Matka i ojcowie

Mój wujek Alojzy, brat mojej rodzicielki, od lat już mieszka w Stanach. Wyemigrował pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Przez lata pomagał rodzinie i finansowo, i zapraszając wielu jej członków do odwiedzenia go w Stanach, wiadomo w jakich celach. Zawsze czuł się mocno związany z naszym krajem i zawsze czuł się przede wszystkim Polakiem.

Przytaczam go tutaj z jednego zasadniczo względu. Mówił on zawsze, że matkę ma się jedną a ojców można mieć wielu. Nie wdając się w prawdziwość tego stwierdzenia, skoncentruje się na jego znaczeniu kierując się wujkową logiką. A z niej wynikało, że dla niego matka to Polska a ojciec to Stany. Wujo nie był gołosłownym w tym twierdzeniu, bo gdy ktoś źle mówił o matce czytaj Polsce musiał liczyć się jego kontrą. Nie bokserską oczywiście ale słowną. Wuja mało obchodziło, że Polską rządziła formacja nie na rękę wielu państwom. Matka to matka i o niej źle się nie mówi. Na przybranego ojca też nie pozwolił nadawać. Zawdzięczał Stanom zbyt wiele i potrafił to docenić. Zawsze jednak matka była najpierw, potem przybrany ojciec.

Im częściej myślę o wuja sposobie myślenia tym bardziej czuje, że ze mną jest tak samo. Najlepszym przykładem na tą tezę jest sport. W potyczkach Polski ze Stanami czy Ekwadorem, w jakiekolwiek dyscyplinie kibicuje naszym. Nie może być inaczej. Wyjątkowo nie trawię siatkarzy amerykańskich kiedy biją naszych a robią to dość często i dość dotkliwie. Gdy więc po drodze do mistrzów świata w ubiegłym roku pokonaliśmy w półfinale ekipę USA był to dla mnie dzień nie tyle wielki co WIELGI.

Ekwadorczykom też nie radzę grać z nami w kopaną bo w tym dniu przyjaźń ulega chwilowemu zawieszeniu.

Nie mam takich problemów przy wyborze Ekwadoru czy Stanów Zjednoczonych w potyczkach bezpośrednio między tymi krajami. Takich pojedynków po prostu nie ma. Ekwador poza piłką nożną to sportowa plaża. Nie to, że nic się tu nie uprawia, bo to nie jest prawda. Osiągnięcia jednak na arenie międzynarodowej mówią same za siebie.

Sport dla mnie, to taka dziwna sfera życia. Z jednej strony mogłaby dla mnie nie istnieć. Rozumiem jednak, że sport to swego rodzaju igrzyska potrzebne ludowi, żeby mógł uwierzyć w swoich wybrańców. Z drugiej strony emocje jakie sport wyzwala są pewnie jedyne a swoim rodzaju.

Wracając jednak do rywalizacji pomiędzy krajami, w których przyszło mi mieszkać, coś chyba z tymi moimi ojcowskimi uczuciami jest nie tak. Z jakiś powodów najwięcej przyjemności właśnie sprawiło mi jak dowaliliśmy Amerykańcom. Zapewne wynika to z faktu, że Ameryka jest wciąż postrzegana jako potęga. Jak maluczki jej dowali to jest w tym coś specjalnego. Pamiętacie jak pokonaliśmy ZSRR w hokeja? Partia nie była zadowolona ale my…dla nas to był niezapomniany dzień.

Z listów do „Angory”

Juz raz wykorzystałem „Angorę” do przedrukowania jednego z artykułów opublikowanych na jej szpaltach. Czasopismo to stara się pozostać bezstronne politycznie umieszczając artykuły reprezentujące poglądy prorządowe jak i opozycjne. Wyjeżdżając z Polski w ubiegłym roku odłożyłem sobie parę numerów „Angory” i sukcesywnie zapoznaje się z ich treścią. Są to oczywiście wydania ubiegłoroczne co czasami powoduje, że w kontekście tego co się w międzyczasie stało można się nieźle ubawić. Dwie strony swojego wydania gazeta poświęca czytelnikom. Mogą się zatem oni podzielić z redakcją swoimi spostrzeżeniami i opiniami na temat wszystkiego co im dokucza i co im doskwiera. Ponieważ zbliża się kolejna miesięcznica,  która w tym miesiącu będzie rownież rocznicą wypadku pod Smoleńskiem i zapowiada się, że być może wreszcie uda nam się dojść do jedynie słusznej prawdy miast zanudzać czytelników swoim punktem widzenia, postanowiłem przedrukować list 82-letniej pani, ktora podpisała się jako Łodzianka a jej list został opublikowany w Angorze z 5 września ubiegłego oku. Tytuł tekstu umieszczonego w rubryce „Ludzie listy piszą” brzmiał „Jeszce dwa miesiące”. Oto on:

Jestem wzruszona, kiedy każdego dziesiątego dnia miesiąca przez stolice Polski przechodzi pochód z Prezesem na czele. Ludzie ze wzniesionymi w błagalnym geście palcami ułożonymi w znak zwycięstwa proszą Boga, by „Ojczyznę wolną, raczył nam zwrócić”. Jako zniewolona Polka, przykładem prababek, przywdziałam czarną suknię, zawiesiłam na piersi czarny krzyżyk, manifestując w ten sposób swój patriotyzm i pogardę dla okupanta. Problem mój polega tylko na tym, że nie wiem pod czyją jestem okupacją? Pocieszam się, że to tylko jeszcze dwa miesiące i wyzwoliciel Prezes ze swą armią doprowadzi nas do wolnej Polski, pełnej szczęśliwości i wszelkiego dobra a okupant zmuszony będzie wyjść z ukrycia ( dlatego pewnie go nie dostrzegam ) i zostanie zdmuchnięty z terenu naszej udręczonej i zniewolonej Ojczyzny.
Pełna oczekiwań, 82-letnia ŁODZIANKA.
P.S. Boże! Co ja piszę?! Od takiego wyzwoliciela zachowaj mnie, Panie…
 
W Stanach popularne jest powiedzenie ” Be careful what you wish for” czyli uważaj na to czego sobie życzysz. Przykro mi droga Łodzianko, może i zdmuchnęli okupanta, jeśli go oczywiście znaleźli, ale udręczenia i zniewolenia Ojczyzny to dopiero początek.
 
Źródło: Angora # 36 (1316) 5 września 2015 rok.