Tajemnicze wizy

No i sprawa się rypła. Za wielki sukces naszego prezydenta przyjdzie nam zapłacić. Trumpowaty wzruszony podarunkiem naszego pierwszego obywatela wręcz nie mógł postąpić inaczej. Przycisnął kogo trzeba w amerykańskim Senacie i Izbie Reprezentantów i już od poniedziałku możemy wyruszać na podbój USA. Donek był mocno wkurwiony na Danię, za blokadę zakupu Grenlandii. Na szczęście z pomocą przyszedł mu Adrian ze swoim podarunkiem. Oficjalne przejęcie Podlasia przez Wielkiego Brata już wkrótce. W tym roku to może być ostatni raz Białostocczyzna obchodzi święto niepodległości z nami. Wkrótce będą świętować czwartego lipca.

Cieszmy się jednak, do Wielkiego Brata bez wiz. Całe USA na nas czeka.

Dowód rzeczowy: memy.jeja.pl

Zamieszanie w Kaczystanie

W Kaczystanie

Zamieszanie

Prezes kombinuje

Jak tu uratować szuje

Partii członek

Jak skowronek

Umiłował loty

Jak sam prezes koty

Zmoczył nimi dupę

Bo całą chałupę

Zabierał na trasę

Nie za swoją kasę

Władza deprawuje

I chamstwem skutkuje

Teraz mu wypada

By się wyspowiadać

Myślisz pewnie komu?

Prezesowi w domu!!

Suweren za głupi

I go łatwo kupić

Jak nie loty, to nagrody

Bez narodu zgody

Przyłapani, się kajają

Lecz kasiory nie oddają

By ugłaskać nację

Wymyślili więc donacje

Tym co władzę popierają,

Ich wyborców wspomagają

I tak się zamyka koło

Złodziej w kraju ma wesoło

Wspólną kasę okradają

Tylko swoim ją oddają

Lecz to jest wyborców wina,

Że ta farsa rodem z kina

Wielu wciąż nie brzydzi

Chociaż każdy widzi

Głosuj więc idioto

Na chciwca co złoto

Ze stołu zlizuje

A tobie funduje….miskę ryżu.

Lotniska, samoloty i pasażerowie

Po raz pierwszy od wielu, wielu lat w podróż z Trumplandii do Kaczystanu udałem się naszymi liniami lotniczymi. Do tej pory latałem Lufthansą. Było wygodnie bo tylko jedna przesiadka. Z drugiej strony LOT sam zrezygnował ze mnie zawieszając loty z Newarku. Jazda ode mnie do Nowego Jorku to żadna przyjemność. Przyzwyczaiłem się zatem do niemieckiego przewoźnika.

Szukając biletów w tym roku natrafiłem na bezpośredni lot do Rzeszowa właśnie z Newarku. Cena biletu podobna do kosztu przelotu Lufthansą. Nie było się nad czym zastanawiać.

Mogłem w ten sposób na własnej skórze poznać różnice między naszymi liniami lotniczymi a liniami naszego zachodniego sąsiada.

Chociaż mój lot do Kaczystanu firmował LOT to jednak obsługiwały go Belgijskie Linie Lotnicze. Widać opłacało się to tak zorganizować. Niestety samolot przybył opóźniony a zatem i opóźniony opuścił port w Newarku. Staliśmy na płycie lotniska niemal dwie godziny bo wypadliśmy z kolejki odlotów. Nikt oczywiście nie skojarzy tego fiaska z Belgami tylko z LOT-em. Niby czemu miałoby być inaczej skoro, zgadnijcie co się stało we wtorek w Warszawie? Z przyczyn technicznych nasz Dream Liner odleciał opóźniony o około dwie godziny. Ponoć nie działał jeden silnik. Na szczęście dolecieliśmy cali i zdrowi do TrumpIandii. Po wylądowaniu na pokładzie zabrzmiały gromkie oklaski. Biorąc pod uwagę awarie przedstartową, wcale mnie to nie dziwi. Nikt nie klaszcze na pokładzie Lufthansy bo szczęścia w ich lotach nie ma. Jest zwykła rzetelna dobra organizacja.

Ludziska w lotowskim samolocie szczerze się jednak ucieszyli, że dotarliśmy jakimś cudem na miejsce przeznaczenia.

Zgadnijcie teraz co się stało już po wyładowaniu. Oszczędzę wam czasu. Nasza docelowa brama była już zajęta i czekaliśmy ponad pół godziny na płycie aż się zwolni. No takie są właśnie konsekwencje opóźnień. Chyba u nas tego jednak nikt nie rozumie. Pasażer dla lotowskich władz widać jest nikim i powinien się cieszyć, że wciąż udaje mu się jakoś szczęśliwie docierać do miejsca przeznaczenia.

Mnie nie było ani do śmiechu ani do oklasków. Po dziewięciu godzinach lotu kazano mi trzymać dupę w siedzeniu kolejne pół godziny bo ktoś tam w Warszawie nie sprawdził stanu technicznego samolotu odpowiednio wcześniej. Ludzie jednak na tej trasie latać będę dalej naszymi liniami bo możliwości korzystania z innych linii są coraz bardziej ograniczone.

Na koniec jeszcze słowo o naszych pasażerach. Nie będzie nic krytycznego bardziej śmiesznego i nie o Polakach tylko o Polonusach i ich niczym nieuzasadnionym sposobie myślenia.

Wysiadam w Warszawie z naszego podniebnego ptaka, który przywiózł mnie z Rzeszowa. Przede mną starsza para. Właśnie wyszliśmy z rękawa. Rozglądają się lekko zaskoczeni po lotnisku. Będą się zapewne przesiadać tylko nie wiedzą w którą stronę się udać. Nie spodziewali się widać takiego zamieszania w Warszawie. Wreszcie namierzyli kogoś z obsługi lotniska.

Którędy do naszego samolotu, pada pytanie, jakby wszystkie samoloty latały tylko w ich kierunku.

A gdzie państwo lecą, pyta pani

Jak to gdzie, do Nowego Jorku.

Widać są wciąż ludzie, którym się wydaje, że to pępek świata.

O lotach i kontrolach

Nie da się odespać nieprzespanej nocy. Podróż na południe choć odbywa się w tej samej strefie czasowej była bardziej wyczerpująca niż ta ze wschodu na zachód. Być może wynika to z tego, że przez Atlantyk loty są tak zaprogramowane, że przylatuje się wtedy gdy w miejscu docelowym przychodzi czas na spanie. Mentalnie to jest łatwo zaakceptować jednak fizycznie organizm wie, że gdzieś te sześć godzin chciałem mu podprowadzić. Budzi mnie więc ze snu wciąż o czasie panującym w miejscu, które dopiero opuściłem. Tak się ze mną bawi jeszcze przez dwa trzy dni, aż wreszcie akceptuje, że teraz ma pracować na innej zmianie. I znowu jesteśmy zsynchronizowani i oboje funkcjonujemy na najlepszych obrotach.

Lot z północy na południe z jakichś powodów rozpoczyna się wczesnym popołudniem i trwa do północy. Jeśli do tego dołożymy fakt, że na lotniskach trzeba być na conajmniej dwie godziny przed odlotem a po wylądowaniu przejść przez kontrole odebrać walizki i dojechać do domu, to okaże się że te dodatkowe przyjemności są bardziej męczące niż sam lot. Tak czy inaczej drzwi mojej enklawy otworzyliśmy o czwartej nad ranem. Choć dość zmęczeni to jednak adrenalina trzymała nas na nogach. Padliśmy jednak po dwóch godzinach.

Dom czy mieszkanie zamknięte na cztery spusty przez ponad cztery miesiące, nawet jeśli ktoś to okazjonalnie pilnuje to stoi jednak puste. Stąd i powietrze w nim delikatnie mówiąc jest lekko podejrzane. Zanim zatem zalegaliśmy trzeba było,odrobine przewietrzyć. To dało nam czas na przegląd naszych bagaży. Nie wiem co takiego wozimy, za każdym jednak razem nasze walizki są kontrolowane przed wylotem ze Stanów przez ichnie służby bezpieczeństwa. No niech sobie przeglądają naszą bieliznę ale potem niech to jakoś ułożą. Szwarc, mydło i powidło wypada nam z walizek po takim ich przeglądzie. Na cztery nadane bagaże, trzy nam przeglądnęli. Patrzę na te rzeczy, które mieliśmy spakowane i nijak nie mogę się dopatrzeć czegoś co mogłoby przypominać ładunek wybuchowy. Chyba żeby flaszka polskiej wódki, która ciągnę za sobą na potrzeby degustacji przez okolicznych mieszkańców.

Suma Summarum i tak ich wszystkich zrobiłem w konia. Nikt nie zauważył, że przemyciłem sześć ekstra kilo dobrobytu, ze cztery z Polski i dodatkowe dwa ze Stanów, w formie tkanki „mięśniowej”. Chwile mi zejdzie żeby się tego draństwa pozbyć. Zaczynam od dzisiaj.

Komu w drogę temu czas…

Znowu walizki poszły w ruch. Od pół roku zalegały bezpiecznie schowane w pralni. Dla oszczędności miejsca włożone jedna w drugą o czym kompletnie zapomniałem. Ich ciężar przy próbie ściągnięcia ich z szafek uzmysłowił mi, że coś jest nie tak i wtedy właśnie przyszło olśnienie: jedna w drugiej.

Gdzieś moja tężyzną fizyczna musiała ze mnie wyparować, bo jakoś nie mogłem sobie przypomnieć problemów z ich ulokowaniem tam gdzie stały. A może jednak szwankuje moja pamięć? Lepiej chyba przestanę o tym myślec bo nie doprowadzi to do niczego dobrego.

Lubię podróżować, przemieszczać się z miejsca na miejsce, poznawać nowe. Nie każda jednak podróż właśnie z tym się wiąże. Ostatnio cześciej kursujemy na tej samej linii, która prowadzi z Ekwadoru do Stanów i dalej do Polski. To bardziej wycieczki do rodziny niż zwiedzanie. Z drugiej strony dobrze jest od czasu do czasu przypomnieć rodzince o swoim istnieniu a i samemu sobie odświeżyć pamięć o niej to też nic zdrożnego.

Opanowaliśmy już te loty przez trzy kontynenty. Mamy swoje bazy, jeśli tak to można określić, i w Stanach, i w Polsce. Służą one nam nie tylko jako miejsca postoju ale również składowiska naszych rzeczy przeróżnych w szczególności ciuchów.

Powinno być zatem łatwiej. Nic z tych rzeczy, bo kto by w końcu pamiętał co zostało w „bazie” pół roku temu? Co wziąć, a czego nie zachodzi potrzeba, dręczące pytanie przy każdym pakowaniu. Ekscytacja ze zbliżającej się podróży powoli zaczyna ustępować frustrującym myślą, żeby czegoś nie zapomnieć. Cały wic polega na tym żeby nie wziąć zbyt mało ani za dużo, tylko właśnie w sam raz, zwłaszcza, że zależy nam też na wolnym miejscu w walizkach bo przy każdym powrocie do domu chcemy opróżniać nasze „bazy”, które stają się powoli coraz mniej potrzebne a ich zawartość przestarzała czy niezbyt modna. Z każdym rokiem jest tego coraz mniej. Biorąc jednak pod uwagę, że każdy nasz pobyt to rownież zakupy czegoś tam, co wypełnia bagaże, to opróżnianie szaf z naszych rzeczy nie idzie w takim tempie jak byśmy sobie tego życzyli. To ma być przełomowy rok dla polskiej bazy, zobaczymy. Pewnie zostałaby ona już dawno opróżniona gdyby loty przez Atlantyk pozwalały na dwa bagaże po dwadzieścia trzy kilo na osobę, jak to ma miejsce na przelotach do Ameryki Południowej. To nam ułatwia rozprawienie się z naszymi pozostałościami w Stanach. To takie jednak drobne niedogodności przeprowadzek zwłaszcza tych kontynentalnych.

Niech się dzieje wola nieba, najwyżej czegoś zapomniałem. Dzisiaj wszystko i wszędzie można kupić. Lecimy zatem na spotkanie zimy i śniegu, które w Ekwadorze są nam obce. To też wywołuje we mnie mieszane uczucia. W mojej przestrzeni życiowej nie ma zbyt wiele miejsca na zimę i śnieg, płaszcze i traktory, czyli buty zimowe, czapki i rękawiczki, szaliki i inne ocieplacze. W życiu jednak często tak bywa, że ty swoje, ono swoje.

Pożegnanie z Peru

Ostatnim etapem naszej peruwiańskiej wyprawy była Lima. Stąd zaczynała się nasza przygoda tyle, że wtedy tylko zmieniliśmy samoloty bez wypadu do miasta. Tym razem  mieliśmy w programie zaplanowane zwiedzanie miasta. Do Limy przylecieliśmy samolotem z Juliaci, która chociaż mniejsza od Puno to jednak z uwagi na dolinne położenie tego ostatniego to właśnie w Juliace znajduje się lotnisko łączące tą cześć Peru z resztą państwa. Lotnisko zaskoczyło nas swoją czystością i przestronnością biorąc pod uwagę niezbyt miły wygląd samego miasta. Po niecałej godzinie lotu wylądowaliśmy w Limie. Olbrzymi jak na warunki południowo – amerykańskie budynek przepełniony ludźmi świadczy o tym, że Lima jest ważnym miejscem tranzytowym dla podróżnych krajowych jak i turystów z całego świata. Wylądowaliśmy na terminalu krajowym. To jest jednak bez znaczenia bo oba terminale znajdują się w tym samym budynku. Krajowe loty to oczywiście o wiele mniej skomplikowane wydostanie się na zewnątrz, wystarczy odnaleźć bagaż i to w zasadzie wszystko. Zatem relatywnie szybko znaleźliśmy się w lotniskowej hali powitań. Nikt nas nie uprzedził czy ktoś na lotnisku będzie na nas czekał, toteż gdy znaleźliśmy się na zewnątrz i nie udało nam się zlokalizować tablicy z naszym nazwiskiem przez chwile nie byliśmy pewni co mamy robić. Alicja w takich momentach zwykle sięga po czarne kolory i dawaj malować w nich naszą najbliższą przyszłość. Na ogół to się nie sprawdza tyle, że czasami proces niesprawdzania trwa dłużej. Po dobrych dziesięciu minutach znaleźli się nasi przewodnicy i wszystko znowu wróciło do normy. Ponieważ odlatywaliśmy do Ekwadoru następnego dnia zatem jedyną możliwością zwiedzenia Limy było zaraz po przylocie. Lima to jedenastomilionowa metropolia. Lotnisko znajduje się poza miastem. Dojazd do centrum to istna droga przez mękę. Przepełnione samochodami ulice dojazdowe spowodowały, że do serca miasta dotarliśmy po dwóch godzinach jazdy. Peru liczy sobie około trzydziestu dwóch milionów mieszkańców zatem ponad jedna trzecia mieszka w aglomeracji Lima. Szans na dokładniejsze zwiedzenia miasta nie mieliśmy żadnych z uwagi na skromny czas. W centrum znajduje się jednak, oprócz pałacu prezydenckiego, rownież bazylika wybudowana przez Hiszpanów, z której dzwonnicy można obejrzeć Limę i jej okolice. Skorzystaliśmy zatem z tej okazji, spodziewając się jednocześnie turystów i tłoku. Nic z tych rzeczy. Lima to bardziej miejsce odwiedzane dla Pacyfiku i plaż niż ze względu na swoje walory historyczne. Byliśmy jedynymi turystami na dzwonnicy z naszym przewodnikiem, który chyba był najsłabiej przygotowanym do pełnienia tej funkcji ze wszystkich, których do tej pory mieliśmy. Jego rodzina pochodzi z Japonii, rodzina aktualnego prezydenta Peru pochodzi z Polski, mieszka tu sporo Niemców i innych obywateli Europy. To wszystko każe sądzić, że po drugiej wojnie światowej sporo ludzi przyjechało tutaj,  i nie tylko tutaj, z rożnych powodów czasami pewnie nawet związanych z byciem nie po tej stronie co trzeba po zakończeniu wojny. Lima nie robi wielkiego wrażenie pewnie właśnie z uwagi na korki, ścisk, uliczny tłok. Być może warto w niej spędzić więcej czasu jednak ta opcja będzie musiała poczekać do następnego razu. Opuszczaliśmy Limę bez większego żalu. Lotnisko było dla nas rownież drogą przez mękę. Mieliśmy jednak wystarczająco dużo czasu aby połapać się w tej gęstwinie ludzi. Na szczęście loty do Stanów mamy już za sobą. Pisze o tym dlatego, że odlatujący do „raju na ziemi” są kontrolowani ze szczególną starannością. Nie wystarczy to, że byli juz prześwietlani, sprawdzani i kontrolowani. Przed wejściem do poczekalni bramy, z której odlatuje samolot do kraju Trumpa jeszcze jedna kontrola bagażu podręcznego i obmacywanie wszystkich pasażerów na wypadek gdyby przyszło im do głowy niespodziewanie wysadzić się w powietrze, czego nie udało się zdeterminować w trakcie poprzednich prześwietleń. Życzyłem wszystkim podróżującym do Stanów szczęśliwej podróży, ciesząc sie jednocześnie, że ja tym razem tam nie lecę.