobowce, tego jednak moja pamięć nie utrwaliła. Znakomita większość tych miejsc to był właśnie krzyż i kopczyk. Zarastał taki nagrobek zielskiem wszelkiego rodzaju przez cały rok by mógł być oczyszczony czy wyplewiony parę dni przed samym świętem. By ponownie zarosnąć z przyjściem wiosny i lata. Wciąż czuję ten charakterystyczny zapach palących się świeczek i igliwia z wieńców. Widzę księdza przemieszczającego się między grobami z kropielnicą wraz ze swoimi ministrantami. Było coś podniosłego w całej tej uroczystości do tego stopnia, źe każdy z nas chciał mieć kogoś na cmentarzu.

Główna uroczystość miała miejsce na chwile przed zapadnięciem zmierzchu co dawało dodatkowy efekt świetlnej łuny palących się zniczy. Podobieństwo grobów i ich niemal identyczna dekoracja dawała swego rodzaju poczucie jedności. Oto bowiem zebraliśmy się tutaj by oddać cześć tym, którzy udali się do krainy wiecznych łowów. Tam wszyscy byli równi tak jak te rozświetlone ich groby. Nie czułem specjalnego smutku być może właśnie dlatego, że owa kraina miała coś ciepłego w swoim przesłaniu. Być może jednak samo powaga i znaczenie tego święta jeszcze do mnie nie docierały.

Nie ma już takich miejsc i takich grobów. Nie ma już iglastych wieńców i kolorowych świeczek. Dzisiejszy cmentarz ta marmurowo-granitowe blokowisko. W dniu święta zmarłych, obrzucone stertą sztucznych i prawdziwych kwiatów, obłożone zniczami o przeróżnych kształtach i kolorach. Czy w dzisiejszym czasach wciąż chodzi o pamięć czy to już tylko rytuał podtrzymywany przez producentów wszelkich ozdób nagrobnych? Komercjalizm zżera pamięć, zżera uczucia udając troskę schowaną za świeczką czy innym ornamentem.

Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz. Ja będę skremowany by pozostać częścią ziemskiego prochu. Nie zależy mi na cmentarnym „mieszkanku”. Liczy się tylko pamięć tak długo jak ona trwać będzie.

O ludzie i rządach

Życie mi się nie udało

Na przeszkodzie mi w nim stało

Tyle barier, ograniczeń

Że ich wszystkich wręcz nie zliczę

Kiedyś w filmie raz zagrałem

Lecz aktorem nie zostałem

A marzyła mi się duża sława

Taka wielka jak Warszawa

Juz widziałem siebie w świetle fleszy

I jak po autograf każdy do mnie spieszy

Jak panienki za mną gonią

I przed niczym się nie bronią

Wyszły z tego jednak nici

Gdyż mój talent się nie liczył

Innych wzrost i rozmiar w klacie,

Z których tylko moje gacie

Mogły konkurować śmiało

Och jak bardzo to bolało

Potem małym miałem być rycerzem

Już umowa na papierze

Podpisana dla mnie była

Gdy partyjna się zjawiła

Kontrkandydatura Tadeusza

Co z Wiesława wyszła kapelusza

I tak on Wołodyjowskim został

I choć roli całkiem nieźle sprostał

Mnie się ona należała

O czym wtedy już mówiła Polska cała

Zemstę tedy poprzysiągłem,

Że jak tylko coś osiągnę

Zrazu się mianuje pułkownikiem

Jeszcze lepiej, całej Polski naczelnikiem

Wtedy Bolek właśnie płot przeskoczył

I tak krąg historii się zatoczył

I choć gamoń ten szemrany

Pokrzyżować pragnął moje plany

Dzisiaj ja rozdaję wszystkim karty

Myślisz może, że to żarty?

Że się cofnę, że posłucham?

Pierwej sam wyzionę ducha

Zanim przyznam się do błędu

Z tego właśnie względu

Otoczyłem się miernotą,

Która chociaż mierzi mnie głupotą

Wykonuje jednak co jej każe

Mnie wynosząc na ołtarze

Zemsta się powoli dokonuje

Co ja rzeknę, lud kupuje

Zakochany on jest w darowiznach

Więc co chwile coś mu przyznam

A na tyle jest on głupi

Że mi wierzy, że bogatych łupi

Niech tak myśli, o to chodzi

I niech ktoś spróbuje mi przeszkodzić

W byciu wielkim, dla odmiany,

Przeciwnikiem dobrej zmiany

Wszem i wobec go ogłoszę

Po czym ciepłe swe bambosze

Włożę na swe spracowane nogi,

Reszty niech dokona lud mój drogi

I w tym właśnie sekret moich rządów,

Że lud broni mych poglądów

Bo się czuje zapomniany

I przez innych wyszydzany

Z tamtych lat przyjaźnie

Przyjaciela mam ja Jurka

On z innego jest podwórka
Mam też kumpla Leszka
Tyle że daleko on też mieszka
Inny mój kolega Sławek
Wybrał jeszcze inny ziemi skrawek
I choć się od dawna znamy
Rzadko dziś się spotykamy
Leszek z Jurkiem w kraju pozostali
Ja ze Sławkiem z niego wyjechalim
Czwórka nasza była bardzo prężna 
Wszechmogąca, wszechpotężna
W szczególności po browarze
Dobrze było w świecie marzeń
Kasy w nim nie brakowało
Co się chciało, to się miało
Wtedy nie wiedzieliśmy dokładnie
Co na kogo w życiu spadnie
Zycie proste nam się wydawało
Państwo prace nam gwarantowało
Z której choć zarobek nie był duży
I turyzmu nam nie wróżył
To na życie wszystkim wystarczało.
Chociaż wielu rzeczy brakowało
To przyjaźni mieliśmy w nadmiarze
Bo ta zwykle chadza w parze
Z niedostatkiem materialnych rzeczy
Stan, z którego ona mogła nas wyleczyć
Bez niej życie byłoby trudniejsze
Mniej weselsze i smutniejsze
Chociaż naokoło było szaro-buro
I dla wszystkich zbyt ponuro
Myśmy radość znaleźć potrafili
Dnia każdego oraz w każdej chwili
Bo wesołe mieliśmy natury
Dostrzegając błękit nieba ponad brzydkie chmury
Braliśmy co życie nam oferowało
Dla nas to nie było nazbyt mało
Bo gdy wsród przyjaciół się przebywa
To tak jakby na gitarze ktoś przygrywał
Kojąc zatroskane serca i umysły
Raz, dwa i zmartwienia prysły.
Chociaż drogi nasze się rozeszły
I żyjemy innym dniem dzisiejszym 
To przy każdej napotkanej sposobności
Chociaż trochę starsze mamy dzisiaj kości
Na spotkanie nigdy chęci nie brakuje
Choć nazajutrz bólem głowy to skutkuje
I musimy od żoneczek się nasłuchać
Bo je coraz cześciej, cieżko nam jest udobruchać
Trudno jest odmówić racji ich wywodom
Polewamy głowę zatem zimną wodą
Przyrzekając, że ten raz to był ostatni.
Niby czasy kiedy miał znaczenie sojusz bratni
Dawno temu przeminęły i się już skończyły
Jednak trwały ślad po sobie w nas pozostawiły
Może melancholią zda się to stwierdzenie tracić
Kiedyś wszystko jasne było, dzisiaj łatwo zbłądzić
Nasza przyjaźń na prostocie tamtych czasów się opiera
Jeśli dzisiaj kogokolwiek z nas coś zżera 
Nie ma to zazdrości czy zawiści charakteru
Jak się dzisiaj zdarza ludziom bardzo wielu

Jeszcze wczoraj

 

Czas prze do przodu jak bystra rzeka

Chciałbyś żeby się zatrzymał a on i tak ucieka
Dokąd tak gnasz, gdzie się tak spieszysz
Daj się choć trochę życiem pocieszyć
Jeszcze wczoraj mały byłem
I wszystkiego się wstydziłem
Przede wszystkim koleżanek z klasy
Bo to takie śmieszne były czasy
Jeszcze wczoraj byłem nastolatkiem
Zakochałem się przypadkiem
Ona o tym nie wiedziała
Kogoś innego sobie wybrała
Jeszcze wczoraj studiowałem
Tam też żonę swą poznałem
I pobraliśmy się latem
A do ślubu wiózł nas ojciec fiatem
Jeszcze wczoraj dzieci były małe
Takie słodkie i wspaniałe
W swych rodziców zapatrzone
Chęci życia tak spragnione 
Jeszcze wczoraj -dzieści latek miałem
Kiedy z kraju wyjechałem
Bo ciekawy świata byłem
Już do kraju nie wróciłem
Chociaż tyle lat to wszystko trwało
Jakby ledwie wczoraj miejsce miało
A tu -dziesiąt latek już stuknęło
To co wczoraj, już minęło
Nowe dzisiaj stawiam sobie cele
Do przeżycia jest wciąż wiele
Pomny jednak jestem tego
Aby dojść do celu swego
I po drodze się nie zgubić
To co wczoraj, trzeba lubić
Bo co dzisiaj nas spotkało
Właśnie wczoraj swój początek miało

Ostatni pobyt w Polsce – refleksje

Od polowy marca do polowy listopada przebywalismy w Polsce. Czas ten mial swoje lepsze I gorsze dni.  Od slubu corki, ktora zdecydowala sie w ten sposob uczcic mojej tesciowej dziewiecdziesiecio lecie urodzin po udar, ktorego tesciowa doznala na poczatku wrzesnia. Hustawka nastrojow trudna do opisania. Ostatnie dwa miesiace naszego pobytu przepelnione wizytami w szpitalu i walka o zycie tesciowej napewno nastrajaja troche filozoficznie. Przemijamy ale tak na dobra sprawe na codzien nikt o tym nie mysli. Dopiero gdy dotknie cos nas lub kogos nam bliskiego przychodzi  czas na zastanowienie sie na sensem tego wszystkiego. Gonimy, pedzimy, szalejemy, nakrecamy sie w codziennym poscigu za lepszym jutrem a tymczasem droga ktora idziemy dla wszystkich konczy sie w tym samym miejscu. Czy zatem warto? To pytanie drazylo mnie przez ostatnie pare tygodzni. Odpowiedz moze byc tylko jedna. Oczywiscie warto. Inaczej nic nie mialo by sensu. Trzeba jedynie znalezc godna i dobra droge po, ktorej idziemy. Tymczasem w naszej codziennej ofercie proponuje nam sie wszelkiego rodzaju skroty zeby zapomniec, nie myslec, przec do przodu za wzelka cene.  I tak przemy do przodu nie myslac, nie rozgladajac sie na boki az stanie sie cos co spowoduje, ze na chwile zatrzymamy sie zadajc sobie te wszytkiem pytania na temat naszej egzystencji. Czasem trwa to dzien czasem dluzej a czasem zmienia calkowicie nasze zycie. Swiat sie zmienia w dramatycznie szybkim tempie i my sie zmieniamy bedac jego czescia. Wartosci, ktore jeszcze wczoraj byly naszym drogowskazem dzisiaj juz nie maja sensu. Nasze potrzeby maja charakter bardziej materialny niz kiedykolwiek wczesniej. A przeciez jak to mowi Zakopawer w ta ostatnia podroz pojdziemy boso. Moze nalezaloby by zatem chociaz troche zadbac o naszego ducha?  Tylko kto ma na to czas, starajac utrzymac sie na powierzchni w coraz bardziej wymagajacym naszej dyspozycyjnosci swiecie nie tylko wielkiego biznesu. Mielismy z moja zona troche szczescia bo udalo nam sie uciec od tego wszystkiego w momencie kiedy jeszcze nie bylo za pozno. Wymagalo to troche okrejenia naszych potrzeb ale mam wrazenie, ze warto bylo. Dzieki wlasnie temu mielismy mozliwosc spedzenia wiecej czasu z naszymi bliskimi. Czasu, ktorego zawsze na ten cel nam brakowalo. Szczegolnie dzisiaj, kiedy choroba tesciowej spadla na nas jak grom z jasnego nieba, docenilismy mozliwosc spedzenia tych ostatnich paru miesiecy razem z nia. Slub naszej corki polaczony z obchodami jej urodzin na zawsze zapisze sie jako wspaniale podsumowanie naszego pobytu. Obie ceremonie polaczone w calosc stanowic beda napewno bardzo wazny moment w zyciu naszej corki. Zjazd calej rodziny sprawil rowniez babci wiele radosci I wpompowal w nia jeszcze wiecej woli zycia. Wola ta nie opuscila jej w trakcie ostatnich miesiecy choroby. Jakby na przekor wszystkim zanwcom medycyny powoli wychodzi na prosta. Droga jednak jeszcze daleka ale nam nie pozostalo nic jak tylko wierzyc, ze uda jej sie osiagnac cel, ktory sobie postawila. Znajac jej silna wole I chec bycia z nami nie mam watpliwosci, ze jeszcze przed nami pare dobrych dni.