Zamieszanie w Kaczystanie

W Kaczystanie

Zamieszanie

Prezes kombinuje

Jak tu uratować szuje

Partii członek

Jak skowronek

Umiłował loty

Jak sam prezes koty

Zmoczył nimi dupę

Bo całą chałupę

Zabierał na trasę

Nie za swoją kasę

Władza deprawuje

I chamstwem skutkuje

Teraz mu wypada

By się wyspowiadać

Myślisz pewnie komu?

Prezesowi w domu!!

Suweren za głupi

I go łatwo kupić

Jak nie loty, to nagrody

Bez narodu zgody

Przyłapani, się kajają

Lecz kasiory nie oddają

By ugłaskać nację

Wymyślili więc donacje

Tym co władzę popierają,

Ich wyborców wspomagają

I tak się zamyka koło

Złodziej w kraju ma wesoło

Wspólną kasę okradają

Tylko swoim ją oddają

Lecz to jest wyborców wina,

Że ta farsa rodem z kina

Wielu wciąż nie brzydzi

Chociaż każdy widzi

Głosuj więc idioto

Na chciwca co złoto

Ze stołu zlizuje

A tobie funduje….miskę ryżu.

Reklamy

Słów parę o Oscarach

Dziewięćdziesiąte pierwsze rozdanie Oscarów mamy za sobą. Pod względem oglądalności spektakl ten ustępuje jedynie finałowi futbolu amerykańskiego i przyciąga przed telewizory miliony widzów na całym świecie. W tym roku z racji meksykańskiej produkcji „Roma”, podejrzewam, że cały Meksyk i wiele państw Ameryki Łacińskiej jeszcze bardziej przykleiło się do odbiorników telewizyjnych.

Zwykle przed samym widowiskiem, większość filmów nominowanych wcześniej już oglądałem. Tym razem jednak było inaczej. Widziałem tylko parę z nich.

Hollywood jest bardziej niż przewidywalny w ostatnim czasie. Zasadniczo nie musiałem niczego oglądać by w większości kategorii wytypować zwycięzców. Akademia przyznająca wyróżnienia, przestała się chyba kierować jakimikolwiek przesłankami merytorycznymi, w zamian wsłuchując się w nastroje polityczne i społeczne. Tak właśnie było w tym roku.

Od wielu lat Afroamerykanie narzekają na brak ich filmów i aktorów w palecie wyróżnionych. Słyszałem nawet stwierdzenia, że Oscary to ostatni bastion rasizmu w USA. Gdy więc w rolach drugoplanowych pojawiły się nominacje dla czarnoskórych, stawiałem zdecydowanie na ich zwycięstwo. Sami sprawdźcie kto wygrał. Powiem jednak, że Mehershala Ali w filmie Green Brook bardzo mi się podobał. Jest on uznanym aktorem a jego najbardziej znana rola to lobbysta Remi z głośnego serialu House of Cards. Czy był lepszy od pozostałych aktorów, nie wiem, bo pozostałych filmów nie oglądałem.

Nie oglądałem „Romy” więc ciężko będzie mi się na jej temat wypowiadać. Z mojego doświadczenia wiem, że Hollywood jest zwykle przeciwko Waszyngtonowi. Nie lubią i obecnego prezydenta. Jego pomysł budowania muru na granicy z Meksykiem zapewne pomógł bardzo „Romie” w ilości nominacji jak również otrzymanych statuetek. Stąd „Zimna Wojna” stała na przegranej pozycji. W kategoriach, w których konkurowała o wyróżnienie przegrała właśnie z „Romą”.

Były to chyba najsłabsze Oscary jakie oglądałem w ostatnim czasie, pod każdym względem. Brak prowadzącego, brak wielkich gwiazd, podejrzane nominacje, wyjątkowo nieudane widowisko próżności. Na tym tle rzeczywiście „Bohemian Rhapsody” błyszczała wyjątkowo jasno. Jednak i ten film został pokonany pod względem ilości Oscarów przez „Romę”, która w sumie zgarnęła aż cztery wyróżnienia.

Najlepszym filmem okazał się „Green Book” chociaż wszyscy stawiali na „Bohemian Rhapsody”. I tu znowu mamy do czynienia z efektem ostatnich krytyk względem Akademii. Oglądałem oba filmy i oba zrobiły na mnie duże wrażenie. Oba opowiadają tą samą historie. I jeden i drugi film oparty był na faktach. Mnie bliżej do historii wokalisty Queen-u. Główny bohater „Green Brook” to ciemnoskóry pianista, który musi zmagać się z segregacją rasową na trasie swoich koncertów. Presja była wielka i moim zdaniem jurorzy jej nie udźwignęli.

W kinie chyba następuje zmiana warty. Z bardziej znanych aktorów nie było nikogo. „Zimna Wojna” nie była jedynym polskim akcentem. W „In Memoriam” przypomniano zmarłego w listopadzie w ubiegłem roku wybitnego operatora Witolda Sobocińskiego.

I to już tyle z tej wyjątkowo nieudanej imprezy.

Tramwaj, dom i zgadywanki

Cuenca już od ponad czterech lat to jeden wielki plac budowy. Gdy bodaj w 2013 roku ogłoszono śmiały plan konstrukcji linii tramwajowej, opinie były bardzo podzielone. Ciekawe, że turystom ta idea bardzo przypadła do gustu, w przeciwieństwie do miejscowych. Ci drudzy znając tutejsze realia pewnie wiedzieli od samego początku, że termin skończenia inwestycji to opowiastka wyssana z palca miejscowych polityków. Takiego doświadczenia nie mieli rzecz jasna ci, którzy się tutaj osiedlili w związku z czym ich wiedza na temat terminów oddania czegoś tam do użytku była oczywiście ograniczona. Cuenkanie rzeczywiście mieli racje. Planowany trzyletni okres zakończenia budowy przedłużył się juz o dwa lata i ma mieć miejsce w tym roku a konkretnie w listopadzie. Jak zwykle opóźnienia w tej części świata na ogół wynikają z gdzieś tam rozpływających się pieniędzy. Sądzę, że to nie tylko problem Ekwadoru bo państwowe pieniądze rzeczywiście mają wielu chętnych, niekoniecznie mających dobre chęci, stąd zapewne wstępne kalkulacje tego typu zamierzeń finansowanych przez państwo powinny być pewnie o kilkadziesiąt procent większe. W kolejce po nagrody stoją często nawet ci, którzy nie wiedzą nic ani na temat inwestycji, ani na jakikolwiek temat. Nieprawdaż pani premier? Nie inaczej sprawy miały się z cuenkańską linią tramwajową. Pieniędzy zabrakło jeszcze przed skończeniem połowy inwestycji. Podobno źle dokonano obliczeń, ale co bardziej światli mieszkańcy Cuenki wiedzą, że przeleciały one przez dziurawe kieszenie miejscowej władzy. Budowa zatem trwa i wyglada rzeczywiście na to, że w tym roku doczekamy się jej końca. Dwie główne ulice starego miasta powoli zaczynają wracać do użytku. Cieszy to szczególnie właścicieli wszelkiego rodzaju małych sklepików od restauracyjek począwszy a na pamiątkach skończywszy. Dla mnie największą udręką instalacji linii tramwajowej były ciagle zmieniające się trasy autobusów. Pozamykane ulice powodowały, że nigdy nie miałem pewności czy dojadę do celu, czy też pan kierowca będzie zmuszony gdzieś skręcić i już więcej nie wróci na trasę, którą powinien jechać. Ot taka nowa gra loteryjna: zgadnij gdzie jedziemy. To nawet było fajne bo poznałem nowe zakamarki miasta. Mniej mnie jednak to bawiło gdy wracałem do domu bo i tym razem autobus zatrzymywał się dość często w innym miejscu oferując mi kolejną zabawę, tym razem pod tytułem zgadnij gdzie się dzisiaj zatrzymuję. Wygląda jednak na to, że będę miał to już za sobą a miasto coraz bardziej zaczyna przypominać mi miejsce, które tak bardzo przypadło mi do gustu kiedyś tam, całkiem niedawno temu. I tylko moja „willa” zdaje się nie pojmować, że mam dość wszelkiego rodzaju zgadywanek szczególnie z zakresu „zgadnij co dzisiaj nie będzie działać”. Jak to jednak mówią, koło domu zawsze jest coś do zrobienia. Będę się musiał chyba z tym pogodzić.

Pooskarowe refleksje

Nie jestem krytykiem filmowym w związku z czym nie mam zamiaru wypowiadać się na temat wartości artystycznych nagrodzonych na tegorocznych Oskarach filmów. Nie wszystkie też oglądałem. Mam jednak wrażenie, że moje przewidywania się potwierdziły. Wygrał film stworzony przez Afroamerykanów czego osobiście się spodziewałem. Z pięciu najważniejszych kategorii w trzech wygrali Afroamerykanie. Tylko najlepszego aktora i aktorkę wygrali aktorzy spoza tego kręgu. Nie oglądałem Moonlight więc nie będę polemizował z jego wyborem. Zaskoczyła mnie ilość nominacji dla La La Land i sześć ogólnie przyznanych Oscarów dla tego filmu. W moim przekonaniu ten muzyczny romans to aczkolwiek miły w oglądaniu film to jednak nie ma w nim nadzwyczajnego. Jeśli jednak weźmie się uwagę kto był producentem tej produkcji to wszystko staje się jasne. Nie zdziwił mnie rownież brak uznania Akademii dla Hacksaw Ridge, który wyreżyserował Mel Gibson, którego wypowiedzi na temat właścicieli Hollywood są powszechnie znane. Sam film na mnie zrobił bardzo duże wrażenie a odtwarzający główną rolę Andrew Garfield w moim przekonaniu zasłużył bardziej na Oscara niż Casey Affleck, skądinąd rownież świetny aktor. Jego rola w filmie Manchester by the Sea była bez wątpienia trudna jednak nie aż tak ciekawa i charakterystyczna jak występ Andrew Garfielda. To oczywiście moja opinia.

Bardzo ucieszyło mnie ujęcie Andrzeja Wajdy w tradycyjnym przeglądzie twórców filmu, którzy pożegnali nas w trakcie ubiegłego roku. W tym segmencie na ogół przedstawiani są twórcy lokalni zatem znalezienie się w tym gronie świadczy o tym, że twórczość naszego zmarłego reżysera cieszy się tutaj dużym uznaniem. Dobrze by było gdyby nasi rządzący się nad tym zastanowili i zamiast odżegnywać się od wielkich Polaków poświęcili im więcej uwagi wykorzystując ich wizerunek dla dobra kraju. To chyba jednak za dużo dla tej ekipy.
Definitywnie rozśmieszył mnie bojkot Oscarów przez reżysera z Iranu, który wygrał w kategorii filmów nieanglojęzycznych. Nie spodobała się jemu polityka Trumpa dotycząca zakazu wjazdu do Stanów mieszkańców pewnych krajów. Nie będę bronił prezydenta USA tyle, że w takich sytuacjach dobrze jest pamietać o swoim gnieździe. Jak to się dzieje, że w krajach islamskich w tym w Iranie nie można praktykować innych religii? Ciekaw jestem czy to nie przeszkadza oburzonemu reżyserowi. Jak to mówi stare polskie porzekadło – cudze pod lasem się widzi a swoje pod nosem już trudno. Śmieszą mnie rownież polityczne wystąpienia aktorów potępiających Washington. Żyją oni w luksusie o jakim przeciętny człowiek nawet nie może marzyć, kompletnie oderwani od realiów dnia codziennego oburzają się na amerykańską politykę. To nie oni przecież giną w zamach terrorystycznych na lotniskach czy w innych środkach transportu. Rozumiem oburzenie ale dotychczasowe metody walki zdają się zawodzić zatem chyba trzeba spróbować czegoś innego. Wszyscy chcemy wolności i jak najmniejszej ilości zakazów i nakazów. Problem w tym, że aby do tego doszło w każdym kraju walka ze złem musi wyglądać identycznie. Sprzeciwiając się zatem polityce waszyngtońskiej żądajmy równocześnie od krajów sprzyjających terrorystom aby włączyły się do wspólnej walki. W przeciwnym wypadku krytyka wyglada śmiesznie. 
Zakończeniu tegorocznych Oscarów przejdzie do historii jako największa kompromitacja w jego dziejach. Prezentujący kandydatów do najlepszego filmu roku Warren Beatty i Faye Dunaway ogłosili zwycięstwo La La Land. Jego twórcy pojawili się na scenie, odebrali statuetki i rozpoczęli swe mowy dziękczynne. Gdy nagle ktoś dokonał sprostowania pokazując kopertę z najlepszym filmem, którym okazał się Moonlight. Chwilowa konsternacja przerodziła się w kompletne zamieszanie. Twórcy La La Land musieli oddać statuetki i zejść ze sceny, na której niespodziewanie pojawili się już prawdziwi zwycięzcy. Okazało się, że prezenterzy nie mieli prawidłowej koperty. W jakiś sposób otrzymali przed wejściem na scenę kopertę z nazwiskiem najlepszej aktorki. Ponieważ była nią odtwórczyni głównej roli z La La Land więc kierując się tym faktem postanowili ten film ogłosić laureatem nagrody. Dlaczego żadne z nich nie zgłosiło, że maja nieprawidłowa kopertę? Niewiadomo, fakt pozostaje faktem, że zamieszanie powstałe w związku z tym było żenujące i pozostanie na długo w pamięci widzów.