Wrze w Ekwadorze

Z powodu zaangażowania w nasze polskie sprawy, odeszłam nieco od tego co się dzieje w moim nowym miejscu zamieszkania. A dzieje się sporo. Konflikt spowodowany podwyżką cen trwa w najlepsze i nawet się zaostrzył.

Dowiaduje się dzięki temu coraz więcej o społeczeństwie ekwadorskim, jego tkance, budowie i podziałach.

Przez lata pomijana przy podejmowaniu newralgicznych decyzji rdzenna ludność Ekwadoru to jest w obecnym starciu z władzą siła, która determinuje rozwój sytuacji. Z tego co się zorientowałem w konflikcie biorą udział cztery strony; rząd, przeciętni ludzie, rdzenni ludzie i sektor usług transportowych. O temperaturze decydują jednak przedstawiciele szczepów indiańskich, które żeby pogorszyć całą sytuacje, też nie tworzą spójnej całości. Jedni negocjują z władzą, inni zaś domagają się jej odwołania przed jakimikolwiek rozmowami. Przeciętni ludzie, choć są stroną to jednak najmniej mieszają się w jakiekolwiek rozróby uliczne. Większość autobusów blokowała główne ulice, powoli jednak zaczynaja znowu kursować. To samo miało i ma miejsce z taksówkarzami.

Najwiecej wrogości wykazują w stosunku do siebie strona rządowa i przedstawiciele niektórych plemion indiańskich. Ci ostatni zablokowali drogi dojazdowe do głównych miast, w tym Cuenki, nie zezwalając na jakiekolwiek zaopatrzenie. My również nie mamy wjazdu do miasta jako, że żyjemy zaraz za jego granicami administracyjnymi.

Z ostatnich doniesień wynika, że rząd i przedstawiciele najważniejszych klanów indiańskich zasiedli do rozmów. Być może będzie to przełom w patowej sytuacji. Do wszystkich zaczyna docierać, że obecny stan rzeczy powoduje olbrzymie straty nie tylko wizerunkowe ale i te przeliczalne na pieniądze. Większość małych biznesów jest pozamykana. Hotele donoszą o odwołanych rezerwacjach. Każdy dzień to miliony dolarów.

W konfrontacjach rdzennej ludności z policją i wojskiem zginęło już pięć osób a setki są ranne po obu stronach. Na nasze szczęście Cuenka z dużych miast jest najspokojniejszym miejscem. Gros burd i strać z policją ma miejsce w stolicy kraju Quito, co zresztą było do przewidzenia.

Z powodu blokady miast zaczynaja być problemy z zaopatrzeniem w środki życia codziennego. Jednym z nich jest gaz. Miasta nie doprowadzają jego za pomocą połączeń sieciowych. Jest on sprzedawany w butlach przypominających te używane do pieców barbecue. Z tych butli pochodzi gaz do gotowania, grzania wody w łazienkach. Brak gazu może wywołać jeszcze większe zamieszanie. Zdali sobie z tego sprawę blokujący wjazdy do miast, zezwalając na uzupełnienie braków w tym zakresie. Gaz jest jednak limitowany do jednej butli na człowieka.

Póki co mamy swoje zapasy i żywnościowe i gazowe. Stąd patrzę na to wszystko wciąż ze spokojem mistrza. Bardziej mnie przeraża jutro w kraju nad Wisłą. Czy za dwadzieścia cztery godziny będzie to jeszcze Polska czy już Kaczystan?

Podział na klasy w Ekwadorze

Żeby do końca być szczerym na temat krainy arów i hektarów, czyli mojego obecnego miejsca zamieszkania postaram się teraz podzielić swoimi spostrzeżeniami na temat ludzi. To oni w znacznym, stopniu determinują nasze samopoczucie zwłaszcza gdy mieszkamy poza granicami swojej ojczyzny.

Będę oczywiście trochę generalizował ale to wynik moich doświadczeń. Nie znaczy zatem, że wszyscy są tacy sami, tak padło na mnie, ot co.

Ekwador podobnie jak większość krajów świata dzieli się na trzy klasy, bogaci średniacy i zjadacze chleba. Z bogatymi jest jednak inaczej niż w krajach uprzemysłowionych. Tutaj to nie są pojedynczy ludzie a raczej całe rodziny. To taka pozostałość systemu kolonialnego, kiedy jedna czy parę rodzin posiadało niemal całe państwo.

To co ja mam to pewnie skromne kieszonkowe członków owych rodów. To oni w sporej mierze determinują politykę aczkolwiek w coraz mniejszym stopniu. Swoistą grupą są oczywiście politycy. Przeciętnie inteligentny Ekwadorczyk sam przyzna, że największą bolączką tego państwa jest korupcja. Nie ma zatem w tym zakresie zbytnich różnic. Obecny prezydent ściga swojego poprzednika bo coś tam podobno wykrył. Dodam tylko, że obaj byli członkami tej samej partii i kiedyś obecny był wiceprezydentem czyli zastępcą tego, którego teraz ściga. Taka zabawa dużych chłoptasiów w dorosłych mężczyzn.

Rząd wie, że jest niedoskonały, stąd aby zapewnić sobie jednak nieomylność na wszystko, ponoć, powtarzam ponoć, nie można go krytykować w mediach. Politycy mogą sobie nawzajem wytykać brudy, krytyka medialna natomiast musi mieć swoje granice.

Z racji swoich możliwości finansowych moje kontakty ograniczają się przede wszystkim do klasy średniej i do zwykłych zjadaczy chleba. Średniacy mają w tym gronie sporą przewagę bo mówią po angielsku w przeciwieństwie do dolnych warstw społecznych. Wolę jednak te ostatnie bo to dzięki nim mój hiszpański robi postępy. Średniacy wolą ulepszać swój angielski i tu już mamy konflikt interesów. Robię za nauczyciela a sam niewiele od nich mogę się nauczyć. Ci na dole gwiżdżą na angielszczyznę i wymagają ode mnie hiszpańskiego. No i jak ich nie lubić? Przecież ja chce być poliglotą i szprechać to znaczy hablować w paru językach w tym w iberyjskim przede wszystkim. Mojej córki teściowie tylko hablają i póki co nijak z nimi nie mogę się dogadać. Idzie jednak ku lepszemu. Mamy dorywczego pracownika który używa tylko castelliano czyli hiszpańskiego i on robi za mojego nauczyciela. Problem tylko w tym, że jak mówią moi sąsiedzi, hiszpański Don Pepe to niekoniecznie nawet ekwadorska odmiana tylko taki lokalny żargon. Będzie zatem ciekawie, bo z tym mam największą styczność. Dodatkowo gość jest głuchy jak pień prawie i często muszę powtarzać mu coś kilka razy zanim wreszcie jesteśmy na tej samej stronie. Kiedyś słuchała nas jego córka. Nie pamietam już szczegółów ale wyszło jakoś tak, że ja mówiłem o pogodzie a on przyznał, że jego krowa ostatnio daje mniej mleka. Córka warknęła powalającym śmiechem a ja zgodziłem się na mniej mleka jutro. Trzeba wiedzieć, że Don Pepe dostracza nam świeże mleko wydojone ledwie parę minut temu. Oprócz tego Jose czyli Pepe jest naszą złotą rączką do prac na zewnątrz. Osiem godzin czegokolwiek od pracy na grządkach po budowanie muru z kamieni to dwie dychy zielonych. Da się zatem wytrzymać.

Lubię te moje z nim rozmowy, mają one swój klimat i nigdy nie wiem do czego doprowadzą.

Ludzie z tej warstwy z racji swoich dochodów mało, jeśli gdziekolwiek, gdzie byli, jeszcze mniej widzieli. W swoich poglądach dość prości i szczerzy do bólu. Polska dla mojego Pepe to kraj gdzieś na końcu świata gdzie trzeba lecieć zapewne kilka tygodni. Wypytuje mnie jednak często jak to w tej Polsce ludzie żyją, czy jest podobnie, jak jest drogo takie tam najbardziej przyziemne pytanka wynikające przede wszystkim z jego życiowego doświadczenia.

To tyle o ludziach z dołu. O średniakach następnym razem.