Komu w drogę temu czas…

Znowu walizki poszły w ruch. Od pół roku zalegały bezpiecznie schowane w pralni. Dla oszczędności miejsca włożone jedna w drugą o czym kompletnie zapomniałem. Ich ciężar przy próbie ściągnięcia ich z szafek uzmysłowił mi, że coś jest nie tak i wtedy właśnie przyszło olśnienie: jedna w drugiej.

Gdzieś moja tężyzną fizyczna musiała ze mnie wyparować, bo jakoś nie mogłem sobie przypomnieć problemów z ich ulokowaniem tam gdzie stały. A może jednak szwankuje moja pamięć? Lepiej chyba przestanę o tym myślec bo nie doprowadzi to do niczego dobrego.

Lubię podróżować, przemieszczać się z miejsca na miejsce, poznawać nowe. Nie każda jednak podróż właśnie z tym się wiąże. Ostatnio cześciej kursujemy na tej samej linii, która prowadzi z Ekwadoru do Stanów i dalej do Polski. To bardziej wycieczki do rodziny niż zwiedzanie. Z drugiej strony dobrze jest od czasu do czasu przypomnieć rodzince o swoim istnieniu a i samemu sobie odświeżyć pamięć o niej to też nic zdrożnego.

Opanowaliśmy już te loty przez trzy kontynenty. Mamy swoje bazy, jeśli tak to można określić, i w Stanach, i w Polsce. Służą one nam nie tylko jako miejsca postoju ale również składowiska naszych rzeczy przeróżnych w szczególności ciuchów.

Powinno być zatem łatwiej. Nic z tych rzeczy, bo kto by w końcu pamiętał co zostało w „bazie” pół roku temu? Co wziąć, a czego nie zachodzi potrzeba, dręczące pytanie przy każdym pakowaniu. Ekscytacja ze zbliżającej się podróży powoli zaczyna ustępować frustrującym myślą, żeby czegoś nie zapomnieć. Cały wic polega na tym żeby nie wziąć zbyt mało ani za dużo, tylko właśnie w sam raz, zwłaszcza, że zależy nam też na wolnym miejscu w walizkach bo przy każdym powrocie do domu chcemy opróżniać nasze „bazy”, które stają się powoli coraz mniej potrzebne a ich zawartość przestarzała czy niezbyt modna. Z każdym rokiem jest tego coraz mniej. Biorąc jednak pod uwagę, że każdy nasz pobyt to rownież zakupy czegoś tam, co wypełnia bagaże, to opróżnianie szaf z naszych rzeczy nie idzie w takim tempie jak byśmy sobie tego życzyli. To ma być przełomowy rok dla polskiej bazy, zobaczymy. Pewnie zostałaby ona już dawno opróżniona gdyby loty przez Atlantyk pozwalały na dwa bagaże po dwadzieścia trzy kilo na osobę, jak to ma miejsce na przelotach do Ameryki Południowej. To nam ułatwia rozprawienie się z naszymi pozostałościami w Stanach. To takie jednak drobne niedogodności przeprowadzek zwłaszcza tych kontynentalnych.

Niech się dzieje wola nieba, najwyżej czegoś zapomniałem. Dzisiaj wszystko i wszędzie można kupić. Lecimy zatem na spotkanie zimy i śniegu, które w Ekwadorze są nam obce. To też wywołuje we mnie mieszane uczucia. W mojej przestrzeni życiowej nie ma zbyt wiele miejsca na zimę i śnieg, płaszcze i traktory, czyli buty zimowe, czapki i rękawiczki, szaliki i inne ocieplacze. W życiu jednak często tak bywa, że ty swoje, ono swoje.