Dwie sprawności

Dawno już nie pisałem na temat mojego ulubionego ministra w w naszym rządzie  wszechczasów. Szogunowi od obrony pali się ostatnio coraz mocniej grunt pod nogami. On jak widać jednak niewiele sobie z tego robi. Odwołał kogo się dało a na zwolnione  stanowiska powołał tych co zdali pozytywnie musztrę z parasolkami. Bronił tak długo jak mógł balast wizerunkowy PiS-u aż wreszcie sam król Wszechpolski musiał pogonić z partii śmiesznego rzecznika. Teraz się okazuje, że specjalista od lotnictwa w komisji smoleńskiej maczał łapy tam gdzie ich maczać nie powinien. Zdawać by się mogło, ze dni Hetmana są policzone. Stoi jednak on na czele armii, w której wymienił już wszystkich nieposłusznych. Jak się będą go dalej czepiać zawsze może wyprowadzić wojsko na ulice i wprowadzić stan wojenny, tfu na psa urok, stan wyjątkowy dla oczywiście dobra ojczyzny. Niby zwierzchnikiem sił zbrojnych jest pewien facet co to mieszka w Belwederze. Zaczął on nawet domagać się odpowiedzi od ministra na temat wojska i jego stanu. Szogun to jednak olał i nie zamierza się tłumaczyć nikomu na temat swoich decyzji zwłaszcza komuś kogo nie bardzo zna. Prawdę mówiąc po tym jak prezes przegonił zaufanego pracownika on sam niewiele może powiedzieć co się dzieje w armii. Nigdy zbytnio nie interesował się ministerstwem od obrony będąc pochłoniętym spiskiem w Smoleńsku. Siedem lat z górą już tropi domniemanych zamachowców, zna nawet ich nazwiska tyle, że nie idzie ich postawić w stan oskarżenia bo jeden jest prezydentem Rosji a drugi mimo, że pełni jakieś mało odpowiedzialne stanowisko w parlamencie unijnym to ktoś dał mu immunitet i nie ma jak się do niego dobrać. Ma rownież nasz pan minister zobowiązania wobec swoich wyborców z miasta Piotrków Trybunalski i tak na dobrą sprawę nie ma zbyt wiele czasu na ministerstwo od obrony. Ma jednak na kierowniczych stanowiskach w armii swoich ołowianych żołnierzy, którzy pójdą za nim w ogień. Nie będzie zatem łatwo pozbyć się Hetmana zwłaszcza, że sam nie ma ochoty zrezygnować z zajmowanego stanowiska bo zbyt na sercu mu leży dobro kraju i jego obywateli. Przyzwyczaił się poza tym do pewnych przywilejów i cieżko byłoby mu z nich zrezygnować. Okazuje się, że jest on wielkim miłośnikiem pływania tylko, źe znowu z jego czasem nie bardzo ma kiedy pływać. Korzysta zatem z basenu żandarmerii w środku nocy. Na jej czele też postawił swojego człowieka bo poprzednik nie miał ochoty sterczeć po nocach w oczekiwaniu na szacownego bojownika o prawdę smoleńską. Uprawia teraz więc tę swoją ulubioną dyscyplinę sportu pod ochroną nowego generała od żandarmerii i niech mu ktoś sprubuje podskoczyć. Pan minister przygotowuje się do walki wręcz o swoje stanowisko dbając o swoją kondycję fizyczną. 

Jak sam stwierdził w jednej ze swoich swoich wypowiedzi „sprawność fizyczna jest najważniejsza”. I wyszło mi na to, źe znowu przez całe życie byłem w błędzie sądząc, że to jednak sprawność umysłowa powinna być priorytetem. Cóż człowiek uczy się całe życie by głupim umrzeć. 

Ołowiany Szogun

Patrząc na naszego Szoguna czyli ministra od obronności przypomina mi się piosenka o małym chłopcu co to chciał być żołnierzem. Miał on ołowiane wojsko i wyprawiał z nim co mu się podobało. Nasz Hetman Wielki Koronny tez żyje w jakimś iluzorycznej przestrzeni , z której nawet Król Polski Jarosław Ponury nie może go wydostać sam coraz głębiej zapadając się w owym świecie. A w nim istnieją tylko trzy podmioty poza naszym ukochanym krajem: Królestwo Dobra czyli kraj za wielka wodą, Królestwo Zła czyli stepy na wschodzie i Diabeł Wcielony czyli przewodniczący Rady Europejskiej. Nie pojmuje z jakich powodów pan Antoni został powołany na stanowisko Szoguna. Jeżeli już koniecznie trzeba było dać jakieś ministerstwo temu panu należało coś dla niego stworzyć na ten przykład Ministerstwo do Walki z Diabłem Wcielonym, czy może do spraw Religii Smoleńskiej. Religia i Diabeł to sprawy nienamacalne a w nich nasz wielki odkrywca prawdy nawiedzonej czuje się najlepiej. Splata te swoje podejrzenia, przypuszczenia, historyjki wcale nieśmieszne zapominając, że stoi na czele armii złożonej nie z ołowianych żołnierzyków. Zauważył to nawet mało widzący mieszkaniec Belwederu i z przejęcia napisał list do Hetmana. Ten jednak znowu jest na delegacji w Smoleńsku i zastrzeżenia pierwszego obywatela przekazał zapewne do rozpatrzenia swojemu rzecznikowi, który niby jest wizerunkowym problemem ale na armii zna się, jak wieść niesie, lepiej niż jego szef. Zasłynął ów rzecznik szczególnie wprowadzeniem musztry z parasolem. I tak mamy to co mamy: minister od siedmiu boleści miota się miedzy Kremlem a Brukselą w swojej wyimaginowanej rzeczywistości w poszukiwaniu diabła albo diabeł wie czego. Od czasu do czasu w realnym życiu wpadnie do Warszawy w celu złożenia jakiegoś doniesienia do prokuratury, na nie ma znaczenia kogo, byleby donieść ( jedno z ulubionych zajęć pana Antoniego ). Pilną uwagę zwraca na płomień religii smoleńskiej i jak juz przygasa to dorzuci do niego znowu jakiś absurdalny pomysł. A w ministerstwie szarogęsi się chłopak, któremu się zdaje, że wojsko jest z ołowiu i można je przetapiać według własnego widzi mi się. Paru generałów nie dało się przetopić i uformować z parasolką w ręku więc musieli zrezygnować. Oczywiście wszystko się odbywa w ramach dobrej zmiany, czego nie omieszkał zauważyć Król Wszechpolski Jarosław Ponury. Jak tak dalej pójdzie to nasze wojsko nie będzie nawet ołowiane a bardziej papierowe. W razie „W” Donald ten zza wielkiej wody na sto procent nam pomoże. Nie ma się zatem co martwić. 

Weterani obronności

Czy ktoś jeszcze pamięta Edmunda Jannigera? Mam nadzieje, że niewiele osób kojarzy sobie to nazwisko. Sam o nim zapomniałem i gdyby nie kolejny genialny doradca naszego specjalisty od obronności nijaki Bartłomiej Misiewicz to pewnie po weteranie Jannigerze w mojej pamięci nic by nie pozostało. Minister Antoni z wykształcenia historyk ale z wiedzy ekspert w dziedzinie spraw wewnętrznych, kontrwywiadu i obronności nie ma ostatnio najlepszej prasy. „Wiekowi” weteranie, których mój ulubiony minister zatrudnił na chyba dość odpowiedzialnych stanowiskach dość dobitnie w moim przekonaniu świadczą o wiedzy na temat obronności i wojska samego pana szefa resortu. Ja doskonale rozumiem, że czas jakim dysponuje pan minister jest bardzo ograniczony z uwagi na przewodnictwo w komisji do spraw rozwiązania priorytetowej zagadki smoleńskiej, która co raz to przynosi jakieś niespodziewane odkrycia, może jednak trzeba było młokosów najpierw wysłać na misje do Afganistanu lub Iraku niechby chociaż powąchali trochę prochu. Tylko kto by wtedy doradzał panu Antoniemu przecież zawodowi żołnierze się do tego nie nadają. No i wyszło jak wyszło. Zaufani, oddani sprawie polskiej obronności okazali się bardziej znawcami dyskotek niż spraw, do których zostali powołani. O ile jeszcze pan Edmund zdał sobie szybko z tego sprawę i zrezygnował z zajmowanego stanowiska dochodząc do wniosku, że dobrze byłoby najpierw stracić dziewictwo, za co należy mu się odrobina respektu o tyle pan Bartłomiej uwierzył, że on własnymi „ręcami” owo wojsko może zreformować. Na początek nauka noszenia parasola nad głową młodego i gniewnego przez oficerów, chociaż niewyklętych to jednak już nowego wojska, po dobrej zmianie bardziej patriotycznego. I pewnie ta reforma wojskowa by wyszła gdyby nie rozgniewało to jakiegoś niereformowalnego generała. Ten śmiał zauważyć, że takie musztrowanie nie ma nic wspólnego z ćwiczeniem dyscypliny wojskowej a bardziej przypomina ośmieszanie munduru żołnierza. Może i to rozeszłoby się po kościach gdyby nie wypadek marszałka Antoniego w drodze do spowiedzi i wypad hardego rzecznika do dyskoteki resortową limuzyną. I dostały się chłopy od obrony na języki paskudnych mediów i teraz trzeba coś z tym fantem zrobić. Ministra odwołać się nie da bo ten zajmując się sprawami wewnętrznymi ma teczkę na prezesa, dzięki czemu jest nietykalny, padło zatem na weterana dyskotek, który już wcześniej miał niezbyt czyste papiery. Póki co odpoczywa na urlopie a Shogun zachodzi w głowę jak tu teraz poradzić sobie z wojskiem i komisja smoleńską bo i tu efekty jego pracy raczej go ośmieszają niż przynoszą splendor. Nie mam złudzeń co do charakteru naszego wodza od obrony i śmiem twierdzić, że seppuku nam nie grozi.

Głupie faule, głupie bramki

„Masakra”, „gdybym wiedział to bym nie oglądał” takie komentarze padały w pociągu, którym wracałem do domu. Mecz oglądałem u znajomego wraz z paroma kolegami. Przed meczem postanowiliśmy dla zabawy wytypować końcowy wynik. Wszyscy zasugerowaliśmy się pogromem Armenii w meczu z Rumunami, który gospodarze przegrali 5:0. Mając to na uwadze sądziliśmy, że grając przed własną publicznością przynajmniej powtórzymy wynik Rumunów. Toteż nasze typy były bardzo optymistyczne. Rzeczywistość okazała się brutalna. Przy odrobinie szczęścia Ormianie mogli nawet wygrać gdyby udało im się wykorzystać świetną kontrę tuż przed zakończeniem meczu. Niewykorzystanie tej sytuacji zemściło się na nich srogo bo w następnej akcji Lewandowski rzutem na taśmę zapewnił nam zwycięstwo. Nasza drużyna zbiera dziś zasłużone cięgi od wszelkiej maści komentatorów i dziennikarzy sportowych. Zagraliśmy słabo sądząc, że przeciwnik będzie stał biernie na murawie prosząc o najmniejszy wymiar kary. Jeśli do tego dołożymy, że przez godzinę graliśmy w liczebnej przewadze to obraz tego spotkanie będzie wyglądał jeszcze bardziej niekorzystnie dla naszej drużyny. Nie zgadzam się do końca ze wszystkimi ocenami naszych zawodników. Dla mnie najbardziej zawodzi Krychowiak i Rybus, który głupim faulem sprokurował sytuacje po, której Ormianie strzelili nam gola. Nie mam aż tyle żalu do Teodorczyka, pomimo zaprzepaszczonych kilku sytuacji, Milik tez ostatnio zawodził ze swoją skutecznością. Napewno Łukasz nie zagrał świetnego meczu tyle, że trener kadry rzadko kiedy dawał mu pograć, stąd może żal mi trochę Teodorczyka bo chyba nie do końca zasłużył na tak surową krytykę. Mnie najbardziej aktualnie razi sposób w jaki tracimy bramki. W trzech meczach strzelono nam pięć goli. Za spotkanie z Kazachstanem winą obarczono Salamona. Z Danią i Armenią juz nie grał a my dalej traciliśmy głupie bramki. Wszystkie one padły po dośrodkowaniach po ziemi, które niewiadomo czego zaczynają nam sprawiać olbrzymie kłopoty.  Tracimy gole w sytuacjach gdy wszystkim się wydaje, że mecz jest już pod naszą kontrolą. Następuje jakieś głupie rozluźnienie i już po chwili mamy do czynienia z katastrofalnymi błędami. Tak było z Kazachstanem, tak było z Danią i nie inaczej było z Armenią. Głupi faul, dośrodkowanie, zamieszanie, nieporozumienie pomiędzy naszymi obrońcami, którzy nie potrafili upilnować ormiańskiego napastnika i kolejna śmiechu warta strata gola. Obrona na mistrzostwach Europy wyglądała na solidną formacje ale kompletnie się rozregulowała. Póki co nasza kadra przez błędy w obronie straciła tylko punkty w Kazachstanie, jednak jeżeli ta sytuacja nie ulegnie poprawie to juz za miesiąc w meczu z Rumunią na wyjeździe możemy nie mieć żadnych powodów do radości. Obym się mylił. Nasza lekkomyślność w obronie to w moim odczuciu aktualnie największa bolączka naszej kadry. Pozostaje jednak optymistą i wierze w dobry występ i wynik naszej reprezentacji w Bukareszcie.

Orędzie – nowa moda w polskiej polityce

W państwie polskim nastała nowa moda. Oto nasze elity w obawie aby o nich nie zapomnieć postanowiły wprowadzić cykliczne orędzia do narodu. Jeszcze nie tak dawno ich ulubionym słowem było referendum, teraz jednak to juz przeżytek bo mając władze absolutna kto potrzebuje referendum. Odkurzono zatem orędzie bo to ładnie będzie tak bezpośrednio do narodu umierającego z niewiedzy prawie jak z głodu, rzec słów parę by podnieść w rząd jego wiarę.

Orędzie (inaczej apel, odezwa) – uroczyste oznajmienie, przemówienie ważnej osoby w państwie (zwykle polityka) skierowanej do ogółu. Zwykle dotyczy bieżącej sytuacji politycznej w kraju.

Taką oto definicje tego zagadnienia znalazłem w Wikipedii. Najpierw z owym orędziem wystąpił sam pan prezydent zaniepokojony kontrowersją wokół Trybunału Konstytucyjnego. Zamieszanie związane z tą instytucją wykreował nie kto inny jak  właśnie pierwszy obywatel kraju. Mętne tłumaczenia, zwalenie winy na opozycje, oskarżanie poprzedniego rządu to główne wątki tego prezydenckiego orędzia. Osoba bez dwóch zdań była ważna, przemówienie dotyczyło bieżącej sytuacji, tylko czy było ono uroczyste aby nazwać je orędziem?
Nie minęły jeszcze echa prezydenckiego wystąpienia a do mikrofonu i kamery dorwała się pani premier ze swoim orędziem, a jakże do narodu. Jej wystąpienie dotyczyło tego samego tematu a zatem zamieszania wokół Trybunału Konstytucyjnego. Zmieniono parę słów, dołożono trochę nowych, bardziej dosadnych. Sedno sprawy pozostało jednak takie same. Ot ta przeklęta opozycja, my chcemy dobrze zgodnie z prawem a oni straszą i judzą pogubiony w ciemnościach naród. Znowu osoba oczywiście ważna, przemówienie na temat bieżącej sytuacji ale czysto miało związek z jakaś uroczystością.
Dwa orędzia brzmiące niemal identycznie w ciagu dwóch tygodni, tyle poprzedni rząd nie wygłosił w czasie całej kadencji bo i nie było po czemu. Owe wystąpienia hucznie nazwane orędziami nie były niczym innym niż próba obrony własnych błędów a raczej błędów popełnionych przez głównego ideologa partii. Aktualni rządzący skompromitowali się decyzjami dotyczącymi osady Trybunału Konstytucyjnego a korzystając z władzy wymyślili sobie orędzia pełne oskarżeń aby odwrocić uwagę od własnych win. Nie były to zatem orędzia a próby obrony swojej arogancji. No właśnie próby obrony bo tylko niewinni się nie bronią.