Piątka do brydża

W późnych latach osiemdziesiątych kiedy wreszcie dotarłem do Stanów na ich wschodnim wybrzeżu działała druga co do wielkości organizacja polonijna. Zjednoczenie Polsko Narodowe znane jako Polish National Alliance miało swoją siedzibę w Brooklynie i obejmowało swoim zasięgiem stany przyległe do stanu Nowy Jork. W terenie działały liczne grupy, które organizowały się tam gdzie było nas na tyle dużo aby istnienie takiej grupy było uzasadnione. W północnym New Jersey istniała taka grupa w miasteczku Boonton. Tu mieszkał jej prezydent pan Franciszek, emigrant powojenny. Większość z nas osiedlających się w tych okolicach czy wcześniej czy pózniej musiała ulec nieodpartemu wdziękowi pana Franciszka i stać się członkami jego grupy. Dzięki temu mogliśmy się poznać bo każdego roku organizowano dla członków letni piknik i bożonarodzeniową gwiazdkę. Wkrótce pan Franciszek przekazał pałeczkę następnej generacji. Mnie przypadła rola prezydenta a w skład zarządu weszły nowe osoby. Praca społeczna nie jest łatwa bo zwykle oczekiwania członków są spore a możliwości małej organizacji nie aż tka duże. Nasza grupa jednak działa może nie prężnie ale byliśmy znani w terenie. Szybko też okazało się, że członkowie zarządu to brydżowi zapaleńcy. Uważałem siebie również za jednego z nich sądząc, że posiadłem tajniki tej gry w stopniu zadowalającym. Szybko zostałem sprowadzony na ziemie. Nasze spotkania brydżowe były generalnie zebraniami zarządu, po których do późnej nocy a czasami i wczesnego rana oddawaliśmy się karcianym uciechom. Zagorzałych brydżystów było pięciu, tak więc grając jeden z nas czekał na swoją kolejkę. Graliśmy na ogół każdy z każdym jednego robra a potem podliczanie punktów i jeśli słońce jeszcze nie wzeszło dawaj grać rewanże. Wkrótce te spotkania przerodziły się w domowe naloty weekendowe. Spotykaliśmy się u jednego z członków zarządu w domu ze swoimi połówkami i spędzaliśmy tam cały weekend nie tylko grając w brydża. Muszę jednak przyznać, że był on punktem kulminacyjnym naszych spotkań. Nasze spotkania odbywały się średnio trzy może cztery razy do roku, doprowadzając gospodynie tychże do kulinarnego zawrotu głowy jednak możliwość bycia razem była na tyle mocna, że i ten aspekt nie kreował większych problemów. Grażyna, Wojtek, Karol, Zbyszek to brydżyści i ja jako miłośnik brydża, doprowadzający partnerów od czasu do czasu do białej gorączki. Łucja, Irena i Alicja większą przyjemność czerpały z rozmowy ze sobą niż użerania się z rozgorączkowanymi głowami graczy. Najczęściej mi się obrywało za nieprzemyślaną odzywkę w licytacji czy za nieprzemyślane wyjście. Przyzwyczaiłem się jednak do tego bo chęć gry była silniejsza niż duma, zresztą uwagi moich partnerów zawsze były uzasadnione. Lubiałam grać ze Zbyszkiem, on podobnie jak ja podchodził do zawodów bez emocji cześciej śmiejąc się z mojej nieudolności. Zbyszek mąż Grażyny to była domowa złota rączka, nie było rzeczy niemożliwych dla niego do zrobienia. Często wytykał szczególnie Karolowi co powinien usprawnić w swoim domu. Obaj panowie bowiem mieli talent do prac domowych. Zbyszek miał rownież talent do układania śmiesznych wierszyków, potrafił rownież namalować a potem ten obrazek oprawić w ramki przez siebie zrobione. W zakładzie dla, którego pracował wprowadził usprawnienie, które zwiększyło produkcje. Śmialiśmy się z tego bo za ową racjonalizacje otrzymał pięciodolarowy kupon. Powiedziałem mu wtedy, że powinien być zadowolony, że owego kupony mu nie opodatkowali. Ot takie nasze wesoło-radosno-poważne rozmowy. Niestety nie zagramy już w brydża w tym samym składzie. Ostatniej soboty czternastego stycznia Zbyszek zdecydował się nas opuścić i udać na spotkanie ze swoim stwórcą. Pozostawił po sobie wiele wspomnień i będzie go brakować przy brydżowym stole. Nie mam jednak watpliwości, że przy następnym brydżu chociaż fizycznie go przy nas nie będzie to duchem napewno będzie obecny.

Reklamy