Zdrowie, zdróweczko

Jestem zdecydowanym zwolennikiem medycyny alternatywnej. Choć nie do końca wierzę we wszystkie teorie spiskowe to tą konkretną lekarze sami zdają się potwierdzać. Ich związki, trochę niejasne, z firmami farmaceutycznymi, pobieranie od tychże bonusów za sprzedaż i reklamę produkowanych przez nie leków, każe mi sądzić, że owa grupa ludzi w białych kitlach niekoniecznie oferuje nam najlepszą metodę leczenia. To zapewne nie jest standard. Nawet jeśli są to tylko pojedyncze przypadki to ja i tak już dawno uległem tezie, że owa akademicka medycyna nie jest aż tak czysta jakby chciała żebyśmy myśleli. Leczę się zatem po swojemu stosując cała gamę coraz bardziej dostępnych różnorakich sposobów alternatywnych.

Nie znaczy to oczywiście, że potępiam osoby uważające tylko tych lekarzy, którzy stosują farmakologiczną medynę, za królów życia i śmierci. W procesie leczenia najważniejszy jest komfort psychiczny i wiara w lekarza. Stąd uważam, że każdy powinien mieć prawo wyboru w tym zakresie. W końcu przecież to jest nasze życie i zdrowie i powinnismy robić z nim to co uważamy dla niego za najlepsze.

Rozśmieszają mnie jednak lekarze udający zatroskanych o nasze zdrowie w czasach gdy na ich usługę specjalistyczną trzeba czekać tygodniami, miesiącami a czasem i latami. Wolałbym aby oni zatrzymali swoje uwagi i spostrzeżenia na temat niekonwencjonalnych praktykantów dla siebie. Ta ich troska coraz częściej i coraz bardziej widoczna jest tylko w prywatnych klinikach i gabinetach oczywiście za odpowiednią opłatą.

Mam jednak i swoje zastrzeżenia do medyków niekonwencjonalnych. Ich wiedza w zakresie różnorodności sposobów leczenia nie budzi we mnie sprzeciwów. Wielu z nich to przecież dyplomowani lekarze, tyle że zdecydowali się pogłębiać swoją wiedzę na temat innych metod leczenia. Naprawa naszego stanu zdrowia to nie tylko sama wizyta u lekarza. W takiej czy innej formie będą nam potrzebne jakieś leki. W medycynie niekonwencjonalnej są to suplementy. I właśnie tu mam najwiecej problemów. Rynek ten rośnie w nieprawdopodobnym tempie. Wiele z tych wynalazków to leki produkowane przez owych terapeutów. Często słyszę, że ich głównym celem jest chęć otwarcia ludziom oczów na praktyki stosowane przez medycynę standardową i fakt, że kieruje się ona przede wszystkim zyskiem. No cóż, suplementy to też nie jest wydatek, który można pokryć z naszego kieszonkowego. Koszt tychże z roku na rok jest coraz wyższy i praktycznie stałe ich stosowanie wymaga sporych wydatków. Zatem ten sposób leczenia dla przeciętnego Kowalskiego staje się coraz bardziej niedostępny. Jeśli do tego dołożymy fakt, że lekarstwa na receptę w jakimś stopniu są refundowane to decyzja przeciętnego zjadacza chleba zdaje się być oczywista. Dziś bardziej trafna zdaje się być taka oto rymowanka:

Szanowne zdrowie

Nikt się nie dowie

Ile kosztujesz

Aż się zepsujesz

Kierując się zyskiem nikt nie myśli o naszym zdrowiu, bez względu na „stajnię”, z której pochodzi. O nie niestety musimy zadbać sami. Stąd wybór metody leczenia to przede wszystkim wiara i komfort psychiczny. Dbajmy zatem o nasze zdrówko zanim je powierzymy fachowcom.

Purkle i penqo

Nasz pomocnik domowy do spraw koszenia trawy czy innych prac natury budowlano-ogrodniczych poznał nas juz dość dobrze a zwłaszcza Luśki inklinacje do naturalnych metod leczenia i medycyny ludowej. Jeśli coś nam zatem dolega z chęcią dzieli się z nami swoją wiedzą. Kolano mojej małżonki w dalszym ciagu sprawia jej sporo problemów. Już raz starał się jej pomoc nasz Jose przynosząc jakieś płynne mazidło do nacierania, które Luśka nawet stosowała i nawet dostrzegała pozytywne efekty jego działania. Ostatnio Jose przyniósł jednak napój, który starał mi się wytłumaczyć z czego został zrobiony, a który miał mieć szerokie zastosowanie lecznicze miedzy innymi przy bólach stawowych. Użycie zewnętrzne to jedno, połykanie to drugie. Luśka zarządała zatem konkretnych informacji na temat rośliny, z której rzekomy napój miał być zrobiony. Przy najbliższej sposobności napadłem zatem na naszego „dostawce” domagając się konkretnych informacji. Don Pepe, jak go tutaj rownież nazywamy, oczywiście nie wzbraniał się z udzieleniem mi pełnych odpowiedzi na moje pytania, z tym jedynie, że rozmawiamy w dwóch kompletnie odmiennych językach a moja wiedza medyczna po hiszpańsku ma się tak jak pięść do nosa. Tak czy inaczej udało mi się ustalić, że ów napój nazywa się purkle a sporządzony został z rośliny o nazwie penqo. Nie miałem nic do pisania musiałem zatem polegać na wymowie i na tej podstawie domyślić się formy pisemnej. Mój rozmówca jednak podkreślał, że penqo pisze się przez „q”. Po powrocie do domu podzieliłem się swoją wiedzą z naczelnikiem i w ruch ruszyła wyszukiwarka Google. Co tam na niej nie było, trudno wszystko wyliczyć, nic jednak nie podchodziło pod medycynę naturalna ani nawet nie wskazywało na jakąś okoliczną roślinę. Ponieważ Google podpowiadał nam inne rozwiązania piśmiennicze, podążaliśmy i tym tropem wciąż jednak bijąc głową w mur. Pomyślałem w końcu, że być może pisownia jest inna niż ta, którą sugerował nam nasz dostawca i wcale nie zawiera nieszczęsnego „q”. Przy penko znowu było pudło jednak penco niespodziewanie okazało się…..agawą. Rzeczywiście syropy, napoje i inne produkty medycyny ludowej z tej rośliny są bardzo popularne w Ekwadorze a nawet niektóre specyficzne tylko dla tego kraju. Pijemy zatem to dobrodziejstwo oboje, bo jak się okazało ma i na moje dolegliwości zastosowanie, a co z tego wyjdzie, ano zobaczymy.

Lojalność zawodowa.

Czym różni się dobry prawnik od wspaniałego prawnika? Żeby otrzymać odpowiedź na to pytanie musiałem rozwiązać krzyżówkę. Zwiozłem ich trochę na czas solowego pobytu i teraz zapełniają mi chwile wolnego czasu. Ale do rzeczy. Po podstawieniu liter w miejsce cyfr takie oto otrzymałem hasło: dobry prawnik zna prawo, wspaniały prawnik zna sędziego i prokuratora. Już od dawna chodził mi po głowie temat lojalności zawodowej i ta krzyżówka a właściwie jej rozwiazanie przyspieszyło ten tekst. Wielokrotnie wspominałem o mojej słabości do „Angory”. W każdym jej numerze jest artykuł poświęcony pokrzywdzonemu przez jakiegoś lekarza pacjentowi. Pomyłki takie często kończą się uszczerbkiem na zdrowiu a czasami nawet śmiercią pacjenta. W konsekwencji wiele z tych spraw kończy się w sądach. Prowadzącym rozprawę sędziom brakuje oczywiście wiedzy medycznej aby wydać sprawiedliwy wyrok. Zwracają się zatem do biegłych sądowych lekarzy, których zadaniem jest określenie i zdeterminowanie stopnia winy placówki leczniczej i jej personelu, jeśli taka oczywiście zaistniała. No właśnie. Zdecydowana większość tych opinii nie dostrzega żadnego błędu w trakcie opieki nad pacjentem uważając, że w procesie leczenia, nawet tego najprostszego, mogą zdarzyć się powikłania. Niektóre z tych uczonych ekspertyz nawet laikowi muszą zdawać się podejrzane. Skąd ta lojalność zawodowa i brak empatii dla cierpiącego pacjenta? Czyżby każdy z nich miał coś na sumieniu i oczekiwał, na wszelki wypadek, rewanżu. Niepojętą dla mnie jest ta krótkowzroczność i brak wyobraźni, który może przynieść w przyszłości stratę kogoś bliskiego w innej rodzinie. Zły lekarz lekarz to balast dla całego środowiska i obrona jego nie znajduje żadnego uzasadnienia. Pomyłki zdarzają się wszystkim,, jednak brak podstawowego zachowania ostrożności to nie pomyłka to lekkomyślność  i brak szacunku dla pacjenta. Zacząłem ten artykuł od sądów, bo i tutaj ta zmora niszczy wiarę ludzi w prawo i powoduje, że dzisiaj mamy kryzys w tej dziedzinie a rządząca partia pod pozorem naprawy problemu, chce go jeszcze bardziej skorumpować. Prawo powinno być proste jak dwa dodać dwa w wyniku czego otrzymujemy cztery, nie trzy i pół i nie cztery i pół. Jak to się zatem dzieje, że przepis prawny można interpretować na tyle rożnych sposobów? Jak to możliwe, że nawet w Trybunale Konstytucyjnym sędziowie odczytują prawo zawarte w konstytucji zgodnie z wolą partii, która ich na to stanowisko wyniosła? W tym środowisku rownież da się zauważyć tą dziwną lojalność zawodową. Chociaż walczą miedzy sobą to w kwestiach zawodowych bronią nawet najgorszego i najbardziej zepsutego prawnika. W obu środowiskach na hasło „Reforma” jeżą się jak pies, któremu ktoś  próbuje odebrać kość. Nie wiem jak spowodować aby środowiska zawodowe zrozumiały, że obrona czarnej owcy przynosi więcej szkód niż pożytku. Wiem natomiast, że właśnie przez tą ignorancję we wszystkich profesjonalnych zawodach, kolejne ekipy rządzące będą próbować coś tam naprawić a naprawa jest możliwa tylko od środka. Na koniec jeszcze jedno słowo o służbie zdrowia i empatii jej pracowników do pacjenta. Moja żona znalazła się w szpitalu ze złamaną nogą. Kontuzja wymagała natychmiastowego zabiegu, po którym przez najbliższe sześć tygodni nie wolno jej obciążać zrekonstruowanej nogi pod żadnym pozorem, taką opinie wydał lekarz. Następnego dnia po operacji gdy zwróciła się do pielęgniarki z prośba o asystę aby dojść do toalety, ta oddana niesieniu pomocy, opryskliwie odpowiedziała „może mam panią wziąć na ręce”. To już nawet nie jest brak profesjonalizmu, to zwykłe chamstwo, które powinno dyskwalifikować kogoś takiego z wykonywania tego zawodu. To właśnie tacy ludzie powodują, że generalizujemy na temat całego środowiska i dlatego powinni być eliminowani jak chwasty. Przynajmniej moim zdaniem.

Publicystyczny chłam

Co jest najwieksza zmorą środowiska lekarskiego w kraju? Na tak zadane pytanie pierwsza narzucającą się odpowiedzią byłby pewnie Narodowy Fundusz Zdrowia, który w sposób jedynie sobie wiadomy ustala cenniki usług lekarskich oraz ich roczne limity. Fundusz ten rownież uzurpuje sobie prawo do określenie sposobu leczenia wszelkich schorzeń nie zezwalając na inne metody niż te przez nich uznane za skuteczne. Wiąże to wielu lekarzom ręce, zwłaszcza tym którym na sercu leży zdrowie pacjenta bardziej niż zasobność własnej kieszeni. Nie o tym jednak chciałem pisać a pytanie z początku tekstu postawiłem trochę wadliwie. Zamiast co powinno być kto. Być może wielu w pierwszej kolejności wymieniło by naszego ministra od zdrowia nijakiego Judyma z domu Radziwił. Chociaż ma on poważne problemy z bieżąca wiedzą w zakresie najnowszych osiągnięć w medycynie to jednak nie on spędza sen z powiek specjalistom od naszej opieki zdrowotnej. Jemu i kaście oddanych mu lekarzy doskwiera niczym kamień w bucie pewien inżynier mechanik, któremu zachciało zainteresować się medycyną i sposobami leczenia. Jerzy Zięba, bo o nim tutaj mowa, studiując wiele badań naukowych doszedł do wielu konkluzji, które z punktu widzenia środowiska lekarskiego nie mają uzasadnienia w praktyce lekarskiej. Rzucili się więc na dociekliwego badacza niczym zgłodniałe stado wilków na owce. Nie przyjmują jego argumentów, nie interesuje ich wiedza na temat źródeł, z których pan Jerzy czerpał swoje doświadczenia. Środowisko to bowiem nie od dzisiaj jest bardziej zainteresowane dochodami jakie czerpią z rozprowadzania podejrzanych specyfików wyprodukowanych przez przemysł farmakologiczny. To oddanie firmom farmaceutycznym przynosi bowiem wymierne korzyści chociaż często wcale w niej nie chodzi o poprawę zdrowia pacjenta. Jerzy Zięba namawia do stosowania witamin i wszelkiego rodzaju naturalnych metod leczenia, które były przebadane przez naukowców w innych krajach, i których efekty zostały przez nich opisane i opublikowane. Byłoby o wiele taniej i skuteczniej. Byłoby ale nie będzie bo banda farmakologów ukrywających się pod wszelkiego rodzaju tytułami naukowymi z zakresu medycyny zaprzecza z uporem maniaka wszystkiemu o czym mówi Jerzy Zięba. Oni wcześniej pozwolą się wykastrować niż odciąć siebie od podstawowego źródła ich dochodu, który zapewnia im przemysł farmaceutyczny. Zaangażowali się więc w walkę z tym „pseudo-medykiem” wyciągając najcięższe działa w postaci braku wykształcenia i braku badań naukowych potwierdzających jego tezy. Zapomnieli jednak, że robiąc ten cały szum wokół niego przysparzają mu coraz więcej rozgłosu. Ich nieudolne ataki nie tylko nie przyniosły zamierzonego efektu ale wręcz spowodowały jeszcze większe zainteresowanie nim samym i tym co ma do powiedzenia na temat naszego zdrowia. W dobie internetu trudno jest bezkrytycznie oszukiwać ludzi bo ci, którzy są dociekliwi znajdą to czego szukają i sami dojdą do odpowiednich wniosków. Nie będą one zbyt pochlebne dla naszego środowiska lekarskiego, które poza farmakologią zna się na medycynie bardzo pobieżnie. Z pomocą postanowiły przyjść media, które z reklam rożnego rodzajach specyfików też czerpią konkretne zyski i nie planują z nich zrezygnować. Ukazał się więc Jerzy Zięba w programie Skandaliści w pełni otwarty do dyskusji. Takiej formy być jednak nie mogło bo scenariusz programu był już wcześniej ułożony i nie chodziło w nim o rozmowę i wymianę argumentów lecz o frontalny atak na niego. Kompromitujący sposób prowadzenia programu przez, mam wrażenie, zakompleksioną panią redaktor nie tylko mógł ale musiał utwierdzić nawet przeciętnego widza, że mamy do czynienia z klasycznym napadem na zaproszonego gościa.  Efektem tego żenującego przedstawienia mógł być tylko uśmiech litości dla wszystkich tych, którzy brali udział w tym smutnym pokazie ignorancji i braku dobrego smaku. Skąd biorą się w telewizji ludzie pozbawieni podstawowych zasad kultury? Nie mam na to pytanie odpowiedzi. Wiem jednak jedno,  w tym wstrętnym PRL-u ktoś o tak niskim stopniu inteligencji nie miałby prawa występować przed kamerami telewizji. Media masowe obniżają coraz bardziej poziom swoich programów angażując do ich prowadzenia bardziej chuliganów niż rzetelnych i uczciwych dziennikarzy. 

Lecznicze przepychanki

Jerzy Zięba to nazwisko, które niespodziewanie wkradło się w ciszę i spokój mojego gospodarstwa domowego. Oboje z Alicją jesteśmy zwolennikami wyboru metod i sposobu leczenia przez chorego. Nie kwestionujemy dokonań współczesnej medycyny ale ona jak wszystko w życiu ma swoje blaski i cienie. Pan Zięba otwarcie mówi o sprawach, które powodują niechęć do niego środowiska lekarskiego. Nie dziwi mnie zbytnio bo owe środowisko to poligon doświadczalny wielkich firm farmaceutycznych. Dzisiejszy lekarz to bardziej farmakolog niż wszechstronnie przygotowany do wykonywania zawodu doktor Judym. Liczą się pieniądze a tych przemysł farmaceutyczny ma pod dostatkiem. Połykamy więc te tabletki bez zastanowienia i mało kto czyta zadrukowane małymi literkami ulotki mówiące o efektach ubocznych. Lekarz przecież wie co nam przepisuje. Jasne, że wie, wie rownież, który wytwórca leków płaci najlepiej. Daleki jestem od posądzania wszystkich lekarzy o kierowanie się przede wszystkim przesłankami finansowymi, nie ulega jednak watpliwości, że takie praktyki mają miejsce. Coraz cześciej mówi się na temat szczepionek, które zamiast przynosić korzyść mają bardzo negatywny wpływ na nasze zdrowie. Jednak niektóre szczepionki zgodnie z prawem obowiązującym w kraju mają być podane w odpowiednim czasie bez względu na wolę rodziców. Jerzy Zięba zwraca na to uwagę. Wiele mówi o ich efektach ubocznych i nawołuje do zastanowienia. Nie podoba się to przede wszystkim w środowisku pseudo lekarzy uzależnionych od wpływów ze sprzedaży tabelek i szczepionek. W tym momencie przychodzi mi na myśl specyfik, który po kilku latach rozprowadzania w Stanach Zjednoczonych uznano za szkodliwy dla zdrowia. Wniesiono sprawę do sądu. Ten się przychylił do opinii specjalistów i przyznał miliardowe odszkodowanie dotkniętym jego użytkowaniem. Zarobili oczywiście też adwokaci i wszystko jak narazie wygląda sensownie. Okazało się jednak, że zasądzona firma na owym specyfiku zarobiła dwa razy więcej niż musiała zapłacić tytułem odszkodowania. Mnożą się zatem te specyfiki magicznie uzdrawiające ludzi choć każdy wie, że prawdziwą wartość tego preparatu będzie można poznać dopiero po kilku latach jego używania na populacji ludzi. Jak się nie sprawdzi i znajdzie się firma prawnicza, która pójdzie do sądu to najwyżej odpali się odszkodowanie będące tylko jakimś procentem zysku. Ten chory system krytykuje nie tylko Jerzy Zięba ale rownież coraz większe rzesze lekarzy, którym na sercu leży zdrowie pacjenta. Spotyka się to z coraz bardziej agresywnym atakiem farmakologów a mając za sobą wpływy, poparcie i zasoby finansowe firm farmaceutycznych mogą sobie pozwolić na taką propagandową walkę. Na naszych oczach toczy się pojedynek dotyczący medycznej marihuany. Minister zdrowia w naszym rządzie wszem i wobec ogłosił, że nie ma naukowych badań potwierdzających jej skuteczność. Ktoś z internautów pod tą wypowiedzią napisał, że nie ma też naukowych dowodów na to, że nasz pan minister jest homo sapiens. Bardzo mi się to spodobało. Domyślać się tylko mogę, że nasz pan minister zadufany w swojej farmakologicznej wiedzy ogranicza się pewnie tylko do literatury producentów tabelek. Gdyby jednak poszukał chociaż trochę na internecie to pewnie poczerwieniałby ze wstydu jak bardzo jest do tylu w zakresie znajomosci badań naukowych. Ja sprawdziłem tylko Wikipedię i oto co znalazłem na temat leczniczej marihuany w akapicie „zastosowania w medycynie” – Tetrahydrokannabinol hamuje czynnik wzrostu śródbłonka naczyniowego. Wykorzystanie THC pozwala na zredukowanie wzrostu guza oraz ogranicza liczbę komórek nowotworowych. Przeprowadzone badania dotyczą m.in. glejaka mózgu, raka piersiraka jelita grubego,  raka skóry. Na wszelki wypadek sprawdziłem co to jest ten tetrahydrokannabinol oczywiście na Wikipedii. Oto jego definicja: Tetrahydrokannabinol (THC) – organiczny związek chemiczny z grupy kannabinoidówizomer kannabidiolu i główna substancja psychoaktywna zawarta w konopiach.

Są zatem badania potwierdzone wynikami na konkretnych schorzeniach tylko, że nasz tabletkowy minister nie uważa jej za naukowe. To właśnie tacy ludzie walczą z Jerzym Ziębą i do niego podobnymi zwolennikami medycyny bardziej otwartej na inne metody leczenia niż tylko te, które wygodne są przemysłowi farmaceutycznemu. Swoim bezsensownie głupim uporem szkodzą niestety nie tylko samym sobie ale rownież nam pacjentom.