Z apartamentu do oazy spokoju.

Tysiące myśli przechodziło przez nasze głowy gdy wreszcie staliśmy się właścicielami naszego apartamentu. Nie byliśmy gotowi zamknąć rozdziału Stany ale wiedzieliśmy, że zbliżamy się do tego momentu. Mieszkanko miało służyć tylko nam. Nie planowaliśmy wynajmu. Jak to jednak zwykle bywa my swoje, życie swoje. Dowiedzieliśmy się niespodziewanie o człowieku, który organizował wyjazdy emerytowanych absolwentów wielu uczelni amerykańskich, niczym na kolonie. Czterotygodniowe turnusy połączone były z poznawaniem kultury, nauką języka i zwiedzaniem. Punktem wyjściowym była Cuenca. Turnusy składały się na ogół z dwudziestu uczestników, których należało zakwaterować w miarę blisko siebie.

Nasz apartament spełniał ich oczekiwania. Szybko dogadaliśmy się co do warunków zastrzegając sobie prawo do swojego pobytu z odpowiednim wyprzedzeniem.

Potrzebowaliśmy więcej czasu na podjęcie ostatecznych decyzji. Wynajem pozwalał nam na przyjazdy w terminach wygodnych dla nas. Jednocześnie zawsze czekało na nas trochę gotówki na nasze potrzeby.

Kolejne wizyty w Ekwadorze to była przede wszystkim potrzeba poczucia czy możemy się tu znaleźć. Z każdą wizytą czuliśmy się lepiej. Coraz lepiej poznawaliśmy miasto, poznaliśmy za każdym razem więcej ludzi i tych ze Stanów i tutejszych. Życie tutaj wydało nam się mniej skomplikowane i prostsze, że nie wspomnę o kosztach utrzymania. Oglądaliśmy wiele miejsc w okolicy aż trafiliśmy na naszą oazę spokoju. Kości zostały rzucone, decydując się na zakup działki wiedzieliśmy, źe nasz czas w Stanach dobiegł końca.

Nie zamknęliśmy drzwi, otworzyliśmy jedynie nowe.

W razie „W” prztrwamy

Nasz przysiołek, jeśli to można tak nazwać, liczy sobie sześć domostw. Pierwsi lokatorzy postanowili się tutaj wybudować mniej więcej sześć lat temu. Większość tych terenów stanowiła własność jednej rodziny. Z biegiem jednak czasu i rozwojem Cuenki zainteresowanie tą okolicą zaczęło wzrastać. Pierwotni właściciele podzieli ją na szereg  działek i zaczęli je sprzedawać. Prawo budowlane na terenach poza miastem praktycznie nie istnieje co pozwala na swobodne budowanie według własnego uznania i portfela. My jesteśmy ostatnią rodziną, która zdecydowała się osiedlić na tym terenie. Położenie bardzo nam odpowiadało ale przed wszystkim spokój i cisza przerywana jedynie szumem rzeki to było właśnie to czego szukaliśmy. Nie znaliśmy oczywiście motywów naszych sąsiadów, które spowodowały, że i oni się tutaj osiedlili. Zaczynamy jednak powoli ich poznawać dzięki czemu poznaliśmy ich powody. Okazuje się, że większość z nich uwierzyła w zbliżający się koniec świata. Jeden z naszych sąsiadów jest bardzo na bieżąco ze wszystkimi teoriami i jest przeświadczony o zbliżającym się Armageddonie. Nie znam teorii, która jego przekonuje dość jednak powiedzieć, że wybrał to miejsce bo zgodnie z mapami, które muszą być częścią tej przepowiedni ta okolica ma przetrwać. Sam kiedyś byłem pod wpływem kalendarza Majów, który głosił jakiś tam kataklizm 21 grudnia 2012 roku. Jednak do tego nie doszło zatem i mój stosunek do tego typu przepowiedni uległ zmianie. Nasze zauroczenie okolicą nie miało nic wspólnego z próbą przetrwania czegokolwiek. Jak się jednak okazało cztery rodziny osiedlając się tutaj kierowały się właśnie teoriami o zbliżającym się końcu świata. Zgodnie z owymi przypuszczeniami miał on już nastąpić, co się oczywiście po raz kolejny nie sprawdziło. Zdruzgotana takim obrotem sprawy jedna z rodzin wróciła już do Cuenki bo mieszkając tutaj i jednocześnie pracując to było dla nich zbyt uciążliwe. My na szczęście dojeżdżać codziennie nie musimy a dwa razy w tygodniu wypady do miasta nie stanowią większego problemu. Nasza oaza spokoju okazało się zatem, że ma jeszcze jeden dodatkowy walor w przypadku końca świata my tutaj przetrwamy zgodnie z wiedzą naszego sąsiada. No i jak tu się nie cieszyć z takiego wyboru. Prawdę mówiąc gdybyśmy się zdecydowali wrócić do Polski też chyba byśmy przetrwali bo z tego co słyszę wiele teorii mówiących o zniszczeniu Europy wskazuje nasz kraj jako miejsce, które ni zginie. Osobiście bardzo lubię te futurystyczne przepowiednie zwłaszcza jeśli wiem, że moje miejsce da sobie radę.

Oaza spokoju

Guayaquil to największe ekwadorskie miasto. Tutaj zawsze lądujemy wracając do domu. Stąd, z uwagi na ilość bagaży, do domu zamawiamy prywatny transport. Guayaquil to port czyli znajduje się na poziomie morza. My musimy się wspiąć po wyjezdzie z miasta na trzy tysiące metrów powyżej poziomu. Podróż z Guayaquil do Cuenki zabiera naM około czterech godzin. Musimy wjechać w Andy gdzie drogi jak w każdych górach wiją się wzdłuż zboczy i praktycznie nie ma możliwości rozpędzenia samochodu bo zakręty prześcigają się nawzajem. Trasa jest bardzo malownicza ze wspaniałymi widokami często jednak widoki ogranicza mgła. Po osiagnięciu wysokości czterech tysięcy dwustu metrów zaczynamy zjeżdżać w dół. Nieco wcześniej znajduje się wjazd do parku narodowego Cajas. Park ten zajmuje około trzydzieści jeden tysięcy hektarów i ciągnie się niemal do samej Cuenki. Park ten to ulubione miejsce wszelkiego rodzaju ludzi którzy lubią góry i wędrówki po nich. Trzeba być jednak przygotowanym na szybko zmieniające się warunki atmosferyczne z gwałtownie opadającą mgłą włącznie. Z tego właśnie powodu nie poleca się niedoświadczonym wędrowcom poruszać się po Cajas bez przewodnika. Cajas to rezerwat przyrody pełen większych i mniejszych jezior. Stąd Cuenca czerpie wodę na swoje potrzeby. Stąd rownież wypływają dwie rzeki, które przepływają przez Cuenkę a pod koniec swojej drogi wpadają do Amazonki. Po wyjezdzie z parku znajdujemy się około pół godziny od centrum Cuenki. Po drodze jednak wciąż przejeżdżamy przez tereny górzyste i wiele miejsc to tereny o restrykcyjnych przepisach do zabudowy. Jednym z takich miejsc jest Mazan, który praktycznie znajduje się już w granicach administracyjnych Cuenki. Mazan bardzo długu był własnością kilku rodzin i dopiero paręnaście lat temu coraz więcej ludzi zaczęło się tutaj osiedlać. Cześć Mazanu jest dostępna do zabudowy. To tu właśnie zdecydowaliśmy się osiedlić. Cieżko się pisze o urodzie jakiegoś miejsca bo tylko naocznie można ten fakt docenić. Inna sprawa, że do takiego opisu trzeba mieć tez zdolności a ja raczej z umysłów ścisłych i opisywanie piękna nigdy mi nie wychodzi. Tak się jednak złożyło, że sąsiad podesłał mi link do filmiku, który traktuje i pokazuje piękno tego terenu. Nie pozostało mi nic innego jak tylko skreślić krótkie wprowadzenie. Zapraszam zatem do Mazanu gdzie gdzieś tam za zakręt pośród drzew i gór stoi nasza oaza spokoju.