Prezesa kiciu

Bo w życiu jak to w życiu

Wiele polega na byciu

W odpowiednim miejscu i czasie

I wtedy dobrze masz się

Zamiauczał prezesa kiciu.

Obrazek pochodzi z:

https://goo.gl/images/EPN9Nw

Niezwykły, zwykły dom.

Gdzieś tam przebywająca w krainie wiecznych łowów Babcia, tu na ziemi pozostawiła po sobie dom. Przypadł on, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami rodzinnymi, wnukowi. Co on zdecyduje zależy już tylko od niego.

Spacerując ulicą pewnie ten dom niczym specjalnym się nie wyróżnia. Może poza szpicem anteny telewizyjnej, pamiętającej czasy dwóch programów. Nikt już nie ma takiej anteny, sięgającej niemal do nieba. Trzeba było tak wysoko ją zainstalować by można było odebrać sygnał. Przymocowana do komina ma się wciąż dobrze, chociaż niczemu już nie służy.

Otynkowana na szaro z zewnątrz dwupiętrowa konstrukcja sprawia wrażenie zmęczonej i domagającej się odrobiny zainteresowania. Minęło bowiem pare lat od ostatnich ulepszeń a dom jak dom zawsze jest coś do zrobienia koło niego. Ma już w granicach sześćdziesięciu lat a czasy, w których był budowany nie znały obecnych technologii.

Wnętrze też potrzebuje zainteresowania bo i tu ślad czasu odcisnął swoje piętno. Skrzypiące podłogi, zmarszczone linoleum, poblakłe ściany to tylko początek. Stosunkowo łatwy. Co zrobić ze zbyt stromymi schodami na piętro, zbyt wąskimi do piwnicy i garażu? Jak ją poprawić aby można się było wyprostować? Parter to kuchnia i dwa pokoje. Do tego łazienka z oknem wychodzącym na drzwi wejściowe, ku uciesze wścibskich i ciekawskich. Piętro już raz zostało przerobione ale i tu daleko od komfortu. Cokolwiek i ktokolwiek zdecyduje się tu coś robić, potrzeba będzie konkretnych nakładów.

Patrzę na ten dom i widzę te jego wszystkie słabości, ułomności i braki.

A jednak nie potrafię o nim zapomnieć. Mieszkałem tu niby tylko dwa lata. Były to jednak lata, które wbiły mi się mocno w pamięć.

To stąd wyjeżdżaliśmy do Urzędu Stanu Cywilnego a tydzień pózniej do kościoła. To tu rodzice nas błogosławili. To tu było moje pierwsze łoże małżeńskie. Tu powitaliśmy naszą córcię. To właśnie tutaj padły jej pierwsze słowa: mama, tata.

To tu, chociaż nie wewnątrz, uczyłem się „operować” kosą. W moich rękach było to narzędzie służące do wszystkiego z wyjątkiem koszenia trawy. Kosiłem jednak bo chciałem zaimponować teściowi. Pudło okrutne, ale przynajmniej dostarczyłem mu trochę zdrowia, bo śmiał się bezgraniczne obserwując moją walkę i z kosą, i z trawą.

To tu zjeżdżaliśmy z dzieciakami, razem ze szwagra rodziną by pod wieczór udać się do kart. A graliśmy zawzięcie i bez pamięci w ferbla, którego nauczył nas teściu. Zawsze przed grą zaklinał nas abyśmy grali ostrożnie czyli na małe stawki. Sam potem podkręcał tempo.

To wreszcie tu miały miejsce wszystkie święta bożego narodzenia z niezapomnianą kuchnią teściowej. Szczerze mówiąc w ich tradycji był biały barszcz z grzybami a ja z domu barszczu czerwonego z uszkami. Nic to, bo wypieki teściowej nie miały równych sobie.

Zwykły dom. A jednak niezwykły. Tyle, że tylko dla mnie.

To miejsce jest nie dla kazdego

Nasza okolica pomimo wielu niewątpliwych walorów nie jest napewno dla każdego. Znam pare osób pełnych frazesów o byciu zmęczonym cywilizacją a potem gdy są sami ze sobą nie potrafią wytrzymać bez kontaktu z tymi, których na codzień krytykują. Coraz więcej jednak ludzi potrzebuje uciec i schować się gdzieś, gdzie codzienność nie dociera lub, jeśli już, to jest mało odczuwalna. Napewno nie jest tak, że nie tęskni się za ludźmi kompletnie bo człowiek to jednak zwierze socjalne. Wiem jednak, że bezsensowne spotkania połączone z rozmowami o niczym to już nie dla mnie. Jestem uzależniony od mojego wewnętrznego zegara, który decyduje, że robię to na co mam ochotę i kiedy chcę. Ne czuje się źle ze sobą. Nie wiem czy do do tego trzeba dorosnąć, czy może mieć predyspozycje. Dość powiedzieć, że nasz sąsiad ze Słowacji, który jak twierdzi uwielbia to miejsce to jednak nie może poradzić sobie z samotnością. Podjął zatem decyzje, że wkrótce wyjeżdża na bliżej nieokreślony czas w swoje rodzinne strony by się poczuć częścią życia socjalnego. Nie zaskoczyło nas to zbytnio bo już od jakiegoś czasu narzekał na problemy depresyjne wynikające z bycia samotnym. O ile może się to zdawać dziwnie jeśli się weźmie pod uwagę jego łatwość nawiązywania kontaktów o tyle staje się uzasadniane znając jego dość przyciężkawy styl myślenia i bycia. Nie powiem, że łatwo jest zjednać sobie ludzi o innej kulturze jednak to wiele zależy od nas samych. Mamy wrodzoną łatwość wydawania opinii na temat wszystkich i wszystkiego co nas otacza, nie potrafiąc jednocześnie krytycznie spojrzeć na siebie. Lubimy jak wszystko nagina się do naszego sposobu postrzegania i tłumaczenia zjawisk nie akceptując jednocześnie sposobu widzenia świata przez innych często uważając ich za ograniczonych czy nawet śmiesznych. Nasz słowacki sąsiad właśnie na tym tle dużo traci co może i zapewne powoduje w nim zjawisko alienacji i samotności. Nie jestem psychologiem ani innym znawcą ludzkiej duszy, znając siebie wiem jednak, że wiele naszych problemów zaczyna się w nas i jeśli ich nie potrafimy rozwiązać to obecność czy nieobecność ludzi wokół nas niewiele pomoże. Niechęć do zmienienia siebie samego i oczekiwanie, że otoczenie się nagnie do niego w moim odczuciu to główny problem naszego sąsiada. Rozmawialiśmy na ten temat jednak zagnieżdżona w nim idea o depresji wynikającej z samotności przysłania lub raczej całkowicie zasłoniła mu obraz jego samego i własnych ułomności. Wyjeżdża zatem w poszukiwaniu czegoś innego a nam nie pozostało nic innego jak życzyć mu powodzenia i oby nie musiał być samotnym wsród ludzi.

Oaza spokoju

Guayaquil to największe ekwadorskie miasto. Tutaj zawsze lądujemy wracając do domu. Stąd, z uwagi na ilość bagaży, do domu zamawiamy prywatny transport. Guayaquil to port czyli znajduje się na poziomie morza. My musimy się wspiąć po wyjezdzie z miasta na trzy tysiące metrów powyżej poziomu. Podróż z Guayaquil do Cuenki zabiera naM około czterech godzin. Musimy wjechać w Andy gdzie drogi jak w każdych górach wiją się wzdłuż zboczy i praktycznie nie ma możliwości rozpędzenia samochodu bo zakręty prześcigają się nawzajem. Trasa jest bardzo malownicza ze wspaniałymi widokami często jednak widoki ogranicza mgła. Po osiagnięciu wysokości czterech tysięcy dwustu metrów zaczynamy zjeżdżać w dół. Nieco wcześniej znajduje się wjazd do parku narodowego Cajas. Park ten zajmuje około trzydzieści jeden tysięcy hektarów i ciągnie się niemal do samej Cuenki. Park ten to ulubione miejsce wszelkiego rodzaju ludzi którzy lubią góry i wędrówki po nich. Trzeba być jednak przygotowanym na szybko zmieniające się warunki atmosferyczne z gwałtownie opadającą mgłą włącznie. Z tego właśnie powodu nie poleca się niedoświadczonym wędrowcom poruszać się po Cajas bez przewodnika. Cajas to rezerwat przyrody pełen większych i mniejszych jezior. Stąd Cuenca czerpie wodę na swoje potrzeby. Stąd rownież wypływają dwie rzeki, które przepływają przez Cuenkę a pod koniec swojej drogi wpadają do Amazonki. Po wyjezdzie z parku znajdujemy się około pół godziny od centrum Cuenki. Po drodze jednak wciąż przejeżdżamy przez tereny górzyste i wiele miejsc to tereny o restrykcyjnych przepisach do zabudowy. Jednym z takich miejsc jest Mazan, który praktycznie znajduje się już w granicach administracyjnych Cuenki. Mazan bardzo długu był własnością kilku rodzin i dopiero paręnaście lat temu coraz więcej ludzi zaczęło się tutaj osiedlać. Cześć Mazanu jest dostępna do zabudowy. To tu właśnie zdecydowaliśmy się osiedlić. Cieżko się pisze o urodzie jakiegoś miejsca bo tylko naocznie można ten fakt docenić. Inna sprawa, że do takiego opisu trzeba mieć tez zdolności a ja raczej z umysłów ścisłych i opisywanie piękna nigdy mi nie wychodzi. Tak się jednak złożyło, że sąsiad podesłał mi link do filmiku, który traktuje i pokazuje piękno tego terenu. Nie pozostało mi nic innego jak tylko skreślić krótkie wprowadzenie. Zapraszam zatem do Mazanu gdzie gdzieś tam za zakręt pośród drzew i gór stoi nasza oaza spokoju.